Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Jak wyglądało zwykłe życie w pierwszych powojennych latach w Warszawie? Na to i inne pytania odpowiada Grzegorz Piątek w swojej nowej książce „Najlepsze miasto świata. Warszawa w odbudowie 1944-1949″, wydanej nakładem wydawnictwa WAB.

Wszystkie stare formy bytowania zniszczone. Życie polega na rezygnacji z elementarnych wymagań kultury i higieny, na krzątaniu się wokół rozgromionego mrowiska. Ludzkość zgotowała sobie monstrualną stratę czasu. Entuzjazm, z którego można by wykrzesać najwspanialsze dobra duchowe i materialne, spala się na radość z odnalezionego w gruzach cennego drobiazgu, pamiątki dawnego bytu. I zarazem – jakaś niecierpliwa uciecha zaczynania, przywrócone dzieciństwo serca jakby na nowo pierwszy raz oglądającego świat, poznającego życie. 

To oficjalne, przeznaczone do druku wrażenia Marii Dąbrowskiej z pierwszych chwil w zrujnowanym mieście. W prywatnej korespondencji opisywała „uciechę zaczynania” konkretniej i poufalej: 

W przerażającej Warszawie z lutego 1945 roku, kiedy śród ruin otaczających pl. Zbawiciela ujrzałam pierwszy straganik sporządzony z komód i desek w tychże ruinach znalezionych, pierwszą rzeczą, jaką na nim zobaczyłam, była litrowa butla wódy.

Wóda i wszystko inne, co niezbędne do przetrwania, wracało do miasta od pierwszego dnia. „Teoretyczne zero”, jakim śródmieście chcieli widzieć urbaniści, z dnia na dzień stawało się coraz bardziej teoretyczne. Kamienice, które przed wojną oferowały nędzny standard, teraz, o ile w ogóle stały, oferowały jeszcze gorszy. Mimo to życie wracało do nich i mówiło: trudno, wezmę co jest. Wlewało się jak woda do koryta wyschniętej rzeki. 

Jako jedno z pierwszych, nie czekając na wytyczne urbanistów, zaczęło ożywać łożysko ulicy Marszałkowskiej. Już tydzień po wyzwoleniu „Życie Warszawy” donosiło, że w podwórku na rogu Wilczej pod numerem 77 „pomysłowa niewiasta” otworzyła pierwszą w lewobrzeżnej Warszawie kawiarnię. Klientów pełno, a do szczęścia niewiele im trzeba: dwa czajniki na kozach, stoły przykryte białym papierem, a na nich gorąca herbata. Nawet z cukrem!

Ledwie Alejami przeszła defilada zwycięstwa, centrum Warszawy wróciło na swoje dawne miejsce – na skrzyżowanie z Marszałkowską. Znowu mijali się tutaj i mieszali, jak pół roku i pół wieku wcześniej, przedstawiciele każdej wyobrażalnej grupy społecznej. Naprzeciwko ocalałego hotelu Polonia wykwitły dworzec autobusowy oraz postoje riksz i taksówek. Kierowcy przecinający skrzyżowanie krzyczeli „na Pragę!”, „Żoliborz, Żoliborz!”. 11 kwietnia ruszyła namiastka regularnej komunikacji miejskiej. Nie były to jeszcze autobusy, lecz ciężarówki z ławkami zamontowanymi na pace, kursujące z Pragi przez most pontonowy i Aleje na Ochotę. Mimo niewygody i niebezpieczeństwa ustawiały się do nich kolejki.

Hotel Polonia, obsadzony przez dyplomatów, dziennikarzy i innych zagranicznych gości, stał się centrum życia warszawskich elit, ale na chodnikach i w ruinach dokoła niego panowały demokratyczna równość i wolnorynkowa konkurencja. Miejsce przed wejściem, w samym centrum stolicy socjalistycznego państwa, okupowali pucybuci. Wokół nich lawirowali pokątni handlarze walutą, złotem i importowanymi papierosami. Mówiło się, że kiedy przed Polonię podjechała limuzyna z generałem Eisenhowerem, powitały go okrzyki „dolary kupuję, dolary kupuję”. Resztki domów na tyłach szacownego hotelu zostały opanowane przez prostytuujące się kobiety. Wiele z nich to desperatki, które musiały wyżywić rodziny, a nie miały szans na inne zajęcie. Warszawska ulica szybko oswoiła dramat grubym dowcipem i przezwała je „gruzinkami” – bo pracowały na gruzach.

Ledwie gruz sprzątnięto z ulic, od razu zaludniali je zaaferowani przechodnie, a za przechodniami wkraczali przekupnie. Szczelnie wypełniali nie tylko Aleje i Marszałkowską, ale też węższe przecznice, takie jak Poznańska czy Chmielna. Kto pamięta eksplozję handlu ulicznego z początku III RP, ten może sobie wyobrazić to, co działo się na ulicach Warszawy tuż po wojnie. Handlował każdy z każdym, handlowano wszystkim, a pozorny chaos miał swój wewnętrzny porządek. 

