Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Jeśli należycie do fanów nastrojowych piosenek spod znaku R&B, ale brakowało wam lokalnej próby na polskiej scenie, nie możecie zignorować Rosalie.. Ta uzdolniona poznanianka na swoim debiutanckim krążku śpiewa po polsku i angielsku, ale doskonale włada też niemieckim – nic dziwnego, Berlin to jej drugi dom. Od wczesnego dzieciństwa była otoczona muzyką, jednak swój wokalny talent wykorzystywała głównie publikując covery piosenek na YouTube. Na szczęście w życiu Rosalie. przyszedł moment, kiedy zdała sobie sprawę, że nagrywanie ścieżek dźwiękowych do podręczników języka niemieckiego to zdecydowanie za mało. 25 listopada ukazał się jej debiutancki album „Enuff” zainspirowany podróżami berlińskim metrem. Zdradziła nam, o czy opowiadają jej nastrojowe piosenki, czego tak naprawdę ma już dość i które miasto w Polsce jest najbardziej zabawowe.

Kasia Wójcik:  Materiał, który słyszymy na „Enuff” powstawał częściowo w Berlinie. Co zmotywowało cię do wyjazdu? 

Rosalie.: Wyjechałam, żeby uzbierać na sprzęt i dokończyć EP-kę. Kiedy mieszkasz przez długi czas w jednym mieście, zaczynasz potrzebować nowych inspiracji. Więc gdy w Poznaniu troszeczkę zabrakło mi już pomysłów, stwierdziłam, że pojadę do mojego taty, który mieszka w Berlinie. Spakowałam się, pojechałam, znalazłam pracę i tam spotykałam MIN t, z którą współpracowałyśmy nad moim pierwszym polskim numerem. Przyjeżdżał też do mnie Michał Wiraszko, to z nim powstawały teksty w języku polskim. Berlin to cudowne miasto! Bardzo dobrze wspominam dzieciństwo, które w nim spędziłam, przez co pewnie go idealizuję, bo tam wszystko było kolorowe, piękne i ładniejsze, a żelki smakowały lepiej. Ale skończenie EP-ki udało się właśnie w Berlinie i teraz wiem, że pomysł, by tam wyjechać i uzbierać materiał był najlepszy z możliwych.

K: Wspominasz, że motywem tego albumu jest miasto. Jak życie w Berlinie wpłynęło na twoją muzykę, a jaki ślad pozostawił Poznań? Berlin dawał ci poczucie bezpieczeństwa, skojarzenie z dzieciństwem? 

R: Nie myślałam o tym w ten sposób, ale zdecydowanie tak. Niektóre numery na EP-ce są bardziej mroczne od innych. Słychać w nich siłę, ale też niepewność i wydaje mi się, że ta niepewność zrodziła się właśnie w Poznaniu, gdzie szczególnie w tamtym okresie nie czułam się do końca dobrze. Uwielbiam Poznań, moich znajomych i przyjaciół. Tam poznałam wszystkie rzeczy związane z muzyką i rozpoczęła się moja przygoda. Ale to w Berlinie poczułam, że to, co chcę robić ma sens. Poczułam ogromną twórczą motywację patrząc na przykład na architekturę. Jestem wzrokowcem, więc to bardzo mocno na mnie oddziałuje.

K: I miałaś tam jeszcze wiele do odkrycia. 

R: Tak, w Berlinie czujesz się bardzo mała. Na początku wszystko jest obce, dlatego potrafisz przyjrzeć się miastu z innej perspektywy. Nawet w czasie drogi do pracy działa się masa rzeczy. Słuchałam mnóstwa płyt, czytałam wiele książek i wtedy pojawił się pomysł na EP-kę. Poczułam, że chcę opowiedzieć jakąś historię, czego wcześniej nie zakładałam. Pomysł narodził się w Berlinie, kiedy po prostu jadąc metrem czytałam książki i słuchałam muzyki.

K: Czy ta narodzona w Berlinie opowieść to historia miłosna? Kiedy słuchałam tej płyty, to odbierałam ją, jako historię rozstania.

R: Bardzo dobrze to poczułaś. To historia uwolnienia się, niekoniecznie tylko ze związku, ale też moment przemiany bohaterki. Na początku słychać jej niepewność, ponieważ nie wie, w jaki sposób ma działać. Jest zrezygnowana, ale po pewnym czasie rośnie w siłę. Można to interpretować na różne sposoby, ale jak wiadomo w R&B na pierwszym miejscu jest miłość.

K: Skoro już mowa o R&B to chciałam wywołać jedną z ikon, czyli Whitney Huston i przebój „I Wanna Dance With Somebody”, który jest nieskończenie smutną piosenką, a jednocześnie tanecznym hitem. Tymczasem w polskiej muzyce mało jest wokalistek, które angażują się w projekty bardziej taneczne, rozrywkowe. Na czym z twojej perspektywy polega największa trudność?  

