Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Jedenaste piętro wieżowca na warszawskiej Tamce. Mieszkanie pełne roślin i pamiątek z podróży. W tym budynku mieszkała Zofia Nasierowska, która zrobiła Wandzie Chotomskiej portret z lwem. Bo przez dziesięć dni w mieszkaniu pisarki mieszkał mały lew. O pisaniu, podróżach, zwierzętach drapieżnych, piżamach i lumpeksach rozmawiamy przy kolorowej galaretce i wafelkach w czekoladzie.

– Proszę nałożyć sobie galaretki. Świeżusieńko zrobiona. Pani Nadia specjalizuje się w takich słodkościach.

– Dziękuję. Pani też nałożyć? Piękny ma pani widok z okien.

– Ja na razie dziękuję. Widok mam wspaniały – z jednej strony na Stare Miasto, a z drugiejna Mokotów. Dlatego okna niezasłonięte. Po co będę zasłaniała storami taki ładny widok.

– Pracuje pani przy tym stoliku?

– Nie, nie. Przy stole pisałam tylko na spółkę z Mironem Białoszewskim, jako Wanda Miron. Przychodził wieczorem. Przy pracy piliśmy herbatę. Miron pijał najmocniejszą herbatę na świecie – całe opakowanie na szklankę. Taka siekiera bez cukru. Ja piłam herbatę normalnej mocy. Miron pisał zielonym długopisem. Ja miałam różne. W tamtym okresie bardzo mało spałam. Zawsze spóźniałam się do redakcji. Razem z Mironem pracowaliśmy w „Świecie Młodych”. Codziennie po pracy wymyślaliśmy wymówkę na kolejny dzień. Uzgadnialiśmy, żeby nie była taka sama, bo ile razy ciotka może łamać nogę albo jak często może wybuchać pożar u sąsiadów? Często mówiliśmy, że musimy iść do biblioteki znaleźć jakieś informacje do tekstu. Najróżniejsze kłamstewka wymyślaliśmy.

– Do której w nocy potrafiła pani pisać?

– Zawsze pisałam i nadal piszę wieczorami. Bywało, że i do szóstej rano. Kiedy moja córka była mała, zaczynałam po dobranocce.

– Jeśli pracuje pani po nocach, to pewnie w piżamie?

– Tak, zawsze w stroju nocnym, albo w koszuli nocnej. Kiedyś piżam nie było. Chociaż moja mama była bardzo postępowa i miała piżamę, nosiła też spodnie i bluzę marynarską, co było bardzo źle widziane przez starsze pokolenie. No żeby kobieta chodziła w spodniach! Zresztą kiedy w latach 60. pojechałam na wieś realizować reportaż, to jeszcze mnie kobiety wytykały palcami. Pamiętam, jak kiedyś całą noc pracowałam, pisałam coś, chyba do telewizji, do „Jacka i Agatki”. Program leciał co drugi dzień, więc musiałam pisać po trzy odcinki tygodniowo. Była zima. Moja córeczka Ewa chodziła do przedszkola na Nowym Świecie i po całonocnej pracy musiałam ją zaprowadzić do przedszkola. Pamiętam, że na nocną koszulę (a w sprzedaży były jedynie długie różowe nylonowe) włożyłam sweter, a na to kożuch. Na środku Nowego Światu kożuch mi się rozpiął i rozwiązał i ja z tą koszulą nocną na wierzchu wkroczyłam do przedszkola. Matka wariatka! Miny pań przedszkolanek były wspaniałe. Jedna drugiej mnie sobie palcami pokazywały.

– Musiała być pani niesamowicie zmęczona.

– Sama już teraz nie wiem, jak godziłam wszystkie moje prace. Było tego bardzo dużo. Czasami odsypiałam po południu. Wychodziłam z redakcji wcześniej pod jakimś pretekstem – coś przecież koniecznie trzeba było załatwić. Sami mi to ułatwiali. Pamiętam, jak sekretarz partii powiedział, że pierwszego maja musimy dyżurować, bo wróg klasowy może napaść na redakcję i zabrać maszyny do pisania. Mieliśmy więc pilnować tych maszyn. „O, jak dobrze, że się dowiedziałam”, mówię na to, bo przecież ja mam maszynę do pisania w domu. I poszłam jej pilnować.

– Wtedy pisywała pani na maszynie. A dziś? Korzysta pani z komputera?

– Nigdy. Piszę na kartkach A4 ręcznie. Moja córka lub wnuczka to potem przepisują.

– Z Mironem pisała pani przy stole, a sama gdzie pani pisze?

