Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Ta niedziela jest wyjątkowa, bo jest już trzecią niedzielą podczas tego długiego weekendu. Z Moniką Powalisz, żoliborską ultraską, spotykam się jednak w moim rewirze, na warszawskiej Starej Ochocie. Gadamy o niedzielnych przyjemnościach, pracy nad scenariuszem serialu „Belfer” i… o tym co wydarzy się w najbliższej przyszłości. Bez spoilerów!

Jak spędza niedzielę Monika Powalisz? 

Strasznie boję się niedziel. Odkąd pamiętam był to dla mnie dzień pełen niepokoju: że zaraz poniedziałek, że zaraz do szkoły, że zaczyna się kolejny tydzień i czekają kolejne obowiązki. Coś strasznego!

Dalej tak masz? 

Nie wiem dokładnie kiedy, ale jakoś się tego lęku z czasem pozbyłam. Teraz niedziela jest dla mnie takim luksusowym dniem relaksu. Mam jedną, żelazną zasadę: nigdy nie pracuję w nocy i w weekendy. I choć oczywiście czasami zdarzają się sytuacje wyjątkowe, gdy rzeczywiście muszę posiedzieć i popisać, to jednak niedziele spędzam zwykle na miejskim włóczęgostwie. Na przykład idę z moją córką do Zachęty, brodzę w błocie na Olimpii albo idę do parku na długi spacer, jem śniadanie z przyjaciółmi w jednej z żoliborskich kawiarni, a czasami po prostu leczę kaca. I sprzątam. Ale leniwie i powoli, bo lubię to robić. Staram się, żeby moje niedziele miały niezobowiązujący, ale jednocześnie odświętny charakter. Robię to, na co nie miałam czasu przez cały tydzień.

Mój stosunek do kościoła podsumuje anegdota z moją córką. Kiedy po raz pierwszy poszłyśmy na plac zabaw mijając po drodze wspomniany kościół, zapytała: „Mamo! Jaki ładny pałac! Czy tu mieszka Kapciuszek?” Odpowiedziałam: „Tak kochanie, tu mieszka Kapciuszek.” Nie chciałam jej na tak wczesnym etapie rozwoju wyprowadzać z błędu.

Jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żeby ktoś z moich rozmówców powiedział, że w niedzielę chodzi do kościoła. 

I ode mnie też tego nie usłyszysz. Ale lubię odwiedzać i zwiedzać kościoły. Sama mieszkam teraz nieopodal kościoła pw. Stanisława Kostki na Żoliborzu i dzwony tej świątyni nieubłaganie przypominają mi o upływającej niedzieli. Oczywiście byłam w tym kościele nie raz, ale nie podczas mszy.

Myślę, że najlepiej mój stosunek do kościoła podsumuje anegdota z moją córką. Kiedy po raz pierwszy poszłyśmy na plac zabaw mijając po drodze wspomniany kościół, zapytała: „Mamo! Jaki ładny pałac! Czy tu mieszka Kapciuszek?” Odpowiedziałam: „Tak kochanie, tu mieszka Kapciuszek.” Nie chciałam jej na tak wczesnym etapie rozwoju wyprowadzać z błędu.

Pięknie! To może przejdźmy do „Belfra”… 

…nie, nie jest to polskie „Twin Peaks”!

Wiadomo, że nie! Ale są przecież podobieństwa!

W każdym serialu znajdziesz podobieństwa do jakiegoś innego. Nie da się uciec od kalek i porównań, tym bardziej dziś, kiedy spirala seriali jest dość mocno nakręcona, poziom wysoki, a oczekiwania widzów rosną. Mieliśmy z Jakubem Żulczykiem (moim scenariuszowym partnerem) pewne wątpliwości, czy zaczynanie serialu od ciała martwej dziewczyny nie jest „za blisko”, ale jak zauważył autor pewnej recenzji, zresztą zaskakująco pochlebnej: „Nie jest to Laura Palmer”.

No, nie jest.  

