Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Trzy rzeczy, które mogłyby scharakteryzować Connera to fryzura a’la młody Basquiat, deskorolka, i dyplom prestiżowego uniwersytetu Yale, gdzie, bardziej niż muzyk, znany był jako zapaśnik. Grywał też w „Tony Hawk’s Pro-Skater” i jak sam przyznaje, jego ulubionym bohaterem był gwiazdor europejskiego skateboardingu – Rune Glifberg, dlatego m.in. nauczył się języka duńskiego, a w Kopenhadze czuje się jak w domu. W rozmowie Conner zdradził, jak powstają nastrojowe piosenki, kto był jego pierwszym fanem i dlaczego wie wszystko o ornitologii.

Kasia Wójcik: Czy masz muzykę na swoim telefonie? Na początek chciałam Cię poprosić o wybranie funkcji shuffle i wylosowanie trzech pierwszych utworów.  

Conner Youngblood: Nie, ale możemy spróbować na moim iPadzie. Pierwszy artysta to Jim James. Pochodzi z Kentucky i jest też częścią zespołu My Morning Jacket, ale to akurat jego solowy album. Właściwie Jim mieszka teraz w pobliżu Nashville.

KW: Wychodzi na to, że jesteś lokalnym patriotą.

CY: Nie, raczej nie. Następny kawałek to już „White Iverson” Post Malone – w ubiegłym roku to był prawdziwy hit. O, kolejny utwór to też rap – Obie Trice.

KW: Hip-hop jest dla ciebie inspiracją na przykład w kontekście pisania tekstów? Jak u ciebie przebiega ten proces? 

CY: Oczywiście mój styl niczym nie przypomina raperów, ale wiele pomysłów na piosenki też pochodzi z życiowych doświadczeń. Podobnie jak w przypadku hip-hopu i pewnie większości muzyki. Zazwyczaj pracę nad tekstem zaczynam od tego, że zapisuję pojedyncze słowa, które mi się podobają lub frazy, których chciałbym użyć. Próbuję połączyć je razem w zdania, które po pewnym czasie zaczynają opowiadać historię, przekazywać moją myśl. Dokładnie tak wyglądała praca nad tekstem „Australia”. Może to się wydawać dziwne, ale wtedy naprawdę miałem 20 słów, które starałem się razem połączyć.

KW: „Australia” brzmi według mnie jak piosenka na rozgrzaną letnim słońcem autostradę, natomiast „Birds of Finland” to idealny utwór na jesień, która już rozgościła się w Polsce. Opowiesz nam więcej o pracy nad nią? Jakie słowa były kluczowe w tym przypadku? 

CY: Byłem wtedy w bardzo skandynawskim nastroju i pisząc inną piosenkę “Stockholm”, jeszcze na tej samej sesji, zacząłem nagrywać zupełnie nowy utwór, który zaczynał się w podobnym tempie. Przyszło mi wtedy do głowy zdanie, od którego zaczyna się jej tekst „Facilitate this fall of August” – które faktycznie wskazuje na jesień – i zacząłem pisać dalej. Chciałem, żeby tekst opowiadał o ptakach, nie mam pojęcia dlaczego. Zacząłem wtedy czytać na Wikipedii o dosłownie każdym gatunku, żeby wybrać taki, który będzie pasował do mojej historii oraz pory roku. Dowiedziałem się wtedy wszystkiego – jak i dokąd migrują, gdzie żyją, jakie dźwięki wydają. Przeczytałem dosłownie wszystko!

KW: Ale przecież to nie jest tematem utworu? 

CY: Nie, to raczej piosenka o związku dwójki ludzi – bez oceniania czy jest on dobry, czy zły. W refrenie znalazło się zdanie o tym, jak dwie osoby marnują ze sobą czas, co ja porównałem do obserwowania ptaków. To taki spokojny, sielankowy moment, ale czy rzeczywiście robimy wtedy coś konstruktywnego? Moim zdaniem nie, ale też staram się, by nie oceniać, czy to jest jednoznacznie złe, czy dobre.

KW: Wróćmy jeszcze na chwilę do początku rozmowy. Poprosiłam cię o włączenie tych utworów, ponieważ przypuszczałam, że pomiędzy nimi znajdziemy jakieś przykłady muzyki ze Skandynawii. Zdecydowanie jesteś fanem tego regionu – uczyłeś się duńskiego, nawiązanie znajdujemy w tytułach. Co łączy Cię z tym miejscem? 

