Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Marię Lengren odwiedzam w jej wypełnionym książkami i komiksami mieszkaniu w bloku na Wilanowie, które dzieli z babcią i dwoma puchatymi kotami. Jeśli ktoś zapyta mnie kiedyś, co oznacza określenie „kobiety pistolety”, odeślę go tutaj. Maria w swoich charakterystycznych kocich okularach wygląda i zachowuje się jak superbohaterka. Mówi pewnym głosem i często głośno się śmieje. Słucham o jej dwóch wielkich miłościach: komiksie i rock and rollu.

Marta Mach: Kto pokazał ci pierwszy komiks?

Maria Lengren: Pierwszy komiks, jaki w ogóle widziałam w życiu, to była nielegalna, piracka wersja Blade Runnera, komiksu Marvela. Mój ojciec, który generalnie gardził gatunkiem science fiction, pokazał mi go, bo Blade Runner był jedynym filmem tego typu, który naprawdę lubił. Wydanie było kompletną profanacją komiksu: każdy kadr wydrukowany na jednej stronie. Wydawcy tego nielegalnego zeszytu nie dość, że ukradli treść, to jeszcze kompletnie nie skumali, jak ją podać i o co w ogóle chodzi w komiksie. Ale już wtedy spodobało mi się, że na kartkach papieru można zamrozić filmowe sceny. Sam film Blade Runner wcześniej już widziałam, choć pewnie nie powinna–m, bo miałam zaledwie kilka lat. Ale cóż, moi rodzice byli hipisami i pozwalali mi oglądać wiele rzeczy, które nie były przeznaczone dla dzieci, jak film Hair. Ojciec pokazał mi też dość wcześnie komiks Alinoe, ósmą część Thorgala, najbardziej chyba przerażającą z całej serii.

MM: Ojciec był maniakiem komiksowym?

ML: Właśnie nie. Generalnie nie lubił komiksów, ale też ich nie ignorował, bo był filmowcem. Zajmował się głównie filmami dokumentalnymi, ale był też aktorem, który w wielu ważnych dla historii polskiej kinematografii filmach pojawia się na drugim, trzecim i czwartym planie. I zdaje mi się, że był dużo lepszym aktorem niż reżyserem. Jego ojciec z kolei, który zawodowo rysował komiksy, powiedział mu, że aktor to niemęski zawód. Tak jakby rysowanie było zawodem dla macho. Dziadek, Zbigniew Lengren, rysował stripy do gazet. Znany jest głównie z „Przekroju” jako autor perypetii Profesora Filutka i jego psa Filusia, a poza tym, szczerze mówiąc, był dość wrednym, nieprzyjemnym dziadem, więc raczej nie przypisuję mu swojego zamiłowania do komiksów. Przyszło samo. Wsiąkłam w nie jako dzieciak, a potem odkryłam Czarodziejkę z Księżyca. Z pełną odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że żadne dzieło sztuki, żadne zajęcia na studiach, żadna większa lub mniejsza miłość i nikt z rodziny nie wywarł na mnie takiego wpływu jak Czarodziejka z Księżyca.

MM: Ile miałaś lat, gdy poznałaś Czarodziejkę?

ML: To było w drugiej klasie podstawówki. Moje koleżanki szalały za serialem animowanym, którego ja nie widziałam, bo u nas w domu telewizor stał w szafie. Telewizja nie była centralną osią egzystencji naszej rodziny, mimo że oboje rodzice zajmowali się filmem, a może właśnie dlatego. Podczas którejś podróży pociągiem dorwałam na dworcu tomik mangi o czarodziejkach i zwariowałam. Potem oczywiście wsiąkłam w serial, zaczęłam kupować figurki i zabawki.

Wydawało mi się cudowne to, że zwykłe dziewczynki zmieniają się w superbohaterki i nie dość, że są piękne i sexy, to jeszcze walczą z odjechanymi potworakami, a to wszystko w słusznej sprawie. WOW. Mi wystarczyłyby same potworaki i bycie sexy.