R: Myślę, że tworząc muzykę bardzo się otwieramy. Ja jestem bardzo wrażliwą osobą i wydaje mi się, że po prostu łatwiej jest się wyrazić komponując melancholijny utwór. Chcąc to zrobić pozytywną, taneczną piosenką najpierw trzeba dojrzeć i wrzucić na luz. Tak, jak moja bohaterka, która pogodziła się z rozstaniem i znowu odnajduje się w swoim mieście. Ja czuję to teraz na scenie. Ta EP-ka jest również opowieścią o mnie, bo od początku wiedziałam, że chcę śpiewać, ale nie do końca byłam świadoma, jak się do tego zabrać. Teraz na scenie czuję, że jestem dokładnie w tym w miejscu, w którym powinnam być i zaczynam się tym bawić.

 

 

K: Dobrze, że to mówisz, bo „zabawa” to kolejne słowo-klucz, jakie przyszło mi do głowy w czasie słuchania „Enuff”. Dzięki niej uwalniamy się złych emocji. O czy myślałaś lub co czułaś pisząc „Emotions”?  

R: Nagrałam ją w moim mieszkaniu w ciągu zaledwie dwóch nocy. Było zimno, ponuro, miałam duży natłok myśli i właściwie wszystko wyszło samo z siebie. Tworząc piosenkę nie biorę do rąk kartki, nie zapisuję taktów. Wygląda to tak, że dostaję aranż, podpinam się pod mikrofon, zakładam słuchawki i zaczynam nagrywać. Najpierw śpiewam tak zwanym norweskim, czyli połączeniem angielskich i polskich słów, które przychodzą mi do głowy, ale ich całość z początku nic nie znaczy. Wychwytuję wtedy słowa, które mi się podobają i z nich zaczynam sklejać zdania, które już rzeczywiście mają sens.

K: Jak w takim razie wyglądała praca z Michałem Wiraszko nad polskimi tekstami? 

R: Kiedy przez pół roku spotykałam się z Michałem, początkowo siedział przede mną obcy mężczyzna. W ogóle się nie znaliśmy, więc jak mieliśmy wspólnie pisać teksty? To poznawanie się zajęło nam pół roku – on musiał zrozumieć, kim jestem, a ja poczuć luz i podczas tych spotkań zaczęliśmy wymyślać tematykę którą chciałam wyrazić. Jedna z piosenek była początkowo napisana w języku angielskim, ale razem z Michałem stwierdziliśmy, że „Pozwól” jest na tyle mocna, by to wykorzystać i nagrać ją po polsku.

K: Skoro wcześniej nigdy nie nagrywałaś po polsku, jak się zaczęła się twoja przygoda z muzyką?  

R: Wszystko zaczęło się od tego, że jako dziecko byłam bardzo muzykalna. Moi rodzice zauważyli, że lubiłam śpiewać, więc kiedy przeprowadziliśmy się do Poznania moja mama postanowiła wysłać mnie do podstawowej szkoły muzycznej, gdzie przez sześć lat grałam na fortepianie, a w czwartej klasie dołączyłam do chóru szkolnego. Wtedy zauważyłam, że tak naprawdę, to nie lubię grać na fortepianie i nie sprawia mi to żadnej przyjemności, a wręcz męczy, ale kiedy zaczęłam śpiewać, to od razu wiedziałam, że to kocham najbardziej. Jeszcze w trakcie szkoły muzycznej zaczęłam nagrywać do podręczników niemieckiego, a później jeździć na konkursy Krzysztofa Klenczona. Śpiew towarzyszył mi więc wszędzie i po pewnym czasie śpiewania samych coverów, wrzucania ich po raz setny na YouTube i Facebooka stwierdziłam, że muszę coś z tym zrobić. Pomógł mi w tym dziennikarz i promotor muzyczny Łukasz Kowalka, którego poznałam na Hip Hop Kempie. Widział, że jest tutaj szansa na stworzenie fajnego projektu i przedstawił mnie Mateuszowi Gudelowi z Małych Miast. Z nim nagrałam pierwszą piosenkę, a potem poszło jak rzutem na taśmę.

K: Skoro już cofnęłyśmy się do początków, to pamiętasz taką płytę, która tobą potrząsnęła? 

R: Było ich bardzo wiele, ale moją główną inspiracją była Beyoncé. Uwielbiałam ją wręcz chorobliwie, w pewnym momencie nie słuchałam niczego innego. Ona sprawiła, że zakochałam się w R&B – początkowo słuchałam tylko Hip-Hopu. Później, chociaż całkiem niedawno, zaczęły pojawiać się dziewczyny takie, jak FKA Twigs, Tinashe i dzięki nim zauważyłam, że można w R&B robić coś, co jest nie dość że modne, to  podoba mi się jeszcze bardziej dzięki połączeniu z muzyką elektroniczną. W tych aranżach jest siła, która wynosi utwory na inny level.