Potrzeba przyklejania zagranicznych etykietek do wszystkiego, co polskie wynika wyłącznie z kompleksów: to taka proteza, która pozwala poczuć się lepiej, pewniej. My z Kubą takich protez zwyczajnie nie potrzebujemy, bo Belfer jest scenariuszem oryginalnym. W tej sytuacji liczą się okoliczności i to, że są to polskie realia, polska prowincja. Nie sililiśmy się na pokazywanie świata, którego nie ma, którego sami nie znamy.

Coś jest na rzeczy z tą prowincją, że przyciąga twórców. To pociągający temat? 

Nazwa miejscowości, w której i wokół której rozgrywa się akcja serialu – Dobrowice, pojawiła się na bardzo wczesnym etapie pracy nad scenariuszem. Wymyślając ten świat, zastanawialiśmy się, jak taka miejscowość powinna wyglądać, jaka powinna być? Dobrowice są w jakiś sposób inspirowane naszymi prywatnymi doświadczeniami. Z Kubą mamy odmienne życiorysy, ale bardzo podobne przeżycia. W zasadzie do końca liceum, do momentu wyjazdu na studia oboje mieszkaliśmy na prowincji. Ja w Pabianicach, natomiast Kuba początkowo w Nidzicy, a później w Olsztynie. Mieliśmy więc dobre zaplecze do tego, aby stworzyć obraz „idealnego prowincjonalnego miasteczka” z charakterystycznymi postaci, zachowaniami, układami i układzikami, konszachtami oraz mniej lub bardziej szemranymi powiązaniami. Chcieliśmy żeby Dobrowice były pełne, żeby był tam cały przekrój społeczny. I myślę, że finalnie ten efekt został przez nas osiągnięty. Każdy Dobrowiczanin i Dobrowiczanka są mocno osadzeni w tym świecie. Inny jest natomiast tytułowy Belfer. To przybysz, obcy, ale w jakiś pokrętny sposób jednak z samym miasteczkiem powiązany.

Nie wchodźmy jednak za bardzo w szczegóły fabuły i wróćmy do początku. Jak wyglądała praca nad scenariuszem? Mieliście taką roboczą ścianę z mapą myśli, z nicią łączącą poszczególne postaci? To wizja trochę jak scena z filmu o detektywach albo o maniakalnym prześladowcy, ale właśnie tak wyobrażam sobie proces pisania scenariusza do takiego serialu jak Belfer. 

Nie, nie, nie. Nie mieliśmy nic takiego! Wyglądało to bardziej prozaicznie – na początku spotykaliśmy się z Kubą w mojej kuchni na Żoliborzu i bardzo sumiennie pracowaliśmy nad fabułą. Przez rok. Siedzieliśmy wspólnie nad kolejnymi elementami składowymi scenariusza: najpierw nad treatmentem, czyli szczegółowym opisem fabuły serialu oraz tzw. biblią postaci, gdzie wszyscy bohaterowie są szczegółowo opisani – takim serialowym who is who. A potem już nad pierwszym odcinkiem. Nie było ściany, tablicy, ale było dużo rysowania. I przy okazji kupa dobrej zabawy – na marginesie wymyślaliśmy na przykład tytuły nieistniejących, ale bardzo złych książek w stylu: „Jowita, córka Wiesława“ (śmiech).

Jak spędzają swoje niedziele Olga Drenda, Grzegorz Piątek, Kuba Wojtaszczyk i inni rozmówcy Mateusza Bzówki? Poczytaj sobie już teraz!

Scenarzysta musi dużo wiedzieć i musi się na wielu rzeczach znać. Prawie na wszystkim. To praca, która polega na nieustannym riserczu, na wiecznym zdobywaniu przydatnej wiedzy we wszelkich możliwych dziedzinach – nigdy nie wiadomo, co okaże się przydatne. Trzeba zdobywać specjalistyczną wiedzę z zakresu kryminalistyki, pschychologii, toksykologii, botaniki, nie wyłączając gastronomii czy rzetelnej wiedzy historycznej.

Co było dalej? 

