Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Jedna druga duetu tworzącego legendarny program “Pieprz i Wanilia. Podróżniczka, pisarka, autorka programów telewizyjnych i radiowych, eksploratorka świata od Międzyrzeca Podlaskiego aż po koła podbiegunowe. Nigdzie nie rusza się bez książki, bo jak twierdzi, zawsze znajdzie chwilę, by poczytać.

Karol Napiórski: Pani Elżbieto, wywiad ma być o książkach, ale jest Pani tak fascynującą osobą, że wątpię, abyśmy dali radę ściśle trzymać się tylko tej dziedziny. No ale spróbujmy. Co ostatnio pani czytała?

Elżbieta Dzikowska: Skończyłam dzisiaj niedużą książkę Zbyszko z Bogdańca, czyli prawie wszystko o Mieczysławie Kaleniku autorstwa Ryszarda Kornackiego. Jest to książka o aktorze grającym głównego bohatera w adaptacji filmowej Krzyżaków. Urodził się w moim mieście – Międzyrzecu Podlaskim. Oboje jesteśmy obywatelami honorowymi Międzyrzeca. Z przyjemnością ją przeczytałam. Jest i o mieście, i o Mietku, który wrócił do Międzyrzeca i wycofał się z życia zawodowego.

KN: Czy w dzieciństwie znajdowała pani czas na czytanie książek?

EDz: Tak, na czytanie przeznaczałam dużo czasu. Oczy bardzo psuły mi się od tego – mieszkałam w domu, gdzie nie było światła, tylko lampa naftowa. Babcia denerwowała się, gdy ją zapalałam. Naciągałam więc kołdrę na głowę, zapalałam lampę i chowałam się pod kołdrą z książką. Dobrze, że się dom nie spalił. Pierwszą książką, którą pamiętam, poza bajeczkami, była Historia żółtej ciżemki Antoniny Domańskiej. Opowiadała historię Wita Stwosza, bardzo mnie zafascynowała i kto wie, być może miała wpływ na wybór mojego zawodu. Jestem historykiem sztuki.

KN: Jest pani z wykształcenia również sinologiem. Czy to fascynacja literaturą chińską skłoniła panią do podjęcia tych studiów?

EDz: Nie, zupełnie nie. Byłam zaangażowana w organizację antykomunistyczną. Skończyło się to dla mnie więzieniem w zamku w Lublinie, w tym samym, w którym Niemcy rozstrzelali mojego ojca. Miałam później kłopoty z dostaniem się na jakiekolwiek studia. Na sinologię przyjmowano po kilka osób co drugi rok. Tam więc stanowiłabym mniejsze niebezpieczeństwo ideowe. Drugim powodem były odwiedziny mojej koleżanki, która skończyła japonistykę. Bardzo sobie chwaliła tego typu kierunki. Za pierwszym podejściem niestety mnie odrzucili. Wybrałam się więc, a miała wtedy 16  lata do Warszawy z odwołaniem w ręku. Udało mi się przekonać komisję i tak stałam się studentką pierwszego roku sinologii na Uniwersytecie Warszawskim.

KN: A czy na studiach zainteresowała się pani literaturą chińską?

EDz: Czytałam literaturę chińską w dwóch językach. Najpierw po rosyjsku, poźniej po chińsku. Pamiętam taką książkę z literatury klasycznej – Romans trzech królestw napisaną przez Luo Guangzhonga, należy do najważniejszych dzieł literatury chińskiej. Można w niej odnaleźć wiele legend, historii i opowieści ludowych. Pracę magisterską pisałam na temat elementów biograficznych w twórczości You Ta-fu, chińskiego pisarza zamordowanego przez Japończyków. Przeczytałam więc dwa tomy jego dzienników i całą jego twórczość, aby odnaleźć elementy biograficzne ukryte w utworach.

KN: Pracuje pani nad książką o tytule Świat, który odchodzi… 

EDz: Pracuję nad wieloma książkami równocześnie. W zeszłym roku odwiedziłam południe Chin, aby przyjrzeć się bliżej życiu kilku z 56 plemion chińskich, nadal zbieram materiały. Chcę odwiedzić jeszcze niektóre plemiona, aby dopełnić zbiór. Nie potrafię powiedzieć, kiedy ukaże się ta książka.