Najniżej w hierarchii stali stacze, czyli handlarze przygodni lub pokątni, z naręczami i kieszeniami pełnymi towaru, rozwieszający go i rozkładający gdzie popadło. Mogło to być coś, co wyrosło w ogródku, w lesie albo i w miejskim parku, coś wyniesionego z domu (niekoniecznie własnego), coś z przemytu; jaja i mleko z podwarszawskich wsi, a zaraz obok włoskie pomarańcze, guma do żucia, mydełka i amerykańskie prezerwatywy z darów; naczynia – od „zwyczajnych fajansów, aż do najpiękniejszej porcelany” i sztućce – od najprostszych żelaznych, przez platery po srebra, „wszystko to mimo wielkiej obfitości zdekompletowane, wyszczerbione i zalatujące piwniczną pleśnią”, bo wyciągnięte z ruin. Jak sztućce, to i jedzenie – „wszędzie olbrzymie ilości białego chleba, zwoje kiełbas, […] połcie słoniny”. A tym, którzy muszą jeść na mieście (bo na przykład nie mają własnej kuchni), pionierki ulicznej gastronomii serwują słoje z gorącymi potrawami, przytargane w torbach i garach ocieplonych papierem i szmatami. Czy to wtedy narodził się fenomen warszawskiej pyzy? Maria Dąbrowska w każdym razie opisywała to zjawisko jako nowość. Najedzona zupą, fasolą i przecieranym kompotem z rabarbaru (jest koniec maja), postanawia: „To będzie moja stołówka” i rozważa, czy sama nie powinna otworzyć takiego interesu.

Nie była w tych kalkulacjach odosobniona. Już podczas okupacji nędza sprawiała, że rodowa duma czy tytuły profesorskie szły do kieszeni i zaczynało się kombinowanie. Włoski dziennikarz zamieszkujący Polonię wspominał ludzi, którzy: 

ukończyli uniwersytet, doskonale mówiących po angielsku lub francusku, czasem wręcz szlacheckiego pochodzenia, którzy szybko opanowali sztukę handlowych wędrówek, oszustw, język stołecznych mętów, chamskie odzywki i ordynarny sposób bycia, by współzawodniczyć z dobroduszną szorstkością i wrodzoną inteligencją prawdziwych ulicznych handlarzy gnieżdżących się na Woli i Czerniakowie. 

Jeśli stacz był wyjątkowo zaradny, mógł zasiedzieć którąś z okolicznych bram. Jeśli stacz był dodatkowo wytrwały, mógł dorobić się straganu – w zdezelowanym tramwaju, na pomysłowo rozbudowanym wózku albo w budzie skleconej z wyrwanych gdzieś w okolicy drzwi i okien. „Miasteczko kramów”, które wyroiły się „jak pieczarki po ciepłym deszczu”, ulokowało się szybko u stóp dostojnej ruiny Dworca Głównego. „Ceny niższe niż na Pradze” – poleca Kalendarz warszawski na rok 1946. „Wydaje się chwilami, że Warszawa zapomina o mieszkaniach dla ludzi, a chce zamienić się w jedno wielkie targowisko” – ironizuje autor(ka) „Skarpy Warszawskiej” pod wrażeniem spaceru wzdłuż Alej Jerozolimskich.

Kolejny szczebel na drabinie handlowej ewolucji stanowiło zajęcie kawałka rumowiska, które było kiedyś parterem kamienicy. Jedni wracali na swoje, inni zajmowali parę metrów, nie zawracając sobie głowy, czy i kiedy ktoś się o nie upomni. Ile zresztą było lokali, które już podczas okupacji zmieniły właścicieli lub zostały przejęte przez niemiecką administrację albo kolaborantów? 

Mali potentaci tym spieszniej wzywali więc… 

geometrę, majstra murarskiego, szli na pobocza Marszał­kowskiej, znajdowali najdogodniejsze miejsce i decydowali się na zbudowanie sklepu z zapleczem i dwoma pokojami mieszkalnymi, a wszystko to na parterze. Mury rosły w oczach, potem zjawiał się stolarz, żeby wprawić drzwi i ramy okienne, a po nim szklarz. 

Na ulicy straszyły jeszcze nienaprawione chodniki i ślady po bombach, a po drugiej stronie szyby kusiły już „pierwszorzędnie udekorowane wnętrza”, których autorzy wznosili się na szczyty pomysłowości. Cafe Fogg, otwarta przez piosenkarza Mieczysława Fogga przy Marszałkowskiej 119, w lokalu po niemieckiej kawiarni Zur Heimat (wcześniej zajmowanym przez pijalnię czekolady sieci Plutos), umeblowano ogrodowymi stolikami i krzesełkami wydobytymi z ruin innej kawiarni na Nowym Świecie. Prądu nie było, więc na stołach paliły się świece, a pod sufitem wisiała latarnia karbidowa wywleczona z bramy wypalonego domu przy Nowogrodzkiej. Wystrój uzupełniały kompozycje wyczarowane ze znalezionych materiałów – blachy, drutu i stalowych prętów – przez scenografa Stanisława Lipskiego. Do tego pianino cudownie ocalałe w mieszkaniu Fogga. 