Z pierwszą wersją odcinka poszliśmy do Wojtka Bockenheima, producenta wykonawczego w TVN-ie, którego wcześniej znałam. Scenariusz się spodobał, Wojtek został naszym producentem i dobrym duchem, którym jest do dziś, a przy okazji i przyjacielem, co nie jest bez znaczenia dla naszej współpracy. Potem do naszego teamu dołączyła dwójka redaktorów – Dominika Kamińska i Wojtek Zembaty, a potem zaczęła się ciężka praca (śmiech). Drabinkowanie, czyli niekończące się dyskusje, co się wydarzy, jaka będzie kolejność scen, które wątki wchodzą, i kiedy pojawiają się kolejne postaci. Kiedy te elementy są już gotowe, siada się nad taką drabinką i pisze konkretne sceny dialogowe. Oczywiście w tzw. międzyczasie trzeba zdobywać specjalistyczną wiedzę z zakresu kryminalistyki, pschychologii, toksykologii, botaniki, nie wyłączając gastronomii czy rzetelnej wiedzy historycznej. Scenarzysta musi dużo wiedzieć i musi się na wielu rzeczach znać. Prawie na wszystkim (śmiech). To praca, która polega na nieustannym riserczu, na wiecznym zdobywaniu przydatnej wiedzy we wszelkich możliwych dziedzinach – nigdy nie wiadomo, co okaże się przydatne.

I to doświadczenie pracy nad „Belfrem“ było niesamowite, bo w trakcie tych spotkań, odkryłam że nie ma nic przyjemniejszego niż praca w zgranym zespole, w którym każdy się wspiera i każdy, absolutnie każdy, gra do tej samej bramki, a wszystkim razem zależy na jak najlepszym efekcie. Potem, kiedy już scenariusz był skończony, rozpoczął się kolejny etap – tak zwanego script doctoringu, czyli procesu, kiedy można poprawiać, doskonalić, cyzelować, ale i skracać sam scenariusz, pracując nad ostatnim draftem czyli tak zwanym draftem produkcyjnym. Ostatecznie, praca nad scenariuszem – od koncepcji do finalnego efektu, trwała prawie cztery lata. Na szczęście z przerwami! (śmiech). Ale faktem jest, że „Belfer“ to moje pierwsze dziecko – drugie, to prawdziwe urodziło się w trakcie prac.

Belfer to wasze wspólne dziecko – Twoje i Kuby. Ile jest w Belfrze Powalisz, a ile Żulczyka? 

Fifty, fifty! Zdecydowanie! Mieliśmy drabinkę z rozpisanymi scenami, których było około pięćdziesięciu i umówiliśmy się z Kubą, że ja biorę parzyste, a on nieparzyste, albo odwrotnie. Nie było takiej sytuacji, że Kuba pisał tylko ostre sceny z bandziorami, a ja te obyczajowe. To był totalnie randomowy podział, w związku z czym musieliśmy się nauczyć języka wszystkich postaci i myślę, że to dobrze zrobiło spójności samej historii.

Jako pomysłodawcy i autorzy scenariusza mieliście jakiś wpływ na samą produkcję?

W branży filmowej mówi się, że rola scenarzysty kończy się w momencie, kiedy na planie pada pierwszy klaps. Na przykład obsada to już nie nasze kompetencje, choć oczywiście każdy z nas miał jakieś swoje prywatne „widzimisie”. Część osób, która gra w Belfrze to moi koledzy z Akademii Teatralnej, na przykład Łukasz Simlat, czy Kasia Kwiatkowska. Uważam, że casting do Belfra to wytrawna i profesjonalna robota pani Magdy Szwarcbart. Czy Maciek Stuhr jako Belfer nie jest po prostu fantastyczny? Nieoczywisty? Nietuzinkowy? I jako aktor, i jako kreowana przez niego postać? Cieszę się z tych wyborów, chociażby z Grzegorza Damięckiego, którego znam od lat, a który jest moim sąsiadem z Żoliborza. Kiedy trwały zdjęcia, a my spotykaliśmy się mijając na spacerach, groził mi palcem i mówił: „Oj Monika, ty to mi napisałaś!“. Cenię chociażby Aleksandrę Popławską i Roberta Gonerę (serialowi rodzice denatki), których bardzo lubię oglądać na ekranie. Osobnym tematem jest oczywiście cała, fantastyczna obsada policyjna, z moim faworytem – aspirantem Papińskim na czele, w którego wcielił się Piotr Głowacki. Nie znaliśmy w zasadzie tylko młodej części obsady.