CY: Miałem obsesję na punkcie Skandynawii już w liceum. Ostatnio udało mi się tam spędzić więcej czasu, ale po raz pierwszy wyjechałem w szkole średniej. Byliśmy z siostrą po kilka dni kolejno w Danii, Sztokholmie i Finlandii, chociaż zawsze chciałem wyjechać na Islandię i nauczyć się języka. Znam już duński i kocham Kopenhagę, więc może pewnego dnia tam zamieszkam.

KW:  A z czym wiązała się ta obsesja? Ponieważ dla mnie tym związkiem pomiędzy twoją muzyką a Skandynawią jest prostota, minimalizm, delikatność. To także twoje podejście do życia? 

CY: Tak, lubię prostotę i staram się utrzymać wszystko tak proste, jak to tylko możliwe. W życiu i w pracy artystycznej. Bardzo lubię rzeczy, w których liczy się każdy najmniejszy detal, pomimo że z daleka ich struktura wydaje się bardzo prosta. Na nagraniach niektórych z moich piosenek spędziłem po dwa lub trzy tygodnie. Całe dnie pracowałem nad jakimś krótkim fragmentem, na przykład partią gitary. Ale kiedy wszystko jest już gotowe, to wydaje mi się, że prezentacja mojej długotrwałej pracy może wydawać się bardzo zwykła, prosta, pomimo że stoi za nią mnóstwo malutkich detali i masa ciężkiej pracy. Chciałbym, żeby finalnie wszystko wydawało się przejrzyste, lekkie i nieskomplikowane, ale zdecydowanie to nie tak zaczyna się praca nad poszczególnymi utworami.

KW: Zawsze byłeś też dyskretny, kiedy chodziło o twoją muzykę. Kiedy chodziłeś po ulicach jeszcze nierozpoznawany, kto po raz pierwszy zauważył twój talent? 

CY: Jest taki muzyczny blog Pigeons and Planes. W szkole wysyłałem dużo materiałów do wielu stron i blogów, ale to im pierwszym spodobało się to, co robię i opublikowali post na mój temat. To był pierwszy duży krok.

KW: A rodzina? Zachęcali Cię do tworzenia muzyki? 

CY: Tak, rodzice zawsze byli duży wsparciem. Dzięki nim po raz pierwszy wszedłem do studia, ponieważ jako gwiazdkowy prezent otrzymałem od nich możliwość nagrania muzyki. Miałem wtedy może jedną albo dwie piosenki, ale bardzo mnie wspierali i zachęcali, żebym to zrobił.

KW: W takim razie, kiedy po raz pierwszy podjąłeś próby, żeby tworzyć muzykę? 

CY: W liceum, miałem wtedy może 17 lat. Dość późno, ale wcześniej w ogóle nie myślałem, żeby się tym zajmować. Grałem wcześniej dla zabawy na kilku instrumentach.

KW: Wcześniej poświęcałeś się pewnie karierze sportowej – trenowałeś zapasy na Yale. Czy długie godziny intensywnego treningu i przygotowań idą w parze zarówno z występami na scenie, jak i sportem? 

CY: Moja muzyka raczej nie przychodzi do głowy, kiedy myślimy o zapasach. Ale tak, zgadza się, trenowałem w college’u. Do wszystkiego, nawet do zapasów, podchodziłem zawsze wyciszony. Muzyka to inny sposób wyrażenia tego spokoju. Ale pomimo, że zapasy to intensywny sport, do walk podchodziłem właśnie w ten sposób – wyciszony. Przypuszczam, że to wynika z tego, że trenując zapasy walczysz bardziej głową niż ciałem. Musisz przejść przez trening, być w najlepszej formie, ale też przygotować się mentalnie. Być pewnym siebie w 100% i wierzyć we własne zwycięstwo.

KW: Nie uważasz, że tworzenie muzyki może pomóc w stawaniu się lepszym sportowcem lub na odwrót? 

CY: Na pewno sport pomaga, by uwierzyć w siebie. Uczy cierpliwości, wytrwałości i tego, by brać pracę jako środek do osiągnięcia większego celu, by nie skupiać się wyłącznie na szybkich rezultatach. To tyczy się wszystkiego – sportu, muzyki, życia.

KW: A czy sport mógłby się stać Twoim słowem wytrychem? Myślałeś kiedyś, żeby napisać piosenkę związaną ze sportem?  

CY: Napisałem kiedyś piosenkę „Scrambled”. To termin, którego bardzo często używa się w zapasach,  kiedy dwóch zawodników stoi w pozycji ataku. Użyłam tego słowa, jako metafory dla czegoś, co działo się wtedy w moim życiu, w mojej głowie.