Gości z zagranicy frapowało bogate zaopatrzenie. Brytyjczyk H. Foster Anderson nie mógł się nadziwić obfitości dóbr niedostępnych w jego zubożonej, lecz przecież niezniszczonej tak wojną ojczyźnie: zegarków, aparatów fotograficznych, maszyn do pisania, słodyczy, jedwabnych pończoch, ubrań, butów… W promieniu „ćwierci mili” od Polonii naliczył też około dwudziestu cukierni sprzedających „bogate ciastka grubo pokryte kremem”. A kawiarnie? Skąd w nich tyle ludzi i jakim cudem stać ich na te ceny? I dla kogo są te wszystkie kwiaciarnie? „Kwiaty są potrzebne” – wyjaśniał mu młody Polak – „pomagają zapomnieć o dziurze w ścianie”.

Jeszcze wojna się nie skończyła, jeszcze ludzie – dosłownie – potykają się o uliczne mogiłki, a „Życie Warszawy” już donosi z Chmielnej: 

Ciasna uliczka, jakby na przekór „bosowskim” architektom, nakazującym burzenie jej domów i poszerzenie, poczyna na nowo błyszczeć szybami wystaw i z całą bezczelnością, na jaką tylko warszawska ulica zdobyć się potrafi, odzyskuje sławę ulicy eleganckich magazynów mody i wytwornej galanterii. 

W ciągu kilku miesięcy oszklone i udekorowane szyldami partery stworzyły całe ciągi „parterowej Marszałkowskiej” – namiastkę wielkomiejskiego bulwaru w morzu ruin, uzupełnianą przez parterową Chmielną, Wilczą, Wspólną, Poznańską… Obumarłe kamienice przypominały „uschłe drzewa, puszczające zielone pędy od korzeni”. 

W 1946 roku iluzja metropolii była doskonała. „Można uwierzyć, że się jest w handlowej dzielnicy normalnego miasta” – przyznawał Anderson, a przybyły z Krakowa Jerzy Zawieyski pisał wręcz, że w widoku z narożnika Alej w głąb Marszałkowskiej, „ruch, tramwaje, auta i światła dają złudzenie nie tylko przedwojennej Warszawy, ale złudzenie czegoś większego, jakiejś części paryskich bulwarów”. Zofia Nałkowska, która właśnie z Paryża wróciła, notowała:

Jedna obok drugiej migają w przelocie eleganckie, jasno oświetlone witryny sklepów. Torebki wielkie i piękne, jak w Paryżu, bluzki jedwabne, materiały „łokciowe”, dużo wędlin. A powyżej tej przyziemnej sfery sklepów stoją nietknięte, wypalone ruiny o pustych czarnych oknach. I wydaje się, że chyba widma przychodzą robić w tych miejscach sprawunki. 

Wchodząc między ruiny Poznańskiej, można było nawet trafić do lokalu z zielonym obrotowym parkietem tanecznym i ścianami w odcieniach zieleni. „Cała ta sceneria wyglądała nierealnie, gdyż ponad parterem nie było nic poza prowizorycznym dachem” – wspominał ówczesny student architektury Jerzy Główczewski. Dość było więc zadrzeć głowę, a magia rozświetlonych witryn i gus­townych wnętrz pryskała. Wystarczył większy deszcz: „Ulewa spędza to, co najcenniejsze, najżywsze w Warszawie – ludzi – notował Jerzy Putrament. – Z gruzów spływają brudnożółte strumienie. Wyją potargane druty. Zgrzyta rdzewiejąca, pokaleczona blacha. I tylko głośniki na bezludnych placach powtarzają ciemności i wichurze czyjeś przemówienie”.

Przemówienia wróżyły tymczasem coraz mniej szczęścia wszystkim tym staczom i straganiarzom, babom z pyzami i sklepikarzom, cukiernikom i kwiaciarkom. 

W miarę jak oddalało się wspomnienie wojny, w społeczeństwie narastało zniecierpliwienie słabym zaopatrzeniem i drożyzną, a władzy coraz trudniej było tłumaczyć je zniszczeniami. Coraz bardziej raził też dysonans między deklaracjami o sprawiedliwości społecznej a narastającymi nierównościami ekonomicznymi. Nigdzie nie objawiały się one tak jaskrawo jak w Warszawie, a w Warszawie – w okolicach Marszałkowskiej. Pucybut pod hotelem Polonia brał za usługę trzydzieści złotych, co oznaczało, że po oczyszczeniu dwóch par wyrabiał dniówkę pracownika publicznego. Jedni dzięki sprytowi, znajomościom czy talentowi szybko się bogacili i kłuli w oczy hiperkonsumpcją, inni żyli z dnia na dzień, skazani na ziemniaki, kluski i kapustę. Jednym nowa władza dawała stabilną i często dobrze płatną pracę, samochody służbowe i mieszkania w pierwszych wyremontowanych domach, innym – skąpe przydziały żywności i kwaterunkową ciasnotę, baraki, namioty.