KN: Pisze pani kilka książek równocześnie. Jakimi jeszcze się pani teraz zajmuje?

EDz: Wciąż tworzę pewien cykl. Był Uśmiech świata, niedawno wyszła Biżuteria świata, teraz planuję Drzwi i okna świata, później będą Fryzury i nakrycia głowy świata. W tym czasie piszę też drugi tom książki Tam gdzie byłam, tym razem o Ameryce Południowej. Całkiem niedawno ukazała się również Polska znana i nieznana i już jestem w trakcie pracy nad jej dalszym ciągiem!

KN: Z której swojej książki jest pani najbardziej dumna?

EDz: Uważam, że najbardziej przydatne są moje książki związane ze sztuką. Dwa tomy: Artyści mówią oraz Polscy artyści w sztuce świata. Przekazują one pewne wartości, są świadectwem. Wielu artystów, których opisuję, nie żyje. Józef Czapski, Władysław Hasior, Tadeusz Brzozowski, Jerzy Nowosielski, Jacek Sienicki, Jerzy Mierzejewski, Stanisław Frenkiel, Igor Mitoraj. Oni od nas odeszli, ale ich słowa pozostały jako własny komentarz do ich sztuki, ułatwiający nam zrozumienie i percepcję ich dzieł.

KN: Przy jakich książkach najlepiej się pani relaksuje? Który gatunek literacki jest pani ulubionym?

EDz: Przede wszystkim czytam dobre powieści. Mam tu, przy kanapie taką stertę, składają się na nią książki, które ostatnio czytałam, czytam lub będę czytać. Jest biografia Jarosława Iwaszkiewicza, Wiele demonów Jerzego Pilcha, Ostatnie rozdanie Wiesława Myśliwskiego, Wyspa na prerii Wojciecha Cejrowskiego. Poza tym czytam książki potrzebne mi do pracy zawodowej.

 

KN: Które książki są szczególnie ważne dla pani?

EDz: W różnych okresach ważne były dla mnie różne książki, tak bym powiedziała. Był czas, kiedy fascynowałam się literaturą latynoamerykańską – Julio Cortázar, Carlos Fuentes, Roberto Bolaño, Mario Vargas Llosa ,Gabriel García Márquez, José Donoso itd., no ale teraz już trochę mi przeszło. Był czas fascynacji amerykańskimi pisarzami – John Irving, John Steinbeck, F. Scott Fitzgerald, William Faulkner, Pearl Buck, Graham Greene.

KN: Czy te zainteresowania zmieniają się wraz z krajami, które pani odwiedza?

EDz: Nie, to nie jest związane z podróżami, aczkolwiek zainteresowanie literaturą iberoamerykańską łączyło się z moją pracą w magazynie „Kontynenty”, gdzie prowadziłam dział Ameryki Łacińskiej. Drukowaliśmy często jako pierwsi fragmenty literatury, między innymi Márqueza. Zrobiłam wywiad z Mario Vargasem Llosą, poznałam Gabriela Garcię Márqueza. Byłam blisko z tamtejszą literaturą oraz plastyką.

KN: Jadąc na wyprawę, zabiera pani książki związane z miejscami, do których się udaje. Jak dokonuje pani wyboru tych książek?

EDz: Tak, zabieram ze sobą książki, ale niekoniecznie związane z miejscem, do którego jadę. Po prostu muszę mieć coś do czytania. Nigdzie się nie ruszam bez książki. Zawsze znajdzie się chwila, aby poczytać.

Nigdzie się nie ruszam bez książki. Zawsze znajdzie się chwila, aby poczytać.

Nawet głośno. Kiedy wędrowałam z przyjaciółmi po Afryce, podczas długich godzin w autokarze czytałam im Heban Kapuścińskiego, żeby zrozumieli lepiej świat, w którym się znaleźli, i rządzące nim mechanizmy.

KN: Co pani myśli o czytnikach elektronicznych. Czy nie wydają się idealne na podróż?