MM: Jak długo trwała miłość do Czarodziejki?

ML: Trwa do dzisiaj. To nie jest rzecz, z której się wyrasta. Tu mam przykrą wiadomość dla młodych rodziców, których dzieci zaczęły się interesować komiksem: to nie przechodzi. U mnie miłość do komiksów połączyła się z pracą zawodową. Razem z moim przyjacielem i wspólnikiem Karolem założyliśmy wydawnictwo Planeta Komiksów. Kilka lat pracowałam w sklepie z komiksami, który dosłownie przed chwilą musieliśmy zamknąć. Komiksy wypełniają też trzy czwarte mojego mieszkania. Babcia, z którą mieszkam, próbowała przez chwilę wobec tej kolekcji i w ogóle zajawki się buntować. Ale w końcu doszła do wniosku, że ze wszystkich pieniędzy na moją edukację zwróciły się jedynie te wydane na prenumeraty komiksów. Książka jest rodzajem świętości w naszym domu, a na moje szczęście babcia komiks traktuje jako książkę. Co nie jest oczywiste. Mąż babci, mój drugi dziadek, jako poważny profesor czytał bardzo poważne rozprawy naukowe na temat komiksu, przez co nie mógł go zrozumieć.

MM: To opowiedz o tytułach, które stały się dla ciebie ważne w dorosłym życiu.

ML: Jest ich mnóstwo. Uwielbiam komiksy z lat czterdziestych i pięćdziesiątych. W ogóle jestem taką „retronautką” – wymyśliłam sobie ten termin. Lubię doszukiwać się w historii popkultury perełek, które powstały, zanim nabrała ona dzisiejszego szlifu, zanim jeszcze z małża obrzydliwej miejskiej codzienności się wykluła. Jestem wielką fanką science fiction. Za jeden z najlepszych komiksów, jakie kiedykolwiek powstały, uważam Kastę Metabaronów Jodorowskiego. To ideał space opery, w której bohater bezustannie wystawiany jest na próbę. Nie dość, że nie jest idealny od urodzenia, to jeszcze życie go nie rozpieszcza. Na każdym kroku dostaje wciry od kobiet, wujów, ciotek, ściga go przeszłość, ściga go przyszłość. Jodorowski ma dużo dystansu do superbohatera. Grzebie mu bez krępacji we flakach, w dodatku jeszcze z humorem. Lubię stare komiksy z Batmanem i komiksy Marvela z lat sześćdziesiątych. Większość z nich to głupoty, bądźmy szczerzy, ale znalezienie dwóch, trzech mocnych zdań w komiksie o mackowatym potworze, który blasterem rozwala mutantów, jest dla mnie wielką nagrodą. Trudniej to docenić niż wspaniałą powieść, o której wszyscy wiedzą, że jest genialna, ale ja potrafię. Jako nastolatkę oczarował mnie Sandman Neila Gaimana.

MM: Miałaś w liceum gang geeków komiksiarzy, z którymi dzieliłaś tę zajawkę?

ML: Nie bardzo. To był mój prywatny, zamknięty świat. Nie gadałam o nim z wieloma osobami i było mi z tym dobrze. Lubię mieć tajemnice. Jako nastolatka byłam zblazowaną gotką. Bycie popularną dziewczyną z szkole było dla mnie mocno lamerskie. Miałam swoją małą, zaufaną grupkę freaków, z którymi gadałam głównie o muzyce.

MM: Niedawno zadebiutowałaś jako scenarzystka.