Pewnego razu milicja musiała użyć broni, aby zapanować nad podnieconym tłumem czekającym na wydanie konserw z zagranicznych darów. Tymczasem beneficjenci nowej rzeczywistości mogli zaopatrzyć się we wszystkie smakołyki radzieckiego imperium – od armeńskiego koniaku po astrachański kawior – w delikatesach Osobtorg na parterze Bristolu („wspaniale urządzony – wszystko w nim luksusowe i bardzo drogie” – notowała Dąbrowska). Mogli też raczyć się śniadaniem w Polonii. „Jaka szkoda, że nie mam żołądka słonia” – wykrzyknął Brytyjczyk na widok kartki z menu. Na obiady i kolacje polecano lokale prowadzone przez niedobitki arystokracji: Kongo („Dobra kuchnia, elegancja w tej ciasnocie, trochę cudzoziemców, pokątne handlowe konszachty wykwintnie wyglądających osób”), Canaletto czy restaurację w (nieodebranym jeszcze rodzinie Czetwertyńskich) Hotelu Europejskim. Wieczorem ta sama klientela ruszała na dansing do wskrzeszonego przy Nowym Świecie Paradisu, gdzie czekał „świat jak z amerykańskiego filmu z Fredem Astaire’em, tylko bez fraków”. Nawet gdy trudności w zaopatrzeniu skłoniły władze do wprowadzenia bezmięsnego dnia w gastronomii, bogaci i sprytni dostawali na talerzu to co zawsze, tylko że zakamuflowane pod liściem kapusty.

W kontrolowanej przez państwo gospodarce, jak pisze Padraic Kenney, wina za rosnące nierówności „nie leżała rzecz jasna po stronie wolnego rynku, ale także po stronie państwa – wolny rynek stanowił jednak politycznie dogodny cel”. Polityczny spryt polegał więc na tym, by umiejętnie przekierować słuszny gniew. O ile „w latach 1945–1946 w oficjalnej retoryce rolę czarnych charakterów przydzielono wojennym zniszczeniom, wyjeżdżającym Niemcom i niegodnym zaufania zachodnim sojusznikom”, o tyle nieco później „miejsce dawnych wrogów zajęli, zgodnie z głoszonymi hasłami, reakcjoniści, kapitaliści i sabotażyści”. Nie było zresztą tajemnicą, że wśród uczciwych kupców czy takich, którzy z poświęceniem odtwarzali swą dawną własność, było też wielu aferzystów. Jedne firmy uznawano za „zasłużone i solidne”, inne za „firmy spekulacyjne, łowiące ryby w mętnej wodzie powojennego chaosu gospodarczego” – pisał Wacław Sieroszewski. Obok firm takich jak Dom Towarowy Bracia Jabłkowscy, która nie tylko uruchomiła swój flagowy sklep przy Brackiej, ale i zaoferowała sfinansowanie odbudowy kamienicy Baryczków na Starym Mieście, działali przedsiębiorcy, którzy wzbogacili się na interesach z Niemcami, na szabrze, handlu mieniem pożydowskim albo tym, co wyciekało ze składów z pomocą zagraniczną. Uczciwa czy nieuczciwa, nie ulegało wątpliwości, że w sklepikach i na straganach „budziła się burżuazja”. 

Domy się palą, miasta się zapadają pod ziemię, ale na Dulskich nie ma sposobu. Felicjanostwo Dulscy uratowali swoje mieszkanie. Mają teraz zajęcia. Słuchają amerykańskiego radia, handlują dolarami, nasłuchują na ulicach i w kawiarni, szepcą sobie do ucha poufne wiadomości, ustalają niechybny termin wybuchu nowej wojny, a w międzyczasie stoją w ogonkach i robią zapasy. Pisują anonimy, ponieważ jak twierdzą, nie mogą wystąpić „z otwartą przyłbicą” 

– nabijał się „Przekrój”.

Każdy wyciągnięty na światło dzienne przypadek nadużycia czy lewego interesu pozwalał oczernić całą tę odradzającą się klasę i mógł posłużyć za oręż w rozprawie z „drobnomieszczańską plazmą”.

„Bitwa o handel” – jak nazwano tę rozprawę – zaczęła się oficjalnie dopiero w 1947 roku, ale ten, kto śledził doniesienia z pracowni architektonicznych, mógł się od dawna spodziewać rychłego końca parterowej Marszałkowskiej. 

