Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

1

Tekst: Dagmara Olesińska 

„To była Hiszpania, którą znałem i nauczyłem się cenić, podobnie jak poznałem i doceniłem Sebastiana, który pod tyloma względami był uosobieniem swego kraju – chudy mężczyzna o zuchwałym, lecz tęsknym spojrzeniu i głowie pełnej wzniosłych mrzonek, biernie, ale skutecznie opierający się dyktatorom, żywiący się niemal powietrzem i nieoczekujący od przyszłości niczego ponad to, że będzie odrobinę lepsza od teraźniejszości”*.

Zapomniane fiesty, poetyckie opowieści rybaków o niezwykłych morskich przeprawach, zwykłe życie w małym hiszpańskim mieście – Norman Lewis w reportażu „Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii” zabiera czytelnika w bardzo nostalgiczną podróż. Czytając tę książkę pozwalałam, aby czas delikatnie zwalniał, aby dostosował się do spokojnego tętna życia w Farol, czyli miejscowości, o której opowiada nam zmęczony wojną brytyjski reporter. Gdy wchodziłam do tego świata, nawet powietrze zdawało się lekko rozrzedzać, bo choć to reportaż to jednak jest w nim coś ze snu.

W Farol (w rzeczywistości miasto o tej nazwie nie istnieje, a z hiszpańskiego słowo to oznacza „blef”) życie toczy się wedle ustalonych zwyczajów. Każda dziedzina życia zdaje się znajdować w niepisanym kodeksie mieszkańców. Kobiety zajmowały się sprawami życia rodzinnego i finansami, a mężczyźni pracą, czyli w większości przypadków łowieniem ryb. Swoje miejsce w społeczności miał również ksiądz, nieliczni sklepikarze, czy nawet „dama do towarzystwa”.

W tym małym miasteczku przez lata wszystko zależało od morza, od przypływów i odpływów. Jeśli w danym roku ryb było dużo, do skutku dochodziły planowane śluby i poczęcia. Jeśli jednak działo się odwrotnie, wszystkie plany były wstrzymywane. Kulbaki, graniki, barweny, langustynki, płastugi i kilkanaście innych – w książce pojawia się niezliczenie dużo nazw ryb, a każdy gatunek łowiony był inaczej, co obserwował i opisywał Norman Lewis, i co niestety momentami było nużące, chyba że jest się miłośnikiem rybactwa.

Reportażysta opowiada nam o kraju, który obecnie jest jednym z najpopularniejszych kierunków turystycznych na całym świecie. Mieszkańcy tego państwa zawsze wydawali mi się otwarci, życzliwi, pełni energii i radości życia, co uważałam za ich rdzenne cechy. Jednak po przeczytaniu tej książki nie jestem już tego taka pewna. Autor „Głosów starego morza…” bardzo długo musiał zabiegać o zaufanie Farolczyków, by dopuścili go do wspólnych spotkań, a co dopiero do wspólnych połowów. Książka Lewisa burzy stereotypy na temat Hiszpanii, uświadamia czytelnikowi jak mało wie na temat tego kraju.

„…wiele z tego, co w oczach cudzoziemców uchodzi za kwintesencję hiszpańskości, na przykład taniec flamenco, przez mieszkańców kociej wioski jest traktowane z pogardą z powodu cygańskiego rodowodu”**.

Norman Lewis opisuje trzy sezony spędzone w Farol, z czego dwa pierwsze w większości poświęcone są codziennemu życiu mieszkańców, ich zwyczajom, ich małym skandalom, temu jak radzili sobie z takimi problemami jak np. nagłe zniknięcie „damy do towarzystwa” lub zaginięcie jakiegoś cudzoziemca. Natomiast trzecia i najkrótsza część książki to relacja z przemian, które zostały wywołane stopniowym, ale regularnym pojawianiem się w miasteczku turystów. Autor opisuje jak niechętnie podchodzili do zmian, jak najzwyklejsze przemalowanie bruku sprawiało im ogromną przykrość, a wszystko to jest świadectwem ich wielkiej miłości do naturalnego nabrzeża i morza, które nieodmiennie ich fascynuje. Lewis z ubolewaniem opowiada nam jak mieszkańcy Farol jednak poddają się przemianom. Choć nie tracą ani wiary, ani nadziei na lepsze jutro, turystów traktując jako przejściowe zło. Żałuję, że autor tak niewiele miejsca poświęcił właśnie tym zmianom, temu procesowi. Zostaje we mnie ciekawość, co było dalej?

„To jest miara naszego moralnego upadku. Chociaż ci ludzie zapewniają nam utrzymanie, czujemy do nich głęboką odrazę. Dlaczego? Bo oburza nas to, co z nas zrobili. Jest tylko jedna pociecha. (…) Że to nie potrwa długo. To jak choroba, zakażenie. W przeszłości nękała nas dżuma. Teraz nękają nas turyści, ale jak wszystkie choroby i ta kiedyś ustąpi”***.

„Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii” to poetycki reportaż, który napawa pewnego rodzaju smutkiem. Pozostawia po sobie nieokreśloną tęsknotę i wolniej płynący czas.

——

* Norman Lewis, Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii, Warszawa 2015, s. 249.

** Tamże, s. 83.

*** Tamże, s. 261.

——

Norman Lewis, Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii, tłum. Janusz Ruszkowski, wyd. Czarne, Warszawa 2015.