– Najlepiej pracuje mi się w pozycji półleżącej, o, tam. – Wskazuje na wnękę z pojedynczym łóżkiem przykrytym haftowaną narzutą. – To taka moja norka. Mam specjalne podkładki z tektury. Pod plecy podkładam poduszki. Wszystko mam pod ręką. Idę sobie do mojej norki i tam zawsze jestem skupiona. Czasem przegryzę jakieś winogrona albo pomarańcze. Słodycze rzadko. W tej norce napisałam ponad dwieście książek dla dzieci. Ale proszę się częstować. Dobre?

– Pyszna galaretka.

– Pani Nadio! Słyszy pani? Przepyszne! Ale proszę się jeszcze poczęstować! Może coś do picia?

– Dziękuję. A nałożyć pani też?

– A nie, ja dziękuję.

– Z pani jest niejadek!

– Mało jem, moja pani Nadia nad tym boleje. Ale zawsze tak było. Pamiętam, jak babcia mnie goniła ze szpinakiem na talerzyku. Raz tak się zamachnęła, że na ścianie zrobił się zielony szlaczek. Pamiętam, że najbardziej lubiłam jeść chleb zamoczony w wodzie i posypany cukrem. W ukryciu przed mamą takie kanapki sobie robiłam. Teraz niewiele rzeczy lubię, ale najczęściej takie, które je się rzadko – ostrygi i inne wykwintności. Odrzuciło mnie od mięsa, ryby i jarzyny bardzo chętnie.

– A sama pani gotuje?

– Gotowanie nigdy nie było moim hobby. Ale lubiłam urządzać przyjęcia, robić kanapeczki i przekąski.

– A inne domowe zajęcia? Prasowanie?

– Prasowanie broń Boże! Oj, prasowanie bardzo nie. Lubię coś ładnego wyszperać i przywieźć. A potem urządzać mieszkanie, aranżować wnętrze.

– Dużo ma pani pamiątek z podróży i roślin.

– Dużo podróżowałam. I kilka dostałam w prezencie. Tam wysoko na półce, te cztery figurki przywiozłam z wyspy na Oceanie Spokojnym, ten anioł jest z Meksyku, te menory dostałam od Mirona, tego archanioła też, ta Matka Boska została znaleziona w południowej Polsce w jeziorze, była całkiem wyblakła, sama ją odmalowałam. Historyk sztuki pewnie by padł przestraszony. Wie pani, czym tę twarz pomalowałam? Własnym make-upem! Te dzwoneczki mam z targu wielbłądów z Indii. Rośliny też przywożę z podróży. Mam swój specjalny sposób przechowywania zaszczepków.

– Czytałam gdzieś, że pani tata prowadził firmę przewozową. Może stąd to zamiłowanie do przemieszczania się?

– Mieliśmy wielkie wozy meblowe. I ja się w tych wozach jako dziecko bawiłam. Do tego na Kopińskiej były konie, perszerony. Takie duże z grubymi nogami i puszystymi pomponami przy kopytach. Na te konie mnie wsadzano, kiedy przychodziłam tam z ojcem. Ale moje wyjazdy zaczęły się od wyjazdów do Świdra. Wynajmowało się tam na całe wakacje dom. Ojciec przyjeżdżał do nas tylko na weekendy i łowił ryby. Czytać uczyłam się na szyldach reklamowych. Litery zaczęły mi się łączyć w słowa. Potem rodzice kupowali mi książki. Jako dziecko najchętniej słuchałam wierszy Tuwima i Brzechwy. Sama chciałam pisać, ale nie wiedziałam jak i o czym, aż w drugiej klasie szkoły powszechnej przeczytałam Powrót taty Mickiewicza i pomyślałam, że napiszę o moim tacie, który tak lubił łowić ryby: „Tata nie wraca wieczory i ranki/ łowi na wędkę żaby i kijanki./ Żonę swoją z domu wywleka,/ żona na niego nad Wisłą czeka,/ a biedne dziatki, ofiary tatki,/ są pozbawione opieki matki”.

– Dobrą ma pani pamięć.

– Dość dobrą. Mogę jednocześnie robić kilka rzeczy, zawsze miałam po parę tekstów rozpoczętych. Ale wie pani, nigdy nie pisałam w podróży. Czasami tylko robiłam notatki.

– „Wanda Chotomska, zgrabność, apetyczność i pożądliwość” – napisał o pani Henryk J. Chmielewski (Papcio Chmiel). To prawda, że wybraliście się kiedyś razem w podróż zagraniczną?