Urbaniści i architekci przymierzali się do zmiany oblicza ulicy jeszcze przed wojną. Sięgnijmy do przywoływanej już książeczki Jesteśmy w Warszawie z 1938 roku. W tej antologii esejów, opowiadań i innych krótkich form architekt Antoni Dygat do spółki z literatem Witoldem Hulewiczem snuli fantazje na temat przyszłej Marszałkowskiej. Marzyło im się wyrównanie wysokości kamienic i skucie dekoracji, obłożenie fasad kamieniem i zamontowanie dużych witryn, wycofanie tramwajów i wozów konnych, zastąpienie wyszczerbionego bruku i szyn równym asfaltem, wycięcie rachitycznych drzewek i położenie gładkich chodników. Zasadniczym problemem Marszałkowskiej nie były jednak wystrój fasad i jakość nawierzchni, ale jej szerokość. Kiedy marszałek Bieliński wytyczał tę arterię w XVIII wieku, była długą, prostą aleją tnącą wiejskie miedze, o zawrotnej na tamte czasy szerokości 27,5 metra. Przez 150 następnych lat kolejne pokolenia obudowywały Marszałkowską coraz wyżej i coraz gęściej, wtłaczając na niezmiennie tę samą przestrzeń rosnącą liczbę pojazdów, o jakich nie śniło się dawnym marszałkom. Po wozach konnych przyszedł czas na tramwaje, rowery, samochody, ciężarówki, autobusy… Gdzieś pomiędzy nimi lawirowały nieprzebrane masy pieszych. Trudno było sobie wyobrazić, jak – nawet po skasowaniu tramwajów i wybudowaniu kolejki podziemnej – wszystkie pojazdy i przechodnie zmieszczą się na ulicy o szerokości 27,5 metra.

Wrzesień 1939 roku pomógł uruchomić wyobraźnię. A gdyby tak wykorzystać pierwsze (kto mógł przypuszczać, że nie ostatnie?) wojenne zniszczenia i spisać na straty część uszkodzonych budynków? Wystarczyło założyć usunięcie kwartałów zabudowy między Marszałkowską a Zielną, by poszerzyć arterię aż czterokrotnie – do stu dwudziestu metrów. Tyle samo, ile miała monumentalna główna aleja planowanej dzielnicy Piłsudskiego na Polu Mokotowskim, aż o pięćdziesiąt metrów więcej niż Pola Elizejskie czy plac Czerwony. Wschodnia jezdnia mogłaby biec odwiecznym śladem Marszałkowskiej, zachodnia – Zielnej, a między nimi, na miejscu ciemnych podwórek, zmieściłby się pas tak cennej w Śródmieściu zieleni, poprzetykanej rekreacyjnymi placami.

Już około 1940 roku Jan Chmielewski wrysował nową szerokość Marszałkowskiej w oficjalny plan urbanistyczny. Pomysł nabierał coraz więcej sensu w miarę narastania zniszczeń. Nic dziwnego, że Lech Niemojewski wrócił do niego w swoim raporcie dla rządu lubelskiego w styczniu 1945 roku, a już w maju pracownia urbanistyczna BOS Śródmieście ukończyła wstępne studium city, czyli centralnej dzielnicy handlowo-biurowej Warszawskiego Zespołu Miejskiego. Osią Marszałkowskiej miała biec granica między dwiema jej częściami. Po wschodniej stronie zamierzano zachować niektóre przedwojenne budynki i stworzyć łagodne przejście między zabytkową strefą Traktu Królewskiego a całkowicie nowym, nowoczesnym centrum planowanym po zachodniej stronie ulicy, czyli tam, gdzie ostatecznie powstał Pałac Kultury. Marszałkowska zamieniała się w arterię przystosowaną do szybkiego ruchu samochodowego, a mozaikę podwórek studni zastąpiła luźna struktura wielkogabarytowych gmachów publicznych, wieżowców i domów towarowych. 

Sugestywną wizualizację tych planów przygotował na zaproszenie Zygmunta Skibniewskiego zespół pod kierunkiem trzydziestopięcioletniego Macieja Nowickiego. Pracował on w wyizolowanej od grozy ruin i prozy biura „pracowni dyskusji urbanistycznej” urządzonej w skrzydle znacjonalizowanego pałacu w Wilanowie. Właśnie tam przeprowadzono „syntezę koncepcji przestrzennej układu całego ośrodka oraz dokonano ramowego zestawienia programu robót realizacyjnych” oraz wykonano „rysunki w skali 1:5000, 1:1000 i 1:400, perspektywy i modele plastyczne całości oraz fragmentów projektowanego ośrodka”.

