Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

tekst: Karol Napiórski

zdjęcie: Grzegorz Broniatowski

Dla Bogny Świątkowskiej słowo pisane zawsze miało ogromną wartość. Od dziecka pochłaniała książkę za książką. Uważa, że literatura przede wszystkim ma poszerzać horyzonty.

Karol Napiórski: Jak rozpoczęła się twoja przygoda z literaturą? Pamiętasz pierwszą przeczytaną książkę?

Bogna Świątkowska: Mama nie miała czasu, żeby mi czytać tak dużo i często, jak tego chciałam. Nauczyłam się więc czytać sama, mając 3–4 lata, na bardzo fajnych książeczkach z cyklu „Poczytaj mi, mamo”. Zapamiętywałam ich treść, a później łączyłam dźwięki ze znakami. Większość czasu spędzałam, czytając. Czego dziś poniekąd żałuję. Jest wiele książek, które chciałabym przeczytać po raz pierwszy, nie będąc nastolatką, tylko teraz, kiedy mogłabym lepiej zrozumieć ich treść.

KN: Nie chcesz do nich wrócić?

BŚ: Czytanie książek po raz drugi to ciekawa dyscyplina. Znam ludzi, którzy czytają swoją ukochaną książkę raz w roku, ale ja nie z tych.

KN: Niektóre książki mają tak wiele płaszczyzn, że czytając je, zawsze można odkryć coś nowego.

BŚ: To prawda, ale jest tyle książek, których jeszcze nie przeczytałam… To przygoda obliczona na całe życie.

KN: Jakie książki z dzieciństwa szczególnie zapadły ci w pamięć?

BŚ: Serce Edmondo De Amicisa oraz baśnie Hansa Christiana Andersena zapamiętałam jako wielką traumę. Czytasz te książki i płaczesz, ponieważ świat jest zły i nic nie sprawi, że będzie lepszy. Dziewczynki umierają na mrozie, a wstrętni chłopcy wybijają staruszkom oczy kamieniami.

KN: A w podstawówce i liceum? Czy w tamtym okresie jakieś lektury pozostawiły w tobie ślad?

BŚ: W tamtym okresie czytałam średnio dwie książki dziennie. Lista lektur szkolnych to był dla mnie program na kilka dni. Czytałam bardzo dużo literatury pięknej, która zdecydowanie była poza moją grupą wiekową. Pamiętam Anię z Zielonego Wzgórza – czytałam ją jak książkę przyrodniczą o tym, jak żyją dziewczynki. To była dla mnie zupełna egzotyka. No bo jak można mieć tego rodzaju rozterki? Zapamiętałam sobie, że do rudych włosów bardzo dobrze pasuje zielony kolor sukienki. W tamtym czasie za pomocą książek dosłownie pobierałam naukę o życiu. Czytałam po to, aby dowiedzieć się, jak funkcjonuje świat i ludzie w nim. Wielka literatura nie jest po to, żeby śledzić losy i perypetie głównych bohaterów, lecz by zauważać pewne mechanizmy. Jak jesteś nastolatkiem, najważniejsze dla ciebie pytanie brzmi: Kim jestem i co tu robię?, a kolejne: Jak działa świat? Jeżeli czytasz z takim nastawieniem, to naprawdę nie ma lektur mało interesujących.

KN: A czy pamiętasz moment, kiedy zainteresowałaś się książkami dla dorosłych? Kiedy zrozumiałaś, że czas iść dalej?

BŚ: To wszystko stało się zupełnie naturalnie. Pewnie za sprawą sporej biblioteki, którą mieliśmy w domu. Nie było podziału na książki młodzieżowe i dla dorosłych. Chętnie sięgałam po wszystkie.

KN: Jak zostałaś bibliotekarką?

BŚ: W roku 1985 zrobiłam maturę, a lata 80. to był trudny czas w Polsce. Najpierw euforia Sierpnia 80., potem stan wojenny, dla jednych czas walki z systemem, a dla innych czas emigracji, także tak zwanej emigracji wewnętrznej, mentalnego i fizycznego odcięcia się od wszechobecnego syfu. Dużo ludzi kupiło sobie wtedy za bezcen domy na Mazurach czy Warmii od osób emigrujących do Niemiec na przykład. Tak właśnie wyobrażałam sobie moją przyszłość. Miałam być bibliotekarką w małej miejscowości, palić jointy, słuchać reggae i czytać książki. I zobacz, jakże się myliłam! Jointy nie dla mnie – osłabiają moją energię i przymulają deprymująco, a po co? Mam taki temperament, że potrzebuję bodźców, szybkich reakcji, impulsów, działania. Rozstawianie książek w porządku alfabetycznym to zajęcie dla kogoś, kto jest wobec książek profesjonalnie chłodny. Kiedy ja staję przy bibliotecznym regale, każda książka wydaje mi się ciekawa, z każdą chcę poprzebywać, wpadam w nią i czas przestaje się liczyć.

…..

Całość wywiadu opublikowana w nr 6 magazynu Zwykłe Życie