Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Nawet kiedy skończy obraz, zawsze zabiera go ze sobą do sypialni i wiesza na przeciwko łóżka. – Rano, w innym kontekście niż pracowniany, widzę dopiero czy naprawdę jestem z niego zadowolona. Zdarzało się, że po wieczornej ekscytacji, rano patrzyłam na pracę myśląc sobie „o nie!” – opowiada artystka Dorota Buczkowska.

Znalezienie ciekawego materiału

Mama Doroty jest artystką. Zajmując się córkami, nie ma czasu na pracę poza domem, dlatego wszystko robi w tej samej przestrzeni. Pewnie dlatego, kiedy Dorota sama zacznie tworzyć, swoją pracownię też będzie łączyć z miejscem, w którym żyje na co dzień.

W domu króluje rysunek i tkanina, ale Dorota decyduje się studiować na wydziale Restauracji Dzieł Sztuki. Przez kilka lat, pod koniec studiów i zaraz po nich, konserwuje obrazy takich malarzy jak Kossak, Malczewski, czy Axentowicz.  Czegoś jej jednak brakuje. – W tamtym okresie ratowanie zniszczonych obrazów determinowało moją codzienność, czułam ze grzęznę, dlatego zdecydowałam się otworzyć na nowe działania, studia i własną twórczość mówi. Ale przyznaje też, że konserwacja dała jej dużo wiedzy i umiejętności – zaplecze technologiczne, a także odwagę do używania nietypowych materiałów.

Idzie równolegle na Gender Studies i Rzeźbę do słynnej „Kowalni”, pracowni Grzegorza Kowalskiego. – W innych pracowniach było bardzo tradycyjnie, a Grzegorz wspierał indywidualność i  eksperymenty swoich studentów – tłumaczy swój wybór. Zaraz po studiach wyjeżdża do Francji z ówczesnym mężem, który zostaje przyjęty na rezydencję fotograficzną. Dorota dostaje grant z Ministerstwa Kultury na studia podyplomowe w Villa Arson w Nicei. Zaraz po nich odbywa kilkumiesięczną rezydencję artystyczną w Delme na północy Francji. Zostają siedem lat. Te doświadczenia, i nieco inny od polskiego sposób myślenia o sztuce, kształtują jej postawę jako artystki. W tym czasie, jak sama mówi, zaczynają się rozwijać koncepcje projektów, realizowanych w różnych mediach i technikach.

Język materii

W swoich poszukiwaniach Buczkowska wychodzi od materii i jej właściwości fizycznych. – Język materii jest dla mnie ważnym komunikatem, ściśle związanym z koncepcją projektu. Często, jeszcze przed rozpoczęciem pracy, instynktownie szukam tworzywa, które naprowadza mnie na właściwy trop. Takie działanie uruchamia zmysły, za nimi podąża uwaga i intelekt. Charakter czy właściwości materiału, takie jak trwałość, ciepło, faktura są dla mnie bardzo ważne – tłumaczy. Właśnie dlatego Dorota pracuje z takimi materiałami jak wełna, wosk, lateks, czy kosmetyki. – Nigdy nie podchodziłam do materiału z młotkiem i siłowym nadawaniem kształtu. Oswajam poprzez ogrzewanie, szycie – kobiecy aspekt tworzenia jest częścią mojej natury – dodaje.

Dorota, w zależności od kontekstu i cech materiału, tworzy malarstwo, instalacje, rzeźby, kolaże, rysunki i filmy video. Forma wielu prac ulega procesowi zmian podczas pokazu. Zmiany mogą być bardzo różne; czasem chodzi o udział publiczności, innym razem o procesy fizyczne czy naturalną destrukcję tworzywa – Intryguje mnie proces naturalnej transformacji, którą wprawiam w ruch. Rysunki malowane kosmetykami miesiącami rozwijają się pod wpływem tłuszczu – plamy nabierają nowych kształtów, rosną. Parafinowa podłoga kruszy się i wydeptuje pod stopami publiczności. Praca ma wtedy początek i koniec, a pomiędzy nimi jest w procesie. Niektórym z moich prac po prostu pozwalam „odejść” w naturalny sposób. Te, które ulegają procesom destrukcji w czasie prezentacji, traktuję w kategoriach happeningu. Lubię autentyczność takiej sytuacji – opowiada. Dziś najchętniej tworzy malarstwo, rysunek i kompozycje z papieru – przestrzenne kolaże, które powstają ze szczątków innych prac.