ML: Od jakiegoś czasu próbuję wkręcić się w pisanie scenariuszy. Robię tego coraz więcej. Od najwcześniejszego dzieciństwa rozdzierał mnie ogromny dylemat: czy zostać światowej sławy gwiazdą rocka czy światowej sławy pisarką. Jak na razie nie jestem światowej sławy ani jednym, ani drugim. Muszę przyznać, że ze wszystkich życiowych dramatów, uświadomienie sobie, że nie jestem geniuszem, było najtrudniejsze. Tak czy inaczej, plan bycia superbohaterem, który dawno temu zainstalował mi się w głowie, nie jest czymś, z czego tak do końca zrezygnowałam. Póki co piszę scenariusze bez większych ambicji na światowy sukces. To dla mnie wielka frajda. Mam nadzieję, że liczba przeczytanych komików przełoży się na łatwość tworzenia. Pracuję teraz nad kilkoma scenariuszami naraz. Wśród nich science fiction i historie do kolejnej części antologii komiksów erotycznych dla Planety Komiksów.

MM: Opowiedz więcej o pierwszej części.

ML: Osobiście uwielbiam komiksy erotyczne. A tych w Polsce bardzo brakuje. To, co w nich lubię, to to, że eliminują wszystko, co w pornografii bywa obrzydliwe. Zostaje tylko wdzięk i poczucie humoru. W naszej antologii Polish Porno Graphics, pierwszym autorskim projekcie Planety Komiksów, nie nastawiamy się na poważne historie, ale na rozrywkę. Od kiedy tylko założyliśmy z Karolem wydawnictwo, chcieliśmy wydawać komiksy erotyczne. Opublikowaliśmy odjechany thriller erotyczny Black Kiss o wampirzycy, która żyje ze swoim doppelgängerem transwestytą i żywi się nie krwią, lecz spermą. Mamy też w katalogu uroczą, niezbyt obciążającą intelekt historyjkę Słodka szarlotka. Gdy szukaliśmy nowych tytułów do przetłumaczenia i wydania w języku polskim, okazało się, że wcale nie ma na świecie tak wielu fenomenalnych komiksów z tej dziedziny. Z Nikodemem Cabałą, rysownikiem i naszym dobrym kolegą, zaprosiliśmy do współpracy scenarzystów i rysowników i tak powstało Polish Porno Graphics. Teraz pracujemy nad drugą częścią.

MM: Pornografię często krytykuje się za uprzedmiotowianie kobiety. Zwracaliście uwagę na ten aspekt, tworząc antologię?

ML: Połowa twórców Polish Porno Graphics to kobiety. Wszystkim bez względu na płeć daliśmy dość dużą swobodę twórczą. Mi osobiście zawsze się wydawało, że w seksie nie ma czegoś takiego jak perspektywa typowo męska lub typowo kobieca. Według mnie seksualność to sprawa indywidualna. Tak samo jak każda osoba inaczej czuje dotyk, tak samo różne rzeczy sprawiają różnym ludziom frajdę w łóżku.

Nie lubię stereotypowych podziałów na pornografię męską i kobiecą. Choćbyśmy nie wiem jak się starali, wszystkich nie zadowolimy. Założyliśmy z góry, że ktoś na pewno się obrazi, bo seks zawsze będzie wzbudzał skrajne emocje. Komiksy w Polish Porno Graphics są czysto rozrywkowe. Nie próbowaliśmy rozwiązywać nimi problemów tego świata, raczej sprawić sobie i innym przyjemność.

MM: Żal było zamknąć sklep?

ML: Jasne, że żal, ale mieliśmy ku temu bardzo racjonalne przesłanki. Po pierwsze: musieliśmy poświęcić więcej czasu wydawnictwu. Sklep zszedł na dalszy plan. Po drugie: małe księgarnie zastępowane są przez księgarnie sieciowe, które mają narzędzia, żeby zrobić większe zamówienia i większe promocje dla klientów. Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka. Albo się kupuje z wielkim rabatem, albo się gada ze sprzedawcą, jaki był komiks sześćdziesiąt lat temu i wspólnie maca papier. Daleka jestem od rozpaczy. To naturalna kolej rzeczy i konflikt typu taxi versus uber albo poczta versus e-mail. Świat się zmienia i trzeba się jakoś, jak by to nie było bolesne, do nowych czasów dostosować. Ponadto poza komiksem w moim życiu równie ważną główną rolę odgrywa muzyka i jej poświęcam przynajmniej połowę siebie.