Najlepiej patrzeć na „perspektywy”, czyli odręczne szkice. Nowicki miał ogromny talent do rysunku. Wacław Kłyszewski nazywał jego rękę „jedwabną”, a inny architekt tego pokolenia, Stanisław Kolendo wspominał, że rysowanie było dla Nowickiego „tak samo spontaniczne jak dyskusja, jak rozmowa, jak sposób przekonywania. Rysunki powstawały niemal tak, jak padały argumenty w słowach. Inaczej nie potrafił. Rysował jednak przede wszystkim dla siebie. Tak szybko rysował, że były to w jakimś sensie stenogramy”.

Jako nastolatek Nowicki spędził kilka lat w Chicago, gdzie jego ojciec pełnił funkcję polskiego konsula. Metropolię Midwestu spotkał wcześniej los podobny do tego, który stał się udziałem Warszawy. W 1881 roku Chicago niemal doszczętnie spłonęło w wielkim pożarze, po czym się odbudowało – większe, silniejsze, piękniejsze niż przedtem. Mało tego – ze sporego, ale przeciętnego architektonicznie miasta stało się laboratorium projektowych innowacji. Tam narodził się amerykański wieżowiec, tam eksperymentowano z nowoczesnymi konstrukcjami stalowymi, a czołowy architekt „szkoły chicagowskiej” Louis Sullivan ukuł słynne credo form follows function – „forma powinna podążać za funkcją”. Może legenda amerykańskiego feniksa, który odrodził się z popiołów, nadała pewność zmarzniętej ręce Nowickiego wizualizującej przyszłą Warszawę?

Warszawa, jak Chicago po pożarze, miała zapomnieć o niedawnej przeszłości. Plan Śródmieścia wyglądał dotąd jak gęsta, dusząca sieć. Nowicki narysował jej negatyw – zamiast białych oczek podwórek studni w czarnej masie budynków widniały na nim ciemne punkty budynków swobodnie rozmieszczonych w przestrzeni. Chociaż w myśl wytycznych BOS dawny układ ulic oraz dobrze zachowane domy mieszkalne należało „ze względów ekonomicznych zachować i wyzyskać”, na planach pracowni Nowickiego można było od­cyfrować główne ciągi: Aleje Jerozolimskie, Marszałkowską i Żelazną, a także resztkę osiemnastowiecznej uliczki Bagno oraz nieliczne zabytki, jak kościół Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim. Reszta przedwojennej tkanki została właściwie zmazana. 

Marszałkowska, odsunięta na zachód od dotychczasowej osi i poszerzona, biegnie w zielonym korytarzu. Z Alejami Jerozolimskimi przecina się na dwupoziomowym, bezkolizyjnym, autostradowym skrzyżowaniu w kształcie koniczynki. City jest bowiem dzielnicą dwóch poziomów i dwóch prędkości. Na jednym poziomie piesi, na drugim kierowcy. Dla jednych rozległe tarasy i paradne schody, bujne parki i kameralne pasaże, dla drugich wygodne, przelotowe arterie. Dla jednych niższa, czteropiętrowa zabudowa o rytmicznych elewacjach, dla drugich – skupiska czternastopiętrowych wieżowców, w malowniczych kompozycjach jakby stworzonych do podziwiania z pędzącego auta. Różnica wysokości oznacza jednocześnie różnicę dwóch podstawowych funkcji city – czteropiętrowe budowle przeznaczono dla handlu, a czternastopiętrowe na biura. W wieżowcach znalazłyby siedzibę kierownictwa „zakładów przemysłowych i ośrodków wymiany, instytucji spółdzielczych, ubezpieczeniowych i innych”. Powierzchnie biurowe we wspólnych budynkach dzieliłyby ze sobą także instytucje za małe na własne gmachy, które w dawnej strukturze miejskiej, przy przedwojennej Marszałkowskiej, zajmowałyby pomieszczenia w kamienicach. 

I niskie, i wysokie budynki w nowym Śródmieściu miały powstać ze stypizowanych, powtarzalnych modułów. W wilanowskiej pracowni wykonano nawet „studium normalizacji elementów budowlanych”. W tej zasadzie oraz wynikającej z niej formie budynków widać fascynację twórczością Auguste’a Perreta. Ten francuski architekt i przedsiębiorca budowlany uczynił swoim znakiem rozpoznawczym rytmiczne, modułowe elewacje z przewagą pionowych podziałów, które demonstrowały rytm konstrukcji. Czy szkicując w maju 1945 roku warszawskie city, Nowicki znał już plany odbudowy zbombardowanego Hawru, nad którymi od lata 1944 roku pracował Perret? Nie musiał – jego pokolenie fascynowało się koncepcjami Francuza od lat. I plany Hawru, i wizje city wyrastały z tej samej fascynacji możliwościami nowoczesnego przemysłu budowlanego. Różnica polegała na tym, że we Francji były one już faktem, a u nas postulatem. 