A ta jest zaskakująco dobra!

Na szczęście! Za tymi naszymi papierowymi postaciami poszedł bardzo fajny, zakrojony na szeroką skalę casting i ta młodzież nie jest udawana. W zasadzie wszyscy oprócz serialowego Maćka Dąbrowy czyli Józka Pawłowskiego, którego można kojarzyć z Miasta 44, to aktorzy w trakcie szkoły lub tuż po niej.

Wy nie mieliście wpływu na produkcję, a czy producent wykonawczy, czyli TVN miał jakieś swoje sugestie i uwagi co do scenariusza? 

Spotkało nas niesamowite szczęście, bo mieliśmy z Kubą okazję napisać oryginalny scenariusz do którego nikt, absolutnie nikt się nam nie wtrącał. Cenzura nie spotkała nas na żadnym etapie pracy! Mieliśmy pod tym względem niewyobrażalny komfort pisania, a z doświadczenia wiem, że to nie zdarza się zbyt często. Jedyne dyskusje dotyczące fabuły, odbywały się w gronie za to odpowiedzialnym: wśród scenarzystów, redaktorów i producenta wykonawczego, który, co też nie jest oczywiste, był obecny z ramienia TVN-u od samego początku prac nad scenariuszem. Każdemu scenarzyście życzę takiego teamu i każdemu życzę takiej współpracy!

Kiedy w końcu wybiła właściwa godzina, gotowy scenariusz trafił w ręce Łukasza Palkowskiego, który od razu rozpoczął pracę z aktorami, a nie jak to się często zdarza, od przepisywania scenariusza. Dlatego 95% z tego, co zostało przez nas napisane widzimy teraz na ekranie. Nie było takiej sytuacji, że ktoś zmieniał jakieś pojedyncze zdania, przepisywał kwestie dialogowe swojej postaci, czy wyrzucał całe wątki. I tak to właśnie powinno wyglądać!

Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, jak wygląda sytuacja teatru jako instytucji w Polsce. A ta, po 1989 roku nie przeszła żadnej porządnej reformy. System, w którym tkwi tzw. teatr repertuarowy w naszym kraju jest kompletnie niewydolny i kompletnie się nie sprawdza w dzisiejszej rzeczywistości, co powoduje ogromną i narastającą frustrację całego środowiska.

„Belfer” ma mocną, użyję tu tego słowa, chociaż nie do końca mi tutaj pasuje: konkurencję, jeśli chodzi o jesienną ramówkę w polskiej telewizji. Mam na myśli Artystów.  

Nie wiem czy wiesz, ale moja droga do serialu prowadzi właśnie od teatru, więc ta tematyka jest mi bardzo bliska. Widziałam oczywiście wszystkie odcinki Artystów. To serial bardzo „zawodowy“ – szczególnie ważny dla osób znających to środowisko. Czytam te wszystkie żarty i gagi na zupełnie innym poziomie, niż widz spoza teatru, bo wiem, kto się kryje za konkretnymi postaciami. Są tam świetne smaczki dla tych, którzy wiedzą w jakiej sytuacji jest obecnie teatr w Polsce. Bardzo dobrze, że taki serial jak Artyści powstał: te doprowadzone niekiedy do absurdu sytuacje, czyli walka między teatrem a miastem, sieć zależności, decyzji i wpływów doskonale ukazują to, co się teraz dzieje poza sceną. Ludzie, publiczność, podatnicy nie zdają sobie sprawy z tego, jak wygląda sytuacja teatru jako instytucji w Polsce. A ta, po 1989 roku nie przeszła żadnej porządnej reformy. System, w którym tkwi tzw. teatr repertuarowy w naszym kraju jest kompletnie niewydolny i kompletnie się nie sprawdza w dzisiejszej rzeczywistości, co powoduje ogromną i narastającą frustrację całego środowiska. Miałam okazję pracować w teatrach państwowych i myślę, że jest to doświadczenie, które może skutecznie do teatru zniechęcić. Mnie wykończyło.

Natomiast, czy to konkurencja do „Belfra“? Wydaje mi się, że nie można tutaj porównywać tych dwóch seriali – to są zupełnie inne gatunki, zupełnie inne historie i zupełnie inne rzeczywistości, ale o tym już rozmawialiśmy.

Już 25 listopada otwarcie w galerii Lokal_30 wystawy "papier-kamień-nożyce", nad którą Monika pracuje wspólnie z Mateuszem Szczypińskim. Polecamy!

A oglądasz inne seriale? 

Oczywiście, ale nie jestem jakąś serialomaniaczką, która wie w jakim garniturze przechadzał się Don Draper w czwartym sezonie MadManów, za to Młody Papież (ech, rozmarzyłam się, oczywiście nad scenariuszem…). A tak na serio: ostatnio wracam do filmów Andrzeja Wajdy. Miałam jakiś czas temu noc z Brzeziną i Ziemią Obiecaną.

To niesamowite, w jaki sposób zostały w tych filmach pokazane sceny seksu! Szczególnie w wykonaniu Daniela Olbrychskiego. Są pełne pożądania i męskiej energii seksualnej, która dosłownie leje się kubłami z ekranu, a która obecnie, i to w rzeczywistości, a nie filmowej wycieka jakąś zanikającą, bladą strużką. Pytam więc: gdzie ci mężczyźni z Ziemi Obiecanej?!

Na to pytanie niestety nie znam odpowiedzi. Nad czym teraz pracujesz?

Wyobraź sobie, że właśnie piszę książkę! Będzie nosić tytuł: „Ósme ciało” i ukaże się nakładem wydawnictwa Świat Książki już w przyszłym roku.

Wspaniała informacja! Co to będzie?

Powieść kryminalna, której akcja rozgrywa się w Lesie Rydzyńskim. Bohaterem jest leśniczy, który pewnego wiosennego dnia znajduje w lesie ciało młodej, zamordowanej dziewczyny.

Dlaczego więc „Ósme ciało”? 

Ósme dlatego, że jest to ósme ciało, które leśniczy widział podczas swojej leśnej kariery. Nie wiem, czy wiesz, ale każdy leśniczy (a wiem to z autopsji, bo zarówno mama, jaki i tata byli leśnikami) ma obowiązek towarzyszyć innym służbom w różnych sytuacjach, które miały miejsce na jego terenie. Wszystko to, co rozgrywa się na terenie lasu, musi być pod kontrolą leśniczego i odbywać się w jego obecności. Czasem są to rzeczywiście dosyć nieprzyjemne zdarzenia. Mój ojciec brał udział w ekshumacjach niemieckich żołnierzy z czasów pierwszej wojny światowej, czy w oględzinach ciał samobójców. Taka praca. A ja to teraz bezwzględnie wykorzystam (śmiech).

Słyszałem też, że pracujesz nad wystawą. Opowiesz coś o niej? 

Wspólnie z Mateuszem Szczypińskim i Agnieszką Rayzacher z Lokalu_30 pracujemy nad wystawą „Papier-kamień-nożyce“ – ja pokażę swoją kolekcję papierowych efemerów (od papierów pakowych po zapałczane etykiety), a Mateusz swoje najnowsze prace – będzie to zderzenie i opowieść o wspólnej obsesji, jaką jest dla nas papier. Wernisaż już 25 listopada!

I ostatnie pytanie: Kto zabił Aśkę?

Ha, ha! Tego widzowie dowiedzą się dopiero w ostatnim odcinku!

Cholera, myślałem, że wezmę Cię z zaskoczenia!

No co ty! Codziennie kilka osób zadaje mi to pytanie!