MM: No właśnie. Jak to godzisz na co dzień? Jak wygląda normalny dzień pracy Marii Lengren?

ML: Chyba każdy, kto robi coś twórczego, zgodzi się ze mną, że w pracy jest cały czas. Trudno jest wyznaczyć granicę, kiedy kończy się praca, a zaczyna relaks: czas na randkę albo mizianie kota. Od kiedy nie pracuję w księgarni, dzień najczęściej zaczyna się późno, bo pracuję po nocach. Całkiem sprawnie realizuję moje małoletnie założenie, żeby zostać wampirem. Praca nad tekstem jest bardzo czasochłonna i wymaga skupienia. Lubię się zaszyć, słuchać muzyki i dłubać w tekście. No a jeśli chodzi o muzykę, to tu jest jeszcze mniej rutyny.

MM: Opowiedz od początku.

ML: Jako mała dziewczynka grałam na skrzypcach. Szybko urosłam i jako jednej z najwyższych dziewczynek w klasie zaproponowano mi altówkę. Nie chciałam altówki, bo chciałam grać na najważniejszym instrumencie w orkiestrze. Dzisiaj tego żałuję. Któryś z nauczycieli zauważył, że mam dobry głos, więc zaczęłam uczyć się śpiewu. Skończyłam studia ze śpiewu operowego. Do pewnego momentu bardzo chciałam być śpiewaczką operową. Niestety, albo na szczęście, rock and roll to jest choroba, którą trudno wyplenić. Podczas studiów mocno mnie nosiło, nie pasowałam do środowiska operowego, nie chciałam być oceniana przez mądre siwe głowy. Chciałam się urwać i robić muzykę na własną rękę: wiedzieć, że jeśli coś schrzaniłam, to od początku do końca jest to moja wina. Zrozumiałam, że można być jednocześnie miłośnikiem sakralnej barokowej muzyki i kochać ponad wszystko śmieciowe punkowe brzmienie.

MM: Kiedy powstał zespół The Real Gone Tones?

ML: Jakieś sześć lat temu. Mogę się mylić, bo czasem wydaje mi się, jakby to było wczoraj, a czasem, że śpiewam w RGT całe życie. Zespół założyliśmy głównie dlatego, że gdybyśmy tego nie zrobili, nie mielibyśmy gdzie chodzić na koncerty rockabilly. Poza nami działa w Polsce kilku wykonawców, których można policzyć na palcach jednej ręki. W Real Gone Tones musiałam oduczyć się wielu rzeczy, których nauczyłam się na studiach. Okazało się, że nie każdy dźwięk powinien być idealny. W rock and rollu od czystych dźwięków ważniejsze są rytm i energia i to, jak bardzo muzyk się rozepnie. Musiałam zrzucić kostium idealnej divy. Rock and roll działa, gdy się zachrypnie, włosy się potargają, obcasy spadną. Jeden czy drugi fałsz idzie w niepamięć, jeśli na koncercie jest szał.

MM: Zrzuciłaś metaforyczny gorset śpiewaczki operowej i włożyłaś inny, realny kostium pin-up girl.

ML: Lata pięćdziesiąte są czarujące, jeśli chodzi o styl. No trudno ich nie kochać. Rockabylly wymaga kostiumu. Moje chłopaki z zespołu doskonale to rozumieją. Czasem mam wrażenie, że czują modę dużo lepiej niż ja. W którymś momencie śpiewania rock and rolla sama stwierdziłam, że wysokie obcasy są supersexy, ale nie mogę się tarzać w nich po scenie. Więc nawet w wizerunku rockabilly dokonałam już wielu dekonstrukcji. Na tym polega ta kultura.