K: Jest w tym wręcz hipnotyczna siła! Ja zanim przesłuchałam całość EP-ki, zapętlałam dość długo „Trudno”. Nie ukrywam, że trochę to trwało. Ale skoro wywołałaś już Mateusza, mogłabyś powiedzieć od kuchni, jak zaczęła się współpraca z pozostałymi artystami. 

R: Jeżeli chodzi o współpracę z Mentalcut’em, to jest to producent z Poznania, z którym nagrałam piosenkę „Watching you”. Wysyłał mi muzykę, która go inspiruje i okazało się, że jest to ta sama muzyka, która mi się podoba. Znaleźliśmy wspólny język i dzięki temu wyszła piosenka „So Good”. Wysłał mi aranż i od razu stwierdziliśmy, że robimy z tego taneczny numer. Na EP-ce jest wielu poznańskich producentów, bo zależało mi na różnorodności. Materiał nabrał dzięki temu charakteru.

K: A w jakich okolicznościach się poznaliście? 

R: Wszystkich poznałam w Poznaniu na koncertach. Słuchałam ich utworów, wiedziałam, co produkują, chodziłam na ich DJ-sety. Wiedziałam kim są, a okazało się też, że i oni chcieliby coś ze mną nagrać. Jedynie do MIN t odezwałam się nie robiąc z nią nic wcześniej – bardzo podobała mi się jej muzyka. Siła kobiet jest dla mnie bardzo ważna, dlatego też cieszę się, że pracowałyśmy razem przy mojej EP-ce. Uważam, że to w kobietach jest moc, stąd też moje zainteresowanie R&B. Kiedy MIN t wysłała mi swój aranż, to mnie zatkało. Nie mogłam wyjść z wrażenia, że spod ręki kobiety wyszło coś tak mocnego i pięknego, a wydaje mi się, że siłę utworu wzmocnił jeszcze polski tekst. Przyznam szczerze, że to był pierwszy utwór, który był dla mnie tak emocjonalny i dzięki temu swobodniej poczułam się na scenie. W końcu zrozumiałam, co śpiewam. To nie jest już odśpiewywanie czegoś, jak w szkole, tylko w 100% to, czym żyjesz i co czujesz. Polskie teksty jeszcze mi w tym pomogły.

K: Jak czułaś się na scenie w czasie premierowego koncertu?  

R: Byłam przeszczęśliwa, bo widziałam, że ludzie bardzo dobrze reagują. Wydaje mi się, że tą EP-ką udało mi się przekonać do siebie tych, którzy początkowo byli uprzedzeni. Dostaję komentarze od różnych osób, że wcześniej doceniali moją muzykę, ale czegoś im brakowało, a teraz pojawiają się hasła „masz mnie w 100%”. Oczywiście chciałabym, żeby tych osób było więcej i żeby ludzie zaczęli słuchać polskiego R&B. Okazuje się, że wciąż można zrobić coś świeżego, czego jeszcze nie ma na polskim rynku lub nie jest popularne. Ludzie podchodzą do nowości ostrożnie, bo wolą posłuchać zachodnich produkcji, niż wesprzeć polski rynek. To mnie chyba najbardziej denerwuje, bo tu jest tyle dobrej muzyki! Zależy mi na tym, żeby uświadomić ludzi, że w Polsce dobrze się dzieje.

K: Myślę, że wydarzenia takie jak Targi CJG czy poznański Spring Break to do tego świetne okazje. 

R: Jak najbardziej! Po świetnym koncercie w Blue Note na Spring Break’u miałam zastrzyk dobrej energii. Wszystko było wspaniałe – nagłośnienie i ludzie, ich reakcje. Na koncertach zawsze cieszą mnie reakcje publiczności. To jest coś, co uwielbiałam oglądając koncerty Beyoncé. Wiem, że nie jestem drugą Beyoncé, ale zawsze zależało mi na tworzeniu interakcji z ludźmi. Marzę o tym! A kiedy widzę, że ludzie reagują i śpiewają, to czuję, że to o to w tym wszystkim chodzi – żeby ludzie cenilii twoją twórczość, ale przede wszystkim, żeby się bawili.

K: A czym jest zabawa dla ciebie? 

R: Ponieważ mamy w Poznaniu bardzo fajny klub Projekt Lab, to zabawa kojarzy mi się właśnie z tym miejscem. Od niego wszystko się zaczęło. Tam był mój pierwszy koncert, tam poznałam wszystkich producentów, z którymi teraz jest mi dane współpracować. Poznań jest miastem, w którym rozwinęła się nie tylko scena muzyczna, ale też rozrywkowa. Jeśli ktoś szuka zabawy, to zapraszam do Poznania.