EDz: Dostałam w prezencie imieninowym taki czytnik, ale jeszcze go nie używam. Przyznaję, że to wygodne rozwiązanie, zwłaszcza w podróży. Ja jednak lubię papier, to jest bliższa mi kultura i tradycja.

KN: Czy czytanie może zastąpić podróżowanie?

EDz: Na pewno nie. To tak, jakby zetknąć się z oryginałem obrazu i z jego kopią, albo z jego fotografią, to nie jest to samo.

KN: Czy pamięta pani, jaka była ulubiona książka pani męża, Tonego Halika?

EDz: Tony uwielbiał książki przygodowe, takie, w których wiele się działo, które miały wartką akcję.

KN: Czy przygotowując się do podróży, dużo czyta pani na temat danego kraju?

EDz: Staram się przeczytać jak najwięcej, ale wiadomo, zawsze jest element niespodzianki, nie można wszystkiego wyczytać. Uzupełniam lektury po powrocie, bo zawsze w podróży kupuję potrzebne mi książki.

KN: Gdzie najchętniej pani czyta?

EDz: W cieplejsze miesiące chętnie czytam w ogrodzie. Przez resztę czasu – leżąc na kanapie. Czasami towarzyszy mi muzyka. Klasyczna.

KN: Czy śledzi pani nowości literackie?

EDz: Staram się, ale nie uważam, żebyśmy mieli w tym momencie jakichś wybitnych młodych pisarzy. No może Stasiuk, uwielbiam jego opowieść o Dukli, nie czytałam jeszcze Wschodu, jestem bardzo ciekawa tej książki. Podoba mi się Dorota Masłowska, jest bardzo zdolna. Mariusz Szczygieł dobrze pisze o niedalekim nam miejscu. Lubię Olgę Tokarczuk, Wiesława Myśliwskiego. Nie mam tyle czasu, ile bym chciała, czytam książki, które są mi potrzebne w mojej pracy, teraz na przykład o Galapagos, o Peru. Wasz magazyn też bardzo chętnie przeczytam. Wygląda naprawdę porządnie.

KN: Korzysta pani z bibliotek?

EDz: Kiedyś dużo przesiadywałam w bibliotece na ulicy Koszykowej. Teraz dzięki komputerowi jest łatwiej, sprawdzam poprawną pisownię, daty, nazwy łacińskie. To jest ogromne ułatwienie, bardzo przyśpiesza pracę.

KN: Pracowała pani w bibliotece uniwersyteckiej.

EDz: Odkurzałam książki, dosłownie. Siedziałam na strychu i odkurzałam książki, 8 zł za godzinę. Nie mogłam znaleźć pracy po studiach. Miałam dzięki temu stały dostęp do ciekawych książek i sporo czytałam w pracy. Pierwsze poważniejsze książki czytałam również na strychu. Odnajdowałam je u mojego stryja na wsi, gdzie spędzałam wakacje. Pamiętam, że czytałam Dostojewskiego jako chyba dziewięciolatka. I Kokainę Pitigrillego, była bardzo erotyczna, niewiele rozumiałam, ale bardzo mnie interesowała. Pamiętam, że jej bohater był bardzo wybredny – klasyfikował kobiety na podstawie wyglądu kostek u nóg. Wiele książek na tamtym strychu przeczytałam.

Pierwszym moim marzeniem było zostać leśnikiem, a drugim – bibliotekarką. To największe szczęście – myślałam – obcujesz z książkami i jeszcze ci za to płacą!

KN: Jakie książki podróżnicze mogłaby pani polecić?

EDz: Z pewnością książki Arkadego Fidlera. Mimo że mają już swoje lata, są bardzo ważne dla naszej tradycji podróżniczej. Tonego Halika oczywiście polecam z całego serca. I przy okazji  zapraszam do odwiedzenia Muzeum Tonego Halika w Toruniu. Książki Wojtka Cejrowskiego również polecam, ale nie te związane z polityką. I przede wszystkim Ryszard Kapuściński – mądry, czuły dla świata i ludzi, świetny człowiek, doskonały pisarz, który stworzył specjalny gatunek reportażu, a raczej reportażowej literatury. Znaliśmy się dobrze i spotykaliśmy się w kraju i na świecie. Ryszard był moim konsultantem do spraw Ameryki Łacińskiej, kiedy pracowałam w redakcji „Kontynentów”. Ostatnim tekstem, który napisał, był wstęp do mojej książki Uśmiech świata. Już wtedy chorował, ale zrobił to. Zachowuję go w bardzo czułej pamięci.