Powtarzalność elementów konstrukcyjnych i elewacyjnych, zwłaszcza zastosowana w skali całej dzielnicy, groziła monotonią. Dlatego Nowicki proponował „zmienność układów rytmicznych w elewacji poszczególnego budynku, zmienność materiałów wypełniających o różnych kolorach” i swobodne usytuowanie brył. Kolejnym urozmaiceniem miały być budynki „o specjalnym programie, np. Świątynie, teatry czy inne, wymagające specjalnego opracowania”. 

Mimo że schemat urbanistyczny city jest ściśle funkcjonalistyczny i razi pewną sztywnością, został opracowany architektonicznie w sposób miękki i zniuansowany. „Była to, w gruncie rzeczy, eksplozja poetycka, ale dziw bierze, jak spekulacyjnie logiczna i technologiczna” – wspominała uczestnicząca w tych pracach przyszła architektka Małgorzata Handzelewicz-Wacławek. Czarować miała przede wszystkim atrakcyjnie zaaranżowana przestrzeń publiczna, jakiej w Warszawie dotąd nie widziano – na tarasach pysznią się posągi, na dachach mrugają neony, w pasażach szemrzą fontanny i opracowane rzeźbiarsko zdroje. Wzdłuż wielkich, głośnych arterii i w małych zaułkach rosną wzorzyste kobierce kwiatowe, krzewy i drzewa. Przecież, jak przestrzegał wcześniej Lauterbach, „miasto pozbawione piękna i sztuki nie jest miastem w pełnem tego słowa znaczeniu”. 

W tych dekoracjach miał się rozgrywać „teatr życia śródmiejskiego”. Jego scena to Aleje Jerozolimskie i podłużny, zielony plac na miejscu zburzonego Dworca Głównego, zakomponowany jako „mozaika z zieleni, kwiatów i elementów wodnych”. Z jednej strony pierzeja zachowanych kamienic, z drugiej „trybuna śródmiejskiego teatru” – czyli długie schody i taras z kawiarniami. W nocy parter tętniłby życiem, elewacje opustoszałych biurowców zamieniałyby się w „scenę mechanicznej rewii neonów”, a biegnąca poniżej jezdnia „spełniałaby tę samą rolę dla interesującego pokazu zmotoryzowanego ruchu wielkomiejskiego”. Po wschodniej stronie Marszałkowskiej, na miejscu parterowej namiastki wielkomiejskiego handlu miały powstać wielkie sklepy i domy towarowe. „Korzystając z wielkiego przepływu ludności osadzi się tu również znaczna liczba kin, music-hallów, dansingów, kawiarń i restauracji. Dzięki temu powstanie element miasta o specyficznej atmosferze pełnej wielkomiejskiego napięcia” – z dumą referowali warszawscy architekci podczas kongresu urbanistycznego w Hastings.

Nowicki pisał, że „dobry pomysł intuicyjny musi się sprawdzić pod każdym względem, funkcjonalnym, konstrukcyjnym i technicznym”. Dość przewrotnie nazywał swoją szkołę myślenia funkcjonalizmem. Przekonywał, że architektura musi się opierać na najnowocześniejszych zdobyczach technicznych i odpowiadać na potrzeby dnia dzisiejszego, ale jednocześnie nie może swojego wyrazu plastycznego ograniczać do tych bieżących uwarunkowań. One szybko się zmienią, a architektura straci aktualność. „Architekci »funkcjonaliści« nie rozumieli, że pomost między ich sztuką a człowiekiem, którego oczy i intelekt będzie ona cieszyć, zbudowany być musi z owych niezmiennych wartości, bez których sztuka staje się tylko modą”. W warstwie plastycznej należy się więc opierać na wartościach nieprzemijających, czerpać z bogatego repertuaru suflowanego przez historię.

W zasadzie należymy do gromady narodów północy. Wpływy południa widoczne są na naszym terenie w epoce, gdy świat cały był pod ich panowaniem, złamane są u nas z reguły północnym elementem umiaru. Umiar i drobna skala wydają się być cechami polskiej architektury 

– przekonywał Nowicki. Jego zdaniem epoka nowoczesna to już nie epoka kultury śródziemnomorskiej, lecz atlantyckiej, północnej, której „bogactwo polega na treści konstrukcyjnej, symbolu plastycznym i wypracowaniu rzemiosła”, a nie na bogactwie koloru czy materiału. Pisał Maciej, zaczytany w Lewisie Mumfordzie i zapatrzony we Franka Lloyda Wrighta, ale podpowiadał Maciek, który w Ameryce napatrzył się na imponujące budowle ze stali i żeliwa, na cegłę i granit, na pnące się pod niebo powtarzalne piętra wieżowców i bezkresne perspektywy modularnych hal fabrycznych. Opowieści o nowym centrum Warszawy nie snuł jednak w żadnym istniejącym architektonicznym języku, tylko za pomocą własnego esperanto, stworzonego ze skrawków innych narzeczy – i tych współczesnych, i tych dawno wymarłych.