Bonus od życia

Pracuje codziennie. Zaraz po śniadaniu idzie do pracowni. – Jeśli czuję, że światło jest dobre – maluję, jeśli nie, to biorę się za małe formy – kolaże, ćwiczenia z kolorem na papierze. W zasadzie nie wiem, kiedy mija mi dzień – opowiada. Zawsze tworzy kilka prac jednocześnie. Wraca też do nich: – Mam kilka podejść: przemalowuję, zmieniam kompozycję, odwracam w innym kierunku sprawdzając, co ma do powiedzenia kompozycja – opowiada. Nawet kiedy skończy obraz zawsze zabiera go ze sobą do sypiani, i wiesza na przeciwko łóżka. – Rano, w innym kontekście niż pracowniany, widzę dopiero czy naprawdę jestem z niego zadowolona. Zdarzało się, że po wieczornej ekscytacji, rano patrzyłam na pracę myśląc sobie „o nie!” – śmieje się Dorota.

Nigdy nie miała pokusy, aby poprzez sztukę wypowiadać się w sprawach społecznych czy politycznych. – Bez wątpienia źródłem inspiracji jest moja prywatność, ale to, co pokazuję, nigdy nie jest dosłowne – operuję raczej symbolem. Prace przekazują napięcia czy intensywność emocji, twórczość dojrzewa i zmienia się równolegle do tego, co dzieje się w moim życiu – stanowi część codzienności. Nie chciałabym kategoryzować tego, co robię, bo to w pewien sposób zawężenia, wolę myśleć w kategorii „dobrej sztuki”, a nie na przykład „sztuki kobiecej” – tłumaczy.

Poza tworzeniem Dorota przez szesnaście lat zajmowała się także niepełnosprawnym  synem. – Przeszłam przez kryzys, kiedy wyczerpały się moje siły, a wypalenie i stres zaczęły odbijać się na moim zdrowiu. W tej chwili, pomimo konsekwencji zdrowotnych, jakie ponoszę z poprzedniego etapu życia, mam poczucie szczęścia –  jak gdybym dostała bonus od życia. Pierwszy raz mogę pozwolić sobie na pracę we własnym rytmie, mogę decydować o tym, jak wygląda mój dzień i tryb życia. Nigdy nie miałam takiej wolności i spokoju do pracy – mówi.

Miejsce odcięte od bodźców

Zawsze łączyła dom z pracownią. Z jednym wyjątkiem: – Kiedy mieszkałam w centrum Warszawy, wynajmowałam pracownię w domu artystki Hanny Rechowicz  to niezwykłe miejsce i niezwykła właścicielka. Kamienica mieściła się kilkadziesiąt metrów od jej ówczesnego mieszkania. – To było uwalniające doświadczenie – wynieść z mieszkania cały warsztat malarski wraz z zapachem terpentyny. Sąsiedztwo dawało mi możliwość wyjścia „do pracy”, bo organizacyjnie, jedną nogą, mogłam być nadal w domu – wspomina.

Obecnie warszawska pracownia Doroty mieści się w Wilanowie. To także mieszkanie, w którym zatrzymuje się, kiedy jest w Polsce. Jednak najwięcej czasu spędza w Rumunii, gdzie w 2019 roku przeprowadziła się razem ze swoim partnerem. Zanim powstał dom zaadaptowali do pracy stodołę, póżniej mogła już przenieść się z malowaniem do atelier i jak przyznaje po raz pierwszy w życiu ma swoją własną przestrzeń przystosowaną do pracy.