KN: Czy słowo i literatura są dla pani ważne?

EDz: Słowo jest bardzo ważne, nie tylko pisane. Wzruszyła mnie sytuacja, którą napotkałam w Shiraz w Iranie przy grobowcu poety Hafiza. Przychodzą tam ludzie starsi, młodsi, przeróżni zwyczajni ludzie. Kładą kwiaty i recytują wiersze. Nieopodal tego pomnika siedzi dwóch staruszków, którym towarzyszą kanarki. Wyciągają one bezpłatnie z koszyczka trzymanego przez staruszka fragmenty wierszy Hafiza. To bardzo wzruszające. W tamtym rejonie świata jest zawarty ogromny szacunek do poezji, do słowa właśnie. Tak jak mawiał Kapuściński, powinniśmy przez podróże uczyć się pokory, uzmysławiać sobie, ile wspaniałych kultur istniało w czasach, gdy nasi pradziadowie biegali z dzidą po puszczach. W niektórych plemionach chińskich nie ma literatury pisanej i ludzie przekazują sobie wszystko śpiewem – oświadczają się śpiewem, cieszą się śpiewem, smucą się śpiewem, opowiadają o dziejach plemienia, wychwalają naturę. To również jest forma literatury oralnej.

KN: Co daje podróżowanie?

EDz: Poznajemy świat, poszerzamy horyzonty myślowe, zaspokajamy ciekawość, uczymy się tolerancji, pokory, szacunku. To są bardzo ważne rzeczy, których warto się nauczyć. Warto uzmysłowić sobie, jak wielokulturowy jest świat. W Polsce ludzie często narzekają, nie umieją się cieszyć życiem, podczas gdy w innych krajach, znacznie biedniejszych, zawsze stać każdego na uśmiech. Uczmy się więc w podróży także uśmiechania się, łatwiej z tym żyć, rozwiązywać problemy, a i ładniej, sympatyczniej się wygląda.

KN: Gdyby miała pani polecić jedno miejsce na Ziemi, które pani zdaniem naprawdę warto zobaczyć, żeby właśnie nauczyć się tych rzeczy, o których pani mówiła, jakie by to było miejsce?

EDz: Zimbabwe! Tam jest wszystko. W Parku Narodowym Hwange mieszka niesamowicie dużo zwierząt, pozowała mi cała „wielka piątka”. Wspaniałe, zwłaszcza w porze deszczowej, wodospady Wiktorii. I przede wszystkim ruiny Wielkiego Zimbabwe, którego powstanie przypisywano Izraelitom, Egipcjanom, Fenicjanom, Salomonowi, bo nikt nie przypuszczał, że Afrykańczycy są zdolni coś takiego zbudować, a jednak tak właśnie było. Rysiek Kapuściński przyniósł mi kiedyś dwie książki Basila Davidsona – Czarna matka i Stara Afryka na nowo odkryta. To tam zobaczyłam po raz pierwszy zdjęcie Wielkiego Zimbabwe i postanowiłam do tych ruin dotrzeć. Zajęło mi to ponad 30 lat, ale udało się! Podziwiałam też w Zimbabwe Park Narodowy Matobo z przepięknymi skałami, które wyglądają jak rzeźby wykonane przez znakomitych artystów. Cecil Rhodes uznał to miejsce za najpiękniejsze na świecie i tam się kazał pochować. Trzeba je oglądać o zachodzie słońca, wtedy jest najpiękniej. Dotarłam tam dwa razy. Z konieczności. Za pierwszym razem okazało się, że bateria w aparacie jest rozładowana. A widok był tak piękny, że musiałam powrócić. Ze sprawdzonym dokładnie sprzętem fotograficznym.

Wywiad ukazał się w 6. numerze magazynu Zwykłe Życie.