Można by mu nawet przypisać eklektyzm, gdyby te rysunki nie były symbolami, jakby znakami rzucanymi szybko, markującymi przyszłe, dojrzałe projekty architektoniczne, którymi kiedyś wypełnić się miała fascynująca go w tych dniach całościowa wizja miasta. […] Apelowały o elegancję i wytworność miasta, które miało powstać

– mówił Tadeusz Hołówko. Elegancja i wytworność były czymś, czym sam Nowicki zawstydzał swoich podopiecznych z Wilanowa. „Przypisywaliśmy mu »absolutny smak«, w tym sensie, jak się mówi o »absolutnym słuchu«” – pisał Jerzy Hryniewiecki. Małgorzata Handzelewicz-Wacławek wspominała, jak o świcie wynosił po innych kubły z brudną wodą zostawione w łazience, ubolewał nad niechlujstwem i próbował skłonić wszystkich do codziennej gimnastyki. 

Z taką samą pedanterią chciał zamienić śródmieście w przestrzeń wytworną, czystą i przewidywalną. Leczył kompleksy poprzednich pokoleń, które zabudowę centrum uważały za jeden z największych wstydów Warszawy. Trzydzieści lat wcześniej Alfred Lauterbach pisał: 

Ulica Marszałkowska, wraz z przecznicami, jest dowodem zaniku momentów artystycznych, których braku nie wynagradza bynajmniej praktyczne rozwiązanie. Przyjezdny oryen­tuje się najtrudniej właśnie w tej dzielnicy, gdyż wszystkie ulice są do siebie podobne z kierunku i wyglądu, przeto jako jedyny środek oryentacyjny pozostaje tabliczka z napisem lub sklep narożny, nie zaś, jak być winno, charakter ulicy. 

Może Nowicki wcale nie musiał czytać Lauterbacha? Może chłopak wychowany w Chicago w czasach, gdy wieżowce i domy towarowe tego miasta należały do największych i najwytworniejszych na świecie, może młodzieniec, który przepracował parę miesięcy w Paryżu, a sam zamieszkał przy jednej z wzorcowo zabudowanych, elitarnych ulic Warszawy, w alei Przyjaciół, czuł podskórnie, że nie może dopuścić do powrotu śródmieścia w dawnej formie? 

Być może pięknego Macieja Nowickiego miała na myśli Pola Gojawiczyńska, kreśląc w swojej pierwszej powojennej powieści Stolica postać „młodego inżyniera architekta”. Trącąca propagandą epopeja o odrodzeniu miasta drukowana w odcinkach pod koniec 1945 roku w PPR-owskim dzienniku „Głos Ludu” przedstawiała środowisko architektoniczno-urbanistyczne takie, jakim chciało być widziane. Inżynier Gojawiczyńskiej 

nie stracił w swej pracy ani na chwilę bohaterskiego kontaktu z innym mieszkańcem ziemi – człowiekiem. Nosił widocznie w piersi jego troski, upodobania i niedole, znał całą nędzę miejskiego bytowania. Dla niego, dla człowieka tworzył to Śródmieście, co mogło się stać posępnym labiryntem ulic, a było wielkim domem, miejscem pracy i rozrywek.

To city, gdzie miał się skupić wielki handel, uniwersalne domy towarowe, przedstawicielstwa wielkich firm, kawiarnie, kina – nosiło wszystkie cechy natchnienia. Drapacze i wieżowce zgrupowane zespołami, zabudowa wolna i zabudowa zwarta, plamy zieleni, pomniki, place i zmiana poziomów terenu oddawały harmonijny rytm miejsc z całym ich życiem, pracą i ruchem. Widziało się wielki taras nad poziomem ulicy, szerokie schody, płaskie budynki domów handlowych, w głębi sylwetę wieżowca – z rozmaitym światłem, ze smugą, z plamą światła i cienia, jak doskonałą, pełną kompozycję malarską.

Ta praca była dziełem miłości.

Czy jednak miłość ta była odwzajemniona? Nowicki rysował, jakby Śródmieście było już pod każdym względem oczyszczone – z gruzów, z murów i z właścicieli. Działo się to pół roku przed dekretem Bieruta. 

Mimo że w ruinach i półruinach Marszałkowskiej budziło się nowe życie, Nowicki ignorował je jak niepożądane mikroby. W jego Śródmieściu „podstawą decyzji była skala tłumu” zaludniającego promenady, biurowce i domy towarowe. Na kupiecko-kamieniczną drobnicę nie było miejsca. Nowicki po prostu przemilczał jej potrzeby, ale najbardziej wpływowe postacie BOS otwarcie ją potępiały. „Warszawie przedwojennej mieszczaństwo nadawało charakterystyczne piętno” – mówił Wacław Ostrowski. „Bary, restauracje i sklepy są dziś najwyraźniejszym przejawem prywatnej inicjatywy w Warszawie. Takiemu rