Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Jeśli zdarzy się wam przechodzić ulicą Puławską w Warszawie, zwolnijcie kroku pod numerem 36. Pomiędzy sklep z bielizną a obuwniczy wciśnięta jest mała witryna, łatwo ją przegapić. Napis na szyldzie głosi: „Jerzy R. Grzelak, dyplomowany mistrz zegarmistrzostwa”. Zerknijcie przez szybę. Nad drewnianą ladą, pośród dziesiątek zegarów z różnych stron świata, pali się lampka. Przyjrzyjcie się dokładnie – nieco dalej zobaczycie pochylonego w skupieniu mężczyznę w eleganckim ubraniu. Pokłońcie się mu nisko. Ten pan od kilkudziesięciu lat buduje w Polsce gałąź rzemiosła precyzyjnego – zegarmistrzostwo.

 

Jak zegarek uratował życie

Tatuś przed wojną zajmował kierownicze stanowisko w jednej z najbardziej dochodowych firm wydawniczych tamtych czasów – Księgarni i Domu Wydawniczym „Trzaska, Evert i Michalski”. Lubił zegarki wysokiej klasy. Miał kilka bardzo drogich, w tym marki Schaffhausen. Schaffhausen International Watch Company – pan Jerzy unosi głowę i przeciąga każdą sylabę, delektując się brzmieniem nazwy szwajcarskiej firmy. Mieliśmy w domu wiele zegarów i często odwiedzaliśmy zegarmistrza, niezwykle miłego człowieka i wybitnego specjalistę w swoim fachu. Z zainteresowaniem przyglądałem się jego pracy, nieświadomy, jaką przyszłość szykuje dla mnie los.

Pewnego dnia, podczas okupacji, mój ojciec jechał tramwajem. Łapanka. Wszystkich pasażerów wygarnęli i prowadzą pod ścianę. Ojciec tego dnia na nadgarstku miał złotego schaffhausena z przepiękną bransoletą. To były sekundy: spojrzał na Niemca, pokazując swój zegarek. Tamten szybko zorientował się, że mógłby stać się posiadaczem kosztownego zegarka. Grupa z tramwaju była prowadzona pod eskortą na miejsce egzekucji. Transakcji udało się dokonać w jednej z mijanych po drodze bram. Pamiętam, że ojciec wrócił tego dnia do domu niespokojny i szczęśliwy i że bardzo cieszyliśmy się, że jest z nami. Niedługo po wojnie spotkałem znajomego zegarmistrza. Zapamiętał moje zainteresowanie zegarkami i zaprosił mnie do swojego zakładu. Przez kilka lat odwiedzałem go w każdej wolnej chwili. Hobby przerodziło się w wielką życiową pasję i zawód.

Sprzedaj krowy, sprzedaj konie – kup zegarek marki Błonie!

W latach 50. dla zegarmistrzów było mnóstwo pracy. Dostałem propozycję prowadzenia pracowni zegarmistrzowskiej na Pradze. Do zakładu ustawiały się kolejki. Pewnego dnia zgłosiło się do mnie czterech mężczyzn, chcieli ze mną porozmawiać. „Panowie, jest kolejka. Przyjdźcie po siódmej”-powiedziałem.

I przyszli.

– Jestem dyrektorem pierwszej w Polsce fabryki zegarków – przedstawił się jeden z nich. –Panie Grzelak, pan mógłby nam bardzo pomóc.

– W jaki sposób? – pytam.

– Otwieramy fabrykę w Błoniu – mówi dyrektor.

– Panowie, ja jestem z Mokotowa. Gdzie Błonie, a gdzie Mokotów!

– Jeździ pan do pracy na Pragę. To prawie taka sama droga, tyle samo czasu zajmie panu dostanie

się do Błonia, w tamtą stronę jeżdżą puste pociągi.

Podziękowałem za współpracę i odesłałem ich z kwitkiem. Jednak musiało im bardzo zależeć, bo odwiedzili mnie jeszcze kilka razy i po dwóch miesiącach wreszcie namówili. Pierwsza w Polsce fabryka zegarków! To była piękna przygoda! Fachowców szukaliśmy w całej Polsce. Wybranym oferowaliśmy pracę. Uczyliśmy ich montażu. Po przeszkoleniu pracowników otworzyliśmy pierwszą linię. Niedługo potem powstały trzy następne. Fabryka pracowała na dwie zmiany. Byłem odpowiedzialny za kontrolę jakości. Wyselekcjonowałem najlepszych pracowników do kontroli międzyoperacyjnych. Linia montażowa liczyła 36 osób. Początkowo schodziło z niej 50 zegarków dziennie. Kolejni dyrektorzy podwyższali normy, w końcu z jednej linii schodziło 200 sztuk. Pod koniec dnia wszystkie zegarki trafiały na mój stół do wyrywkowej kontroli. Decydowałem, czy partia nadaje się do sprzedaży. Wszystkich rozpierała duma, że w miejscu dawnej fabryki zapałek udało się stworzyć tak precyzyjną produkcję. Okazało się, że potrafimy pracować jak Szwajcarzy. Naszą pracę przyjeżdżały podziwiać wycieczki z całego świata. Oprowadzałem gości po hali, prezentując poszczególne etapy montażu.

O 11 odpinamy paseczki

Wszyscy starali się zrobić jak najwięcej zegarków, bo pracowali na akord, a ośmiogodzinna praca w

skupieniu męczy. Pewnego razu, gdy patrzyłem na skulone sylwetki pracowników, pomyślałem, że przydałoby się ich trochę rozruszać.

– Zróbmy to, co robią w Chinach – mówię dyrektorowi. – Zorganizujmy gimnastykę!

Sport lubiłem od dziecka, trenowałem szermierkę, konkretnie szablę. Mogłem więc sam tę gimnastykę z powodzeniem poprowadzić. Ponad dwa miesiące przekonywałem dyrektora, że piętnaście minut gimnastyki dobrze wpłynie na samopoczucie pracowników i jakość ich pracy. Udało mi się załatwić 1000 złotych na akompaniament i równo o godzinie 11 w hali zabrzmiała muzyka fortepianowa. To była pierwsza w Polsce gimnastyka w fabryce! Niedługo potem takie ćwiczenia wprowadzono w zakładach imienia Róży Luksemburg i u Wedla. Staję na środku, tuż obok swojego stanowiska pracy, i mówię: „Proszę państwa, pora odpiąć paseczki. Zaczynamy gimnastykę!”. A proszę sobie wyobrazić – wszyscy w białych fartuchach ściśniętych paskami, mężczyźni w furażerkach, kobiety z włosami podwiniętymi pod czepki. Bardzo sympatyczne 15 minut, wdech – wydech i od razu lepiej się pracuje. Z reguły nie było żadnych problemów. Raz jednak zdarzyło się, że musiałem odrzucić całą partię. 800 sztuk z czterech linii. Nieprzyjęta produkcja całego dnia. Dużo było w tej partii zegarków niespełniających wymogów technicznych. Po dwudziestu minutach przybiega do mnie dyrektor wraz z członkami zarządu.

– Panie Grzelak, pan jest tu dyrektorem czy ja? Przez pana cała fabryka nie dostanie premii!

– Zegarki są nie do przyjęcia – mówię. – Jeśli pan kwestionuje moją kontrolę, może pan przystawić do papierów swoją, decydującą pieczątkę z numerem zero. (Ja miałem pieczątkę z numerem jeden).

Proponuję jednak, by najpierw zobaczył pan, dlaczego odrzuciłem całą partię.

– Nie jestem fachowcem – mówi dyrektor.

– Nie trzeba być fachowcem, by stwierdzić, że w tej partii jest dużo błędów.

Pokazałem mu w czym rzecz – usterka na usterce. Dyrektor wyszedł bez słowa. Zegarki poszły do naprawy.

Poniedziałki w urzędach

Następnego dnia o godzinie jedenastej zdejmuję fartuch i furażerkę i rozpoczynam prowadzenie gimnastyki. Po zakończeniu wracam do biurka, na którym miałem rozłożone zegarki, które koledzy z linii podrzucili mi z prośbą o pomoc w ich naprawieniu. To była dodatkowa praca, której w zasadzie nie powinienem wykonywać w fabryce. Nie miałem na sobie fartucha ani czepka, co w fabryce było niedopuszczalne. W pewnym momencie podnoszę głowę i widzę, że z drugiego końca sali w moją stronę zmierza dyrektor w towarzystwie kilku osób. Podpuścili mnie! – myślę sobie. Dyrektor zaraz zemści się za wczorajszą akcję! Zgarnąłem szybko zegarki do szuflady, szufladę zasunąłem brzuchem, stoję i czekam.

– Przedstawiam panu pana Grzelaka, który może uratować sytuację – dyrektor zwraca się do

przyprowadzonego gościa, sekretarza premiera.

– Jest pan naszą ostatnią deską ratunku, panie Grzelak – podaje mi rękę prawa ręka premiera

Cyrankiewicza. – Miło mi pana poznać.

Premier Cyrankiewicz na XX Zjeździe w Moskwie od towarzysza Chruszczowa dostał złoty zegarek z dedykacją. Najnowszy model z radzieckiej fabryki. Za tydzień wybierał się na kolejny zjazd do Moskwy. Wypadałoby, żeby pojechał z zegarkiem, ale jak na złość ten zegarek akurat przestał działać.

– W całej Polsce próbowaliśmy go naprawić, wreszcie skierowano nas do fabryki zegarków. A dyrektor fabryki od razu skierował mnie do pana – mówi prawa ręka Cyrankiewicza.

Zabrałem zegarek do domu, miałem tydzień. Delikatnie poruszyłem koronką i od razu wyczułem wadę. Przehartowane części, beczka i półbeczka umożliwiające nastawianie zegarka rozsypały się. I skąd ja wezmę takie części, myślę. Odwiedziłem wszystkich znajomych zegarmistrzów. I nic. Siedziałem dniami i nocami, kombinowałem na różne sposoby z częściami szwajcarskimi. Nic nie pasowało! Premier pojedzie z zepsutym zegarkiem! W czwartek, zrezygnowany, wybrałem się do sklepu Natasza, który znajdował się w Alejach Jerozolimskich, by pooglądać aparaty (bo aparaty fotograficzne były moim drugim, po zegarkach, hobby). Akurat na rynek wszedł Zenit z obiektywem Helios. W gablocie zobaczyłem też nowe zegarki. Z ciekawości kupiłem jeden, żeby sprawdzić, co też ci radzieccy inżynierowie znowu wymyślili. W domu otwieram zegarek i oczom własnym nie wierzę – w metalowej kopercie znajdował się ten sam mechanizm co w zegarku premiera! Byłem uratowany. Całą noc siedziałem i zegarek naprawiłem. Rano pojechałem do fabryki.

– Panie Grzelak, pan uratował całą fabrykę! – dyrektor nie posiadał się z radości.

Jakie podziękowania! Premia wysokości trzech pensji! I jeszcze coś…

– Tyle lat minęło, a ja do dziś konserwuję i naprawiam zegary w różnych urzędach – mówi pan Grzelak i twarz mu się śmieje, a w kącikach oczu błyszczą łzy.

Czyszczarki jak z bajki

Po dwóch i pół roku dostałem z Ministerstwa Handlu Wewnętrznego propozycję nie do odrzucenia – kierowanie zegarmistrzostwem w Centrali „Jubiler”, jedynej firmie, która była gestorem na Polskę – prowadziła handel jubilerstwem, złotem, srebrem i zegarkami. Zostałem kierownikiem działu i generalnym rzeczoznawcą na kraj, zajmowałem się kupowaniem i sprzedażą zegarków, fornitur oraz narzędzi zegarmistrzowskich i jubilerskich. Moim celem było pomóc kolegom zegarmistrzom w całym kraju w wyposażeniu zakładów w trudno dostępne w Polsce narzędzia. Do dyspozycji miałem limit dywizowy – w ramach wymiany handlowej mogłem akceptować zakupy zegarków z siedmiu różnych fabryk Związku Radzieckiego. Wolno mi też było akceptować zakupy z NRD. Niemcy mieli dwie fabryki: Ruhla i dawną firmę Lange und Söhne, która zresztą była kolebką zegarmistrzostwa w Europie. Odwiedziłem kiedyś jej siedzibę w miejscowości Glasshütte. W tym czasie mieliśmy halę produkcyjną bez okien. A tam? Czego tam nie było! Miasteczko produkcyjne jak z bajki. Na górzystym terenie, pośród zieleni małe domki, w każdym produkowano inną część. Raj dla zegarmistrza!

Daleko nam było do takiej organizacji. Brakowało narzędzi. Zrobienie wkrętarek i pęset zleciłem polskim rzemieślnikom. Jednak niektórych narzędzi nie dało się u nas zrobić. Wibrografy sprowadzałem ze Szwajcarii. Zapytanie ofertowe o czyszczarki rozpisałem na cały świat. Szukałem i porównywałem ceny. Przysłali mi na przykład francuskie za 8000 złotych, inne też były za drogie. W końcu wyjąłem z pudełka czyszczarkę przysłaną przez Szwajcarów. Chcieli za nią 4500 złotych. Zauważyłem, że pod spodem przyklejona była maleńka karteczka z nazwiskiem producenta – Hans Schmidt Bauer. Postanowiłem zwrócić się bezpośrednio do niego. Przyjechał na moje zaproszenie. Przemiły starszy pan.

– Ile pan potrzebuje tych czyszczarek? – pyta.

– A ile jest pan w stanie wykonać?

– No wie pan, w zeszłym roku na zamówienie ze Stanów Zjednoczonych zrobiłem dwanaście sztuk – odpowiada z dumą pan Schmidt.

– Ja muszę całą Polskę wyposażyć. Będzie potrzebnych ze trzydzieści.

Dał mi 3000 za sztukę. To była bardzo dobra cena. Złożyłem pismo u dyrektor Centrali „Jubiler”. Powiedziano mi, że będzie trzeba czekać, bo chwilowo nie ma pieniędzy. Minął tydzień – telefon z dyrekcji. Pewne zamówienie z Chin nie zostało zrealizowane, więc znalazły się pieniądze, które trzeba było wykorzystać.

– Panie Grzelak, proszę zamawiać te czyszczarki. Możliwie szybko, bo za rok nam zmniejszą limity i nic nie dadzą – powiedziano mi.

Natychmiast zadzwoniłem do Hansa Schmidta Bauera i zaprosiłem go do Warszawy, by omówić szczegóły zamówienia.

– Panie Bauer, chciałbym zamówić nie trzydzieści czyszczarek, lecz trzysta!

Hans Schmidt Bauer zaniemówił. Zastanawiał się dwa tygodnie. I proszę sobie wyobrazić, że specjalnie na tę okoliczność wziął ogromną pożyczkę w banku i postawił wielką halę produkcyjną w miejscowości Singen. W ciągu trzech i pół miesiąca zrealizował moje zamówienie. W niedługim czasie rozszerzył produkcję o pantografy i sprawdzarki. Zorganizowałem wystawę przywiezionych przez niego wzorów narzędzi w Izbie Rzemiosła na Miodowej. Zaprosiłem na nią przedstawicieli najważniejszych firm związanych z zegarmistrzostwem oraz szkoły i cechy rzemiosła precyzyjnego.

Punktualność jest podstawą organizacji państwa

Pracy było dużo. Coraz później wracałem do domu, coraz częściej wyjeżdżałem służbowo: raz Szwajcaria, raz Niemcy, do tego dochodziło wiele delegacji po kraju. Zdrowie miałem nie najlepsze, jak to u dziecka powstania warszawskiego. I pewnego dnia lekarz mi mówi: „Musi pan zmienić pracę na lżejszą i mniej stresującą”. Firma Jubiler zaczynała podupadać. A ja wziąłem zalecenia lekarza do serca. W 1969 roku otworzyłem własną pracownię przy Puławskiej. Pod koniec lat 70. na rynku pojawiły się zegarki elektroniczne, zegarmistrzowie mieli coraz mniej pracy. Proszę sobie wyobrazić, że do tego cech elektryków zakwestionował pracę zegarmistrzów! Burzyli się, że zabieramy im chleb. W porozumieniu z Izbą Rzemiosła zorganizowałem wtedy w naszym cechu specjalny kurs naprawy zegarków kwarcowych. Po ukończeniu go zegarmistrzowie otrzymywali dyplomy uprawniające do naprawy zegarków elektronicznych. Wcześniej w klasztorze Franciszkanów w Niepokalanowie odbyło się spotkanie zegarmistrzów z całej Polski. Dlaczego tam? Bo to franciszkanie są ojcami polskiego zegarmistrzostwa. Ojciec Maksymilian Kolbe podczas wizyty w Japonii zaczął się zastanawiać, dlaczego Japończycy są tak świetnie zorganizowani. Doszedł do wniosku, że dzięki zegarkom. Przychodzą punktualnie do pracy, a od tego zależy przecież organizacja państwa. Po powrocie z Japonii zlecił bratu Wawrzyńcowi Podwapińskiemu z klasztoru w Niepokalanowie, by zainteresował się zegarmistrzostwem. On i drugi franciszkanin, Bernard Bartnik, doskonale znali języki obce i jeździli na kongresy zegarmistrzowskie na całym świecie. Napisali wspólnie czternastotomową encyklopedię zegarmistrzostwa. Żaden inny kraj na świecie nie może poszczycić się takim fachowym kompendium. Na zjeździe w Niepokalanowie zaproponowałem utworzenie Ogólnopolskiego Klubu Postępu Technicznego w Zegarmistrzostwie, by chronić upadające rzemiosło. Wygłosiłem tam przemówienie na temat najwspanialszego zegarmistrza wszech czasów – arcymistrza Antoniego Norberta Patka. Ach, co to była za postać! Wspaniały człowiek! Ale to już zupełnie inna historia, proszę państwa.

Jerzy Romuald Grzelak – Dyplomowany Mistrz Zegarmistrzostwa, prezes Ogólnopolskiego Klubu Postępu Technicznego w Zegarmistrzostwie im. Antoniego Norberta Patka. Wieloletni przewodniczący sekcji zegarmistrzów Cechu Złotników, Zegarmistrzów, Optyków, Grawerów i Brązowników miasta stołecznego Warszawy. Organizator pięciu Kongresów Zegarmistrzostwa Polskiego. Nagrodzony przez Izbę Rzemiosła najwyższymi odznaczeniami – złotym i platynowym medalem „Za zasługi dla Rzemiosła Polskiego”. Za całokształt działalności społecznej wyróżniony przez Prezydenta Rzeczypospolitej Złotym Krzyżem Zasługi oraz Krzyżem Kawalerskim Polonia Restituta. Za wieloletnią pomoc najbardziej potrzebującym dzieciom z domów dziecka otrzymał Order Uśmiechu.
Był najmłodszym uczestnikiem powstania warszawskiego – gdy wybuchło, miał 9 lat.
Jego zakład zegarmistrzowski mieści się w Warszawie przy ulicy Puławskiej 36.