KW: Mam jeszcze jedno skojarzenie. Sportowcy i muzycy pewnie często doświadczają scenicznego lęku. Przed walką i koncertem towarzyszyło Ci podobne uczucie? 

CY: To są jednak bardzo różne wrażenia. Z początku dużo bardziej komfortowo czułem się występując publicznie jako sportowiec niż artysta. Potrzebowałem kilku lat występów na żywo, żeby osiągnąć etap, w którym śpiewanie, bycie na scenie i rozmawianie z publicznością zaczęły mi sprawiać przyjemność. Samo stanie przed publicznością, kiedy próbujemy dać występ może być przerażające.

KW: Jak czujesz się przed dzisiejszym występem? Czego możemy się spodziewać? 

CY: Mnie, banjo i piosenek sprzed sześciu lat.

KW: Sięgniesz więc do starszych utworów, jakie to uczucie? Czujesz to samo, co w momencie pisania ich czy może poznajesz je na nowo? 

CY: Zdecydowanie powinienem przestać grać niektóre piosenki, bo mam ich już dość. Innych nie grałem przez 3 lub 4 lata, a teraz do nich wracam. Wydaje mi się, że im częściej gram jakiś utwór, tym więcej zaczynam w nim dostrzegać i rozumieć, niż w czasie, kiedy je pisałem. Mimo, że przecież to moje własne teksty! Czasami zastanawiam się też nad zmianą niektórych słów mimo, że piosenki zostały już nagrane i grałem je na żywo. Dużą przyjemność sprawia mi praca nad tym, jak utwory będą brzmiały na żywo. Mogę zagrać na pianinie, mogę użyć gitary. Zagrać szybciej lub wolniej. Na scenie artysta też musi się dobrze bawić – na przykład dzięki takim poszukiwaniom, w jaki sposób odświeżyć stare piosenki.

KW: Zdarza Ci się improwizować? 

CY: To zależy, ale zawsze staram się mieć przygotowaną dobrą setlistę. Chociaż dzisiaj chciałbym zagrać coś, czego nigdy nie grałem na żywo, bo dostałem e-mail z prośbą o ten utwór. Nie wiem jeszcze, jak to zrobić, muszę to rozpracować.

KW: Powiesz nam, który to utwór?

CY: Nosi tytuł „Down No 2”. Napisałem go w college’u, ale nigdy potem nie zagrałem na żywo. Czasami nagrane utwory nie znajdują się na setliście, bo albo nie lubię ich wystarczająco, albo nie chcę, żeby stały się częścią występu na żywo. Trzeba pamiętać, że to cały oddzielny proces – od nagrywania po występ na żywo. Czasami wystarczy po prostu zagrać na gitarze, ale bywa też tak, że muszę wykorzystać kilka różnych instrumentów, a najpierw wszystko zaplanować i przećwiczyć.

KW: Często zdarza się, że ktoś prosi o jakiś utwór? 

CY: Nie zdarza się to często przed samym występem, raczej publiczność pyta w czasie koncertu. Wtedy mogę się zgodzić lub nie, ale kiedy ktoś pyta mnie przed, czy wypada mi odmówić? W najgorszym wypadku mogę zaśpiewać a capella, bez żadnych instrumentów.

KW: Pamiętasz inne nietypowe prośby albo fanów, którzy zapadli ci w pamięć? 

CY: Zawsze podziwiam osoby, które pokonują długą drogę, żeby dotrzeć na koncert. To jest naprawdę wspaniałe. Na przykład na koncercie w Helsinkach poznałem parę, która jechała samochodem 3 czy 4 godziny, a ponieważ nie mieli noclegu, spali w samochodzie. Chciałem zaproponować im nocleg ze mną, ale sam wyruszałem o 05:00 rano. To było naprawdę niesamowite. Mam nadzieję, że następnym razem będę mógł zagrać w ich mieście, żeby nie musieli pokonywać tej długiej trasy.

KW: Jak działają na ciebie takie spotkania? 

CY: To jest bardzo motywujące, kiedy widzisz, że twoja muzyka faktycznie w jakiś sposób wpływa na ludzi, kiedy czerpią z niej przyjemność, to sprawia, że chcesz grać więcej. Mam poczucie, że jestem winien ludziom, żeby grać. I to jest bardzo dobre uczucie.

Rozmowa miała miejsce przed warszawskim koncertem Connera, który przyjechał do Polski na zaproszenie agencji Automatik.