Dom i pracownia znajdują się w górach, niedaleko granicy z Serbią. To miejsce odcięte od jakichkolwiek innych bodźców poza naturą. – Siłą rzeczy moja twórczość jest przesiąknięta tym, co stanowi naszą codzienność – mówi. I dodaje: – Rośliny dzielą ze mną teren, karmią, leczą… Także wątek instynktu i intuicji jest dla Doroty bardzo ważny: – Drastycznie pogarsza mi się wzrok, co w oczywisty sposób wpływa na moją pracę. Na obrazach z ostatnich trzech lat pojawiają się białe plamy. W ten sposób z jednej strony oswajam lęk przed zmianami, z drugiej – mój nowy sposób widzenia wprowadza nową jakością, którą przenoszę na płótno. Biel nabiera nowego znaczenia w kompozycji.

W miejscu, w którym zamieszkali, od 200 lat żyli ludzie – było gospodarstwo, zwierzęta i koliba (schronienie dla pasterzy) z klepiskiem zamiast podłogi. – Zanim powstał nasz dom mieszkaliśmy w tej starutkiej chatce, a poźniej w stodole, która służyła nam jako miejsce do życia i pracy. Dziś jesteśmy już w domu, jest pracownia, ogród, dwanaście psów, dziesięć kotów i kury – opowiada. Dorota ani trochę nie tęskni za miejskim życiem. – Miasto, jak każda monokultura, stawia na wydajność, manipulując potrzebami. Bycie z dala od tych mechanizmów weryfikuje wiele sensów. To życie dalekie od wyobrażeń o komforcie z miejskiego punktu widzenia, nie są to „wczasy w agroturystyce”, a bliskość natury to konfrontacja również z jej surowością, codzienne gotowanie na ogniu, brak bieżącej wody, czy skutki ocieplenia klimatu w postaci niszczącej ogród suszy – tłumaczy.

Oto rzecze roślina

Podczas Warsaw Gallery Weekend, razem z Karoliną Grzywnowicz, Buczkowska pokazuje wystawę „Uziemienie” w Galerii Jednostka. Jej projekt „Oto rzecze roślina” opowiada o bezpośredniej relacji z naturą. – Tytuł „Thus spoke the Plant” zapożyczony został z książki australijskiej badaczki Moniki Gagliano, której książka jest jednym z wielu głosów, mówiących o wadze przywrócenia szacunku i podmiotowości naturze – mówi. Abstrakcyjna forma obrazów, które składają się na cykl, nie koncentruje się na dekoracyjności roślin. Dorota traktuje je nie jak obiekty, ale jak istoty. – Rośliny nie są dla mnie tylko „zielonym tłem”. Kluczem do wystawy jest obraz zieleni, oś projektu, która konfrontuje nasze postrzeganie natury. Inspiruje mnie potencjał, osobowość rośliny, procesy, którym podlega, nasiona w fazie przebijania się przez ziemię, korzenie szukające wody, gęsta struktura relacji i powiązań – opowiada.

Dorota przyznaje, że jest dziś w miejscu, zarówno życiowym, jak i artystycznym, w którym ma poczucie spełnienia. – Zostawiłam poprzednie życie i dało mi to ogromną ulgę, mam poczucie, że nigdzie już nie zmierzam i w zasadzie nie ma nic, czego bym oczekiwała. Jestem na miejscu. Czuję się zaspokojona i szczęśliwa. Moje zmartwienia dotyczą jedynie przyszłości mojego niepełnosprawnego syna – podsumowuje.

Do 28 października trwa wystawa prac Doroty Buczkowskiej

Materiał powstał w ramach projektu Miejsce Artysty, dzięki stypendium z Funduszu Popierania Twórczości ZAiKS

Reklama