Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Choć w najbliższą niedzielę, podczas wydarzenia Niech żyją Dziewczyny!, Wiktoria Nowak poprowadzi warsztaty z rozpoznawania tkanin, to na co dzień nieco inaczej wykorzystuje swoje umiejętności zdobyte podczas studiów na łódzkiej uczelni – prowadzi studio Tartaruga i od rana do wieczora tka kilimy. W międzyczasie spaceruje z psem Bajką. Taką wersję Wiktorii (tyle, że przeniesioną do lat dzieciństwa) możecie podziwiać w komiksie autorstwa jej chłopaka – Marcina Podolca „Bajka na końcu świata”.

Agata Napiórska:  Prowadzisz studio, które zajmuje się produkcją kilimów. Opowiedz proszę, jak robi się kilim i ile to zajmuje czasu.

Wiktoria Nowak: Sposobów na kilim jest kilka, ja ze względu na ograniczoną ilość miejsca w pracowni zdecydowałam się na pionową ramę tkacką. W moim przypadku wszystko zaczyna się od projektu plastycznego. Maluję projekt w skali 1:5, następnie muszę zająć się farbowaniem przędz. Do tej pory wełnę kupowałyśmy w łódzkiej fabryce dywanów. Dla nich są to odpady poprodukcyjne, a dla nas świetny materiał na kilimy. Kiedy przędza jest już gotowa biorę się za snucie ramy. Przy tkaninie o szerokości 70 cm nitek jest dokładnie 175. To oznacza, że zakładając osnowę muszę wykonać 175 przysiadów. Po takiej sesji można nabawić się niezłych zakwasów. Później zostaje już tylko tkanie. Przez jakieś 40 godzin (czyli jakieś 5 dni roboczych), nitka po nitce aż powstanie cały 120-centymetrowy kilim. Dziennie da się zrobić maksymalnie 25 cm. Głównie ze względu na fakt, że tkanie kilimu to ciężka fizyczna praca. Każdą nitkę dobija się ciężkim ołowianym bidłem, które pieszczotliwie nazywamy „narzędziem zbrodni”. Czyli najpierw przysiady, a później podnoszenie ciężarów. Mimo wszystko warto się trochę zmęczyć dla efektu końcowego. Mocno zbite kilimy są sztywniejsze, a dzięki temu również bardziej wytrzymałe. Najbardziej lubię moment odcinania kilimu z ramy. Tkanina jest już gotowa i po przecięciu osnowy nie da się już wrócić, ani niczego naprawić. Pozostaje tylko zawiązanie węzełków na tych 175 nitkach po obu stronach i mamy gotowy kilim!

AN: Skończyłaś projektowanie tkanin, dlaczego zdecydowałaś się akurat na kilimy? Czy studio będzie wdrażać tez inne projekty?

WN: Kilimy to po prostu moje „widzimisię”. Jest wiele rodzajów tkanin i wiele sposobów tkania, ale ze wszystkich mnie najbardziej spodobał się właśnie styl kilimów. Są to bardzo charakterystyczne tkaniny. Płaskie i sztywne, zazwyczaj wełniane, zawsze obustronne. Jednocześnie dekoracyjne i użytkowe. Przede wszystkim są wyjątkowo trwałe. Lubię praktyczne i ładne rzeczy dlatego te cechy do mnie przemawiają. Oczywiście nie skupiamy się tylko na kilimach. Właściwie przez Tartaruga przewija się teraz sporo dziewczyn. Moja współpracowniczka Jadzia Lenart tka puchate makatki, a specjalnie na Niech Żyją Dziewczyny! mama Jadzi i nasza praktykantka Agata przygotowały dużą kolekcję makram. Są takie na ścianę i takie do podwieszenia pod sufitem, do których można wsadzić doniczkę z roślinką. Marysia Jóźwiak zrobiła dla nas minitkaninki w formie pinów, które także zabierzemy na targi. Ja sama w wolnym czasie lubię też haftować. Być może kiedyś zajmiemy się też produkcją innych tekstyliów np. pościeli.

Obserwuj Tartarugę na Facebooku...

AN: Mówiłaś mi kiedyś, że bawełna to obecnie wcale nie tak naturalny materiał. Co to znaczy? Czy nie trzeba wystrzegać się poliestru na rzecz bawełny, wełny czy lnu, jeśli chce się żeby skóra oddychała? Pytam o to dlatego, że podczas Niech żyją Dziewczyny! poprowadzisz wykład o materiałach. Dajmy naszym czytelniczkom i czytelnikom namiastkę wiedzy, którą będzie można zdobyć podczas spotkania.

WN: Bawełna to roślina bardzo wrażliwa na wszelkie choroby i pasożyty, dlatego do jej produkcji używa się niewyobrażalnej ilości chemikaliów. Duży procent ogólnoświatowych zanieczyszczeń powstaje właśnie w skutek produkcji bawełny. Wszyscy lubimy bawełniane T-shirty, bo są miękkie, tanie, łatwe w konserwacji, niestety kupując je nie robimy raczej przysługi środowisku. Rozwiązaniem jest kupowanie ubrań z bawełny organicznej albo po prostu kupowanie w lumpeksach. Ja preferuję tę drugą opcję, bo większość wyrzucanych ubrań naprawdę nadaje się do noszenia jeszcze przez długi czas. Poza tym w lumpeksach można upolować super perełki, których nie dostanie się w żadnej sieciówce. Co do materiałów sztucznych i syntetycznych to nie przekreślałabym ich od razu. Teraz technologia jest tak bardzo zaawansowana, że produkowane są naprawdę świetnej jakości włókna. Ja bardzo lubię wiskozę i świetnie się w niej czuję, a jest to materiał sztuczny. Królem wszystkich materiałów jest dla mnie len. Może i się gniecie, ale ma świetne właściwości mechaniczne i biologiczne. Jest niezastąpiony w upalne dni. Na warsztatach opowiem trochę o tym jakie włókna sprawdzą się w konkretnych sytuacjach, przyniosę różne fajne próbki do podotykania i postaram się przygotować jak najwiecej ciekawostek.

AN: Jak wygląda twój dzień pracy ?

WN: Wstaję rano koło siódmej, witam się z psem (który zazwyczaj wstaje dopiero około dziewiątej), robię sobie herbatę i siadam na chwilę do pracy przed komputerem. Odpisuję na maile i sprawdzam w kalendarzu listę zadań do wykonania na cały dzień. Jestem strasznie zapominalska i zabiegana dlatego wszystkie najdrobniejsze czynności muszę zapisywać. Później jem bardzo duże śniadanie (zawsze zakończone kanapką z masłem, masłem orzechowym i nutellą), pakuję się, biorę psa i robimy sobie godzinny spacer przez park do pracowni. Już w pracy najpierw muszę dać psu jeść, później przygotowuję sobie wodę i przekąski do pracy i biorę się do roboty. Moja pracownia znajduje się w Art_Inkubatorze w Łodzi, dlatego często ktoś mnie odwiedza- rezydenci albo zupełnie przypadkowi ludzie. Niektórzy przechodzą przypadkiem i zatrzymują się na dłużej żeby popatrzeć jak pracuję. Lubię takie spotkania, bo często wywiązują się z nich bardzo miłe rozmowy. O godzinie dwunastej wybija mój zegar biologiczny. Jest to ostateczny czas na zjedzenie obiadu. Nawet jeśli śniadanie jadłam dwie godziny wcześniej to i tak zawsze jestem głodna. Później już do wieczora tylko tkanie. Wieczorem pakuję się, i wracam z psem do domu tą samą drogą. Po powrocie siadam jeszcze do komputera i załatwiam różne sprawy. Często pracuję bardzo długo, po dwanaście, czasem nawet czternaście godzin. Ale tak to już jest jak się prowadzi swoją firmę i przede wszystkim kiedy praca jest jednocześnie twoim największym hobby.

...i Instagramie!

AN: Jak prowadzi się biznes w Łodzi? Czy masz głównie łódzkich klientów?

WN: Totalnie nie. Większość tkanin sprzedajemy przez sklep internetowy, wiec nasi klienci pochodzą z różnych miejsc. Ale muszę przyznać, że z Łodzią jesteśmy coraz bardziej związane i w sumie często nam to pomaga. Łódź jest super miejscem dla rozwoju małych biznesów, przede wszystkim kreatywnych. Dla przykładu – we wrześniu jedziemy na London Design Fair dzięki wsparciu Urzędu Miasta. Po za tym w samym Art_Inkubatorze otacza nas mnóstwo kreatywnych ludzi, co bardzo napędza do pracy.

AN: I na koniec: co to znaczy tartaruga ?

WN: Nazwa wzięła się z mojego zamiłowania do języka włoskiego i w ogóle Włoch. „Tartaruga” znaczy „żółw” – nawiązuje to do filozofii marki i do sposobu powstawania naszych tkanin. Poza tym „tartaruga” zawiera w swojej nazwie angielskie słowo „rug”, które oznacza szmatkę, czy dywanik. Składając to wszystko w całość, nazwa okazała się idealna. Co prawda jest niemiłosiernie trudna do zapamiętania, ale kochamy ją bardzo i nie obchodzą nas połamane języki.