Bogdan akordeonista
Tekst i zdjęcia: Malwina Piorun / drugastronawisly.pl
Bogdan akordeonista, ikona Chmielnej. Uliczny jazzman. Dżentelmen, w garniturze skrojonym na miarę. Łamie modowe konwenanse, nosząc adidasy. Niezwykle warszawski w swoim jestestwie. Pocałował dłoń pięknej damy, zsuwając przeciwsłoneczne okulary i patrząc prosto w oczy. Ujmuje tym bez reszty, podobnie jak życiorysem i żywiołową grą na akordeonie. Mimo swojego wieku.
Umuzykalniany od małego, dawkowano mu dźwięki dousznie. W domu wszyscy grali lub śpiewali, bez wyjątku. Taka rodzina obdarowana szóstym zmysłem – odczuwania rytmiki i melodyki. Namaszczony odziedziczył umiejętności, co umożliwiło ukończenie Szkoły Muzycznej przy Okólniku. Tam przeżył epizod z instrumentami dętymi, by finalnie zdecydować się na czarno-białe klawiatury. Kpi z tego, mówiąc, że został klawiszowcem o zbyt krótkich palcach, dlatego przygrywa niedługie kawałki. Ze stołecznych podwórek, jego ulubione. Teraz dźwięczą na Chmielnej, nieobojętnie.
Lubi klimat ulicy. Jednak nie zawsze tu grał. Życiowe dossier Bogdana? Bajecznie-niewiarygodne. Absolutnie niezwykłe. Z Kapelą Czerniakowską podrywali ludzi do tańca, a Marylka Rodowicz czyniła swoim głosem cuda. Grał na fortepianie w słynnym SPATiF’ie, w przerwach popijając whisky z Jerzym Waldorffem. Panowie przyjaźnili się, podobnie jak z Bohdanem Łazuką. Temu ma za złe, że zmienił pisownię swojego imienia. Razem z Jerzym Stuhrem improwizowali niejeden utwór. Podobno jego wokal zyskuje, gdy ten śpiewa niechlujnie. W końcu, śpiewać każdy może. Prawda?
Bogdan niczego nie żałuje. Poza tatuażem, który zrobił w wojsku. Efektowna kotwica, na dłoni – narzędziu pracy. Przeżył swoje, zaś bagaż doświadczeń nosi na barkach, schowany w siatkowej torbie z Biedronki. Tu i teraz to Chmielna. Tłoczna, gwarna. I on, dający codzienne koncerty na żywo. Jak za dawnych lat.