– Pojechaliśmy w pierwszą podróż na Zachód, do Cannes i potem do Paryża, na zaproszenie socjalistycznego pisma z wycieczką młodych dziennikarzy, którzy chcieli się dowiedzieć, jak się żyje w PRL-u. Kilka osób ze „Świata Młodych” pojechało. Jak zobaczyłam w tym Cannes, na plaży, kostiumy kąpielowe moich kolegów, to się przeraziłam – mieli majtki typu Klub Dynamo. Od razu za kieszonkowe poleciałam kupić sobie najmodniejszy strój kąpielowy, jaskrawożółty w czerwone kropeczki.

– No właśnie, pani zamiłowanie do mody i lumpeksów jest powszechnie znane.

– Lumpeksy kocham! Najbardziej lubiłam te w małych miejscowościach. Miałam też świetną krawcową. Jak coś trzeba było skrócić czy wydłużyć, szłam do niej. Ach, jakie świetne rzeczy znajdowałam! Jakie buty znakomite, nówki sztuki. Najlepsze ciuchlandy były na Mazurach, takie wiejskie. Zawsze przywoziłam coś Joannie Papuzińskiej. Zawsze też udawało mi się coś upolować w Płocku – tam były dwa, jeden na górze, drugi na dole. Pułtusk miał także dobre i Nowy Sącz. A Krynica jakie! Zresztą kocham też lumpeksy książkowe.

– Antykwariaty?

– Tutaj jest taki dobry na Tamce. Uwielbiam tam chodzić. Czekam na jedną książkę o domu Sapiehów. Pracujący tam pan wyszukał sobie informacje na mój temat i okazało się, że mamy urodziny tego samego dnia. Dzwoni, gdy ma coś, na czym mi zależy.

– A pani ulubiona książka? Ma pani taką?

– Ktoś mnie kiedyś zapytał, jakiej książki żałuję, że nie napisałam. Odpowiedziałam, że Biblii. To ze względu na nakłady.

– Pisanie jest dla pani przyjemnością? Chodzi mi o sam proces.

– Samo pisanie, czy ja wiem, czy to jest przyjemne? Wynik jest miły, kiedy wyjdzie mi to, co sobie zaplanowałam.

– A pomysły? Kiedy przychodzą?

– Pomysły zawsze biorę po prostu z życia. Ot, widzę tulipana i piszę wiersz o tulipanie. Widzę małego lewka i piszę o lwie. Słyszała pani, że miałam tu kiedyś małego lewka?

– Tutaj? Na jedenastym piętrze?

– No tak. Tu! Prawie dziesięć dni tutaj mieszkał. Pani Zosia Raciborska mówiła: „Dobry wieczór, dziś Jacka i Agatkę odwiedził lew”. I opowiadało się o lwach i pokazywało zwierzę. Pożyczyliśmy lewka z ogrodu zoologicznego. Program się skończył, patrzymy, a nie ma tego pana, który go przyprowadził. Ja mieszkałam najbliżej, więc go zabrałam. Miałam wtedy pudla, któremu średnio się to nowe towarzystwo spodobało. Jak tylko o tym lwie dowiedziały się dzieci sąsiadów, ustawiały się do naszego mieszkania kolejki. Zofia Nasierowska mieszkała w tym samym budynku i zaraz przybiegła zrobić zdjęcie. Ogród zoologiczny zorientował się po tygodniu, że brakuje im lewka. O, proszę zobaczyć (pokazuje zdjęcie w albumie). A tu jestem z Brzechwą. Brzechwa bardzo lubił „Jacka i Agatkę”. Napisał o tym programie w jakiejś gazecie, jeszcze kiedy kukiełki nie miały imion. Musiałam im więc nadać imiona. Jacek kojarzył mi się z takim zawadiackim i niesfornym chłopcem, a Agatka była taka schludna, porządna i ułożona.

Książka do kupienia TUTAJ!

– Pracuje pani nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat. Czy praca jest receptą na długowieczność?

– Ach, to widać na przykładzie Danusi Szaflarskiej. Przecież ona skończyła już sto lat. Rodzina ma z nią kłopot – niedawno pojechała na spływ kajakowy! Wyobraża sobie pani?

– Emerytura to dla pani pewnie abstrakcja.

– A co ja bym miała na takiej emeryturze robić? Gapić się w okno? Nie wyobrażam sobie tego. Ja się muszę czuć potrzebna.

– Czyli gdyby wygrała pani w totolotka, nic by pani w swoim życiu nie zmieniła?

– Pewnie więcej bym jeździła. I przywoziłabym sobie więcej pamiątek z podróży.

* Sposób Wandy Chotomskiej na transportowanie zaszczepków roślin:

– Przeciąć na pół plastikową butelkę. Do dolnej części włożyć odnóżkę i podlać wodą. Górną część nałożyć na dolną, tak by zachodziła jedna na drugą. W podróży podlewać górą normalnie i tamtędy też roślinę dotleniać.