MM: Na co dzień wyglądasz, jakbyś w każdej chwili mogła wskoczyć na scenę.

ML: To wchodzi w krew. Nigdy nie byłam zafascynowana ideą naturalnego piękna. Naturalne piękno albo nie istnieje, albo rzadko mnie spotyka. Skoro można wyglądać jak postać z komiksu, to po co wyglądać inaczej? Po co wyglądać zwyczajnie? Może kiedyś do tego dorosnę. Póki co wolę się odpicować na superheroinę jeżdżącą na motocyklu i pożerającą serca męskie, niewieście i ufoludzkie niż wbić się w zwykłe dżinsy i sweter.

MM: Skąd bierzesz ciuchy? No bo przecież nie z sieciówki.

ML: Najlepszym przyjacielem mody vintage są oczywiście lumpeksy. Uwielbiam vintage. Ciuchy po mamach i babciach, które te szyły na miarę, pozostają niezniszczone przez dekady, bo nasze przodkinie bardzo o nie dbały. Mam przyjaciółkę działającą pod pseudonimem Maggie the Cat, która szyje według wykrojów z lat pięćdziesiątych. W wielu kostiumach spod jej ręki występuję na scenie. W środowisku rockabilly mamy taką samopomoc odzieżową. W Stanach, Japonii, Francji czy Niemczech sklepów vintage, które inspirują się modą retro, jest mnóstwo. W Polsce musimy sobie nawzajem pomagać. Ktoś coś komuś uszyje. Ktoś coś komuś wygrzebie. Często kupuję w lumpeksach perełki nie na mój rozmiar, bo wiem, że jeśli ja z nich nie skorzystam, chętny na pewno się znajdzie.

MM: Słyszysz zgryźliwe komentarze na ulicy?

ML: Przestałam zwracać na to uwagę. Każda osoba, która wyróżnia się z tłumu, powinna mieć świadomość i być przygotowana na to, że coś takiego może się zdarzyć. Czasem słyszę od przypadkowych gości po koncercie w barze: „Taka ładna z ciebie dziewczyna, tylko czemu nosisz takie brzydkie okulary? Po co się oszpecasz?”. Odpowiadam zazwyczaj, że gdy zdejmę te okulary, to on też będzie wyglądał lepiej albo żeby po prostu spieprzał i nie zawracał mi głowy. Reakcje na komentarze są do wytrenowania, a opinia innych na temat mojego wyglądu nie jest dla mnie w żadnym razie istotna.

MM: Opowiedz o swoich rockandrollowych idolach.

ML: Kiedy byłam mała, ojciec przyniósł do domu odtwarzacz CD i dwie płyty: składanki z hitami Elvisa Presleya i Nat King Cole’a. To są takie płyty, których ciężko nie lubić. Można nie zwariować na ich punkcie, ale one robią coś takiego, że ciało się samo rusza, a fałdy w mózgu same rozprostowują. Wzięło mnie to wtedy. Przez całe dzieciństwo żyłam w przekonaniu, że Elvis jest czarnoskóry. Na okładce nie było jego zdjęcia. Później zaczęłam grzebać w korzeniach rock and rolla. Szybko odkryłam, że Elvis był biały i że na wiele, wiele lat, zanim powstał punk rock, istniała całkiem dzika muzyka, która zrodziła się z zupełnie nieoczywistego połączenia country, bluesa, r’n’b. Rock and roll to była pierwsza muzyka wynikająca z buntu nastolatków. Zakochałam się w tej kulturze bez pamięci. Uwielbiam Johnny’ego Burnette’a, boksera, który grał w zespole z bratem i kumplami. Później odkryłam dziewczyny, które bohatersko wymykały się losom kury domowej i zostawały gwiazdami rocka czy country w latach pięćdziesiątych. Charline Arthur, której brakowało głosu, urody i talentu, miała taką charyzmę, że została wielką gwiazdą znaną do dzisiaj. Koncertowała po całych Stanach, łamała serca, nigdy nie wyszła za mąż, żyła po swojemu.

Kocham ciemnoskóre gwiazdy r’n’b, które miały i „ass”, i „sass”, i „class”. W ogóle u wokalistek cenię rezygnację z idealnego wizerunku i wiecznej potrzeby uwodzenia. Lubię te, które nie boją się złamać obcasa, kiepsko wyjść na zdjęciu z rozdziawioną w krzyku paszczą. Trudno zachować przez cały koncert nienaganną fryzurę, jeśli prawdziwie miotasz się po scenie.

MM: Jak wygląda społeczność rockabilly w Polsce?

ML: Od paru lat dużo więcej gramy za granicą niż w kraju. Zapotrzebowanie na muzykę rockabilly w Polsce nie jest szalone. Mimo że od jakiegoś czasu moda na look z lat pięćdziesiątych powraca: powstaje coraz więcej barber shopów, chłopaki robią sobie wypasione fryzury i noszą wywinięte dżinsy, nie wiąże się to z masową chęcią pogłębienia wiedzy o kulturze czy wgryzienia się w muzykę rockabilly. Jest w Polsce grupka może kilkunastu zagorzałych fanów rockabilly wkręconych i w subkulturę, i w muzykę. Ale na koncertach i tak przeważnie są tłumy. Jak już mówiłam, to jest muzyka, która poruszy umarłego. Idealna do tańca i szalonej zabawy. Nawet jeśli nie wrócisz do niej w domu, na koncercie będziesz bawić się do upadłego. Nasza publiczność to zwykle miks osób, które znają piosenki, które gramy, i tych, które pojawiają się na koncercie z przypadku. Ta druga grupa stanowi zdecydowaną większość.

MM: A gdzie gracie za granicą?

ML: Wszędzie tam, gdzie nas chcą. Plusem robienia rzeczy niszowych jest to, że prawie w każdym kraju, do którego się pojedzie, ma się przyjaciół. Ludzi, którzy w wąskiej grupie jarają się tym samym. Minusem jest to, że nie da się na tym zbić fortuny. Coś za coś.

MM: Masz jakieś podróżnicze marzenia związane z muzyką?

ML: Nigdy nie byłam w Stanach. Chciałabym zobaczyć miejsca, w których rozwijał się delta blues. Te wszystkie zapyziałe bary, w których największe hity powstawały w oparach dymu i wódy. Przejechać się wielkim amerykańskim samochodem po autostradzie donikąd. Równie mocno chciałabym wrócić do Japonii (ciekawostka: w Japonii The Real Gone Tone ma więcej fanów niż w Polsce) albo przejechać się po Włoszech śladami reżyserów starych horrorów i giallo. W tej chwili dzielę życie pomiędzy byciem molem książkowym, który zapuszcza korzenie pod biurkiem, z byciem wagabundą, który żyje na walizkach.

MM: To teraz pytanie w stylu „kogo kochasz bardziej: tatę czy mamę?”. Jeśli musiałabyś zdecydować: komiksy albo muzyka, co wygra?

ML: Prędzej czy później będę musiała się zdecydować na jeden tryb życia: muzyczną tułaczkę albo pisarskie zasiedzenie, ale na razie twórczy chaos trwa. Nie wyobrażam sobie, że w moim życiu mogłoby zabraknąć komiksów albo muzyki. Nawet jeśli The Real Gone Tones przestanie istnieć, będę angażować się w inne projekty muzyczne. Już teraz to robię. Śpiewam w duecie Modern Moon. A kiedy grania jest mniej, zaszywam się w domu i zaczynam pisać. Samo się toczy. I choć brzmi to pewnie bardzo chaotycznie, jest w tym rozdarciu wiele równowagi.

***

Artykuł ukazał się w numerze #FANTAZJA, który możecie kupić tutaj