Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

11939252_10205326957315571_797118734_o

Tekst i zdjęcia: Patrycja Kycia

Pierwszy raz na OFF Festival przyjechałam mając 16 lat. Była to druga edycja imprezy – mały, kameralny fest, idealny dla początkującej i niedoświadczonej festiwalowiczki. Bardzo mnie cieszyła wizja takiego wydarzenia na Śląsku, bo ówczesny obraz regionu uchodził za raczej mało atrakcyjny na organizowanie czegokolwiek. Do dzisiaj pamiętam kolorowy i pełen energii koncert Architecture in Helsinki, czy bardzo nastrojowe iLiKETRAiNS na Scenie Leśnej. Ja dorastałam i dorastał festiwal.

Przechodząc w tym roku po raz ósmy przez bramę OFF Festivalu pomyślałam sobie ile w tym czasie zmieniło się w moim życiu, ile pojawiło się w nim nowych wydarzeń i ludzi. Również OFF przeszedł metamorfozę. Najpierw po pięciu latach przeprowadził się do Katowic, aby tu w pełni móc się rozwinąć i rozkwitnąć. Trudno się nie zgodzić z tym, że obecnie jest to chyba najpiękniejsza tego typu impreza w Polsce. Strona wizualna zachwyca i powoduje, że nie chce się wychodzić z terenu festiwalu. Cieszy również fakt, że organizatorzy podążają za modą na zdrowe i dobre jedzenie-już dawno nie buszowałam wśród foodtracków z taką przyjemnością.

11913587_10205326957355572_260631450_n

Pierwszego dnia festiwalu stanęłam przed dylematem: Songhoy Blues czy Young Fathers? Na szczęście OFF jest ciągle na tyle mały, że można zobaczyć połowę z każdego koncertu. Panowie z Mali rozkołysali publiczność zebraną pod dużą sceną, a ich blues świetnie wpasowywał się w klimat gorącego popołudnia w Katowicach, tworząc na polskiej ziemi namiastkę Afryki. Jednak trzeba przyznać, że prawdziwa impreza trwała w namiocie Trójki. Young Fathers porwali publiczność do ekstatycznego tańca. Mimo, że w mojej duszy zdecydowanie bardziej gra blues, trochę żałowałam, że nie przyszłam na koncert wcześniej i czułam lekki niedosyt po Young Fathers.

Po szaleństwach w namiocie Trójki przyszedł czas na najbardziej przeze mnie oczekiwany koncert pierwszego dnia – Mick Harvey. Nie wiem czy to świetne aranżacje piosenek Gainsbourga, czy moja nieznająca granic miłość do Nicka Cave’a-koncert mnie oczarował. Zachód słońca, wino i leniwa atmosfera Sceny Leśnej sprawiły, że myślami byłam poza granicami festiwalu. I te lekkie dźwięki, które nosiłam potem przez cały wieczór w głowie, były chyba przyczyną, że nie do końca dotarł do mnie fenomen koncertu Sunn O))). Mroczny spektakl wypełniony dymem i ścianą ciężkich gitarowych sprzężeń wywoływał u mnie raczej uśmiech niż dreszcze spowodowane wycieczką w głąb piekła, ale jedno jest pewne: ten koncert będę wspominać przez wiele lat przy corocznych wspominkach festiwalowych. Wszystko było tam spójne i przemyślane: czarne kaptury, lodowate światło i dźwięk gitarowych sprzężeń. Można nie lubić metalu, ale nie można nie docenić tego spektaklu, który odbył się na Scenie Leśnej.

Równie spójny i przemyślany był spektakl The Residents. Zespół, o którym krążą legendy, w końcu zawitał do Polski. Trzech muzyków w maskach stojących na tle wielkiej kuli wyświetlającej psychodeliczne filmy. Występ bardzo dziwny i trochę niedostępny dla publiczności. Awangardowy klimat chyba już się nieco zestarzał i nie porywa tak, jak mógłby.

11940189_10205326957795583_1767196847_n

Drugi dzień rozpoczęłam od koncertu Son Kill Moona. Tak, jak w przypadku Young Fathers, dziwi fakt, że ten artysta zagrał w namiocie, ale nie nam o tym decydować. Pięknie wybrzmiały jego folkowe, melancholijne utwory w akompaniamencie śpiewających fanów. O czym trzeba wspomnieć to fakt, że ego artysty porównywalne jest do samego Morrissey’a, a jego zachowanie wobec fotografów stało się już legendą i zostało szeroko opisane w relacjach. Szkoda, bo po tak pięknym koncercie, pozostaje jednak niesmak i obawa, że jedyne co będziemy z niego pamiętać to fakt, że artysta ukradł aparat fotograficzny jednemu z dziennikarzy.

O złą sławę nie musi się martwić ekipa z Sun Ra Arkestra. Był to ciekawy wybór, ale wiemy, że OFF słynie z nieoczywistych pomysłów. Podczas występu usłyszeliśmy mnóstwo improwizacji i poczuliśmy energię, która mogła nieco dziwić, biorąc pod uwagę wiek artystów. Dziewięcioosobowy skład, chociaż nie wychodził zbyt mocno poza ramy klasycznego jazzu, rozbujał publikę i dał jej niezłą rozgrzewkę przed The Dillinger Escape Plan. Dobrze, że grali na dużej scenie, bo obawiam się, że ich energii namiot mógłby nie wytrzymać. Oglądając ich przypomniał mi się koncert Fucked Up i to jak Father Damian przerzucał fanami. Myślę, że gdybym miała nieco lepsze obuwie niż letnie sandały, byłabym pierwszą osobą do mosh pitu, ale skończyło się tylko na zawistnym spoglądaniu na tłum ludzi bawiących się pod sceną.

Nieco odpoczynku dał koncert Xiu Xiu, który momentami przyprawiał o gęsią skórkę. Bo kto z nas nie chciał usłyszeć legendarnych dźwięków z Twin Peaks? Motyw przewodni Laury Palmer czy samego Twin Peaks momentami bardzo mocno wzruszał, ale wszystkie te piękne emocje psuł namiot MasterCard umieszczony bardzo blisko gastrostrefy. Dobiegające beaty przez cały koncert Xiu Xiu niszczyły piękną oprawę koncertu. Nie jest to pierwszy festiwal, gdzie tego typu namioty sponsorskie niszczą muzyczne wydarzenia. Ciężko się ich będzie pozbyć organizatorom, bo to pewnie sponsorskie wymogi, ale może następnym razem powinny rozpocząć granie po głównych koncertach?

11938961_10205326957875585_1295882921_n

Na zakończenie dnia na Głównej scenie zagrał zespół Ride. Rozpoczęli mocnym wejściem od Leave them all behind zadawalając wszystkich swoich fanów. Koncert nie odbył się bez hitów takich jak Seagull czy Vapour Trail. Fajnie, że udało się ich sprowadzić do Polski (chociaż to było chyba oczywiste, patrząc na poprzednie edycje festiwalu i jego gwiazdy). Zawsze dobrze jest zobaczyć legendę, która ma się świetnie i ciągle potrafi grać z dużą przyjemnością i energią.

Trzeci dzień zdominowało jedno nazwisko-Smith. Napięcie rosło od kilku dni, kiedy to Agnieszka Szydłowska zdradziła na łamach Trójki, że podczas festiwalu odbędzie się spotkanie z artystką. Fani ustawiali się w Kawiarni Literackiej już od wczesnych godzin, ale wszystko to na nic, godzinę przed samym spotkaniem wyproszono ich z namiotu. Samo spotkanie odbyło się w bardzo przyjaznej atmosferze. Wielkie podziękowania dla panów Nogaś i Kloska, że nie dali się unieść swojemu dziennikarskiemu ego i pozostawili dużą część spotkania w rękach fanów. Patti Smith sprawiała wrażenie ciepłej matki, która dzieliła się doświadczeniem życiowym ze swoimi dziećmi mówiąc: „Pamiętajcie, każdy z nas jest wyjątkowy, bo każdy z nas ma swoją historię“.

Decyzja wzięcia udziału w spotkaniu spowodowała, że ominął mnie niemal cały koncert Son Luxa. Udało mi się usłyszeć jedynie dwa kawałki, które zmiotły mnie z nóg. Ryan Lott ma w sobie tyle magii, że mógłby obdarować nią niejeden zespół. Całe szczęście, że będzie okazja zobaczyć ich jeszcze raz, bo trio wystąpi 29 października w Cafe Kulturalna w Warszawie.

11949652_10205326957955587_401950770_n

Son Lux było niewątpliwie moim największym odkryciem, tak jak i ekipa z Atlanty, czyli Algiers. Rzadko spotyka się takich debiutantów. Ich występ był pełen dramaturgii, pięknych melodii i tanecznych rytmów. Tak sobie wyobrażam koncerty w Detroit albo Nowym Orleanie na początku lat 70. Jeden z najlepszych koncertów na festiwalu i niewątpliwie przyszła gwiazda!

Pierwsze takty Glorii przywoływały na najbardziej oczekiwany koncert festiwalu. Patti Smith przywiozła do nas swoją płytę Horses i zabrała na wycieczkę po starych wspomnieniach. Nie zgadzam się z opinią, że płyta się zestarzała, bo legendarne płyty nigdy się nie starzeją. Są raczej, jak wino im starsze, tym lepsze. Artystka zaskoczyła chyba wszystkich swoim wigorem, formą, a przede wszystkim kontaktem z publicznością. Nie zabrakło zaangażowanych przemówień i wspomnień na temat zmarłych przyjaciół. Pięknie zakończony koncert My generation, w którym to artystka dała się ponieść swojej punkowej energii i wyrwała wszystkie struny w gitarze.

„Zmieniajcie świat, bo jak nie wy, to kto“ mówiła ze sceny Patti Smith i taki sam przekaz nieśli ze sobą panowie z Run the Jewels. Bardzo dobre zakończenie festiwalu, po odrobinie melancholii przyniesionej przez Smith. Mocny, energiczny koncert z fanami wykrzykującymi chóralnie teksty. Panowie chyba nie spodziewali się takiego przyjęcia, bo z odrobiną satysfakcji w głosie mówili, że „nie zdarzył im się jeszcze mosh pit na koncercie“.

10 lat festiwalu to nie przelewki. Poprzeczka została postawiona bardzo wysoko i jestem ciekawa, jak będzie się rozwijał. Plotkowano na temat nowych pomysłów, ale co z tego wyniknie, dowiemy się za rok. Jedno jest pewne: cokolwiek zrobi Artur Rojek to będzie na pewno decyzją najlepszą. Po tylu latach uczestniczenia w tej imprezie wiem, że mogę mu ufać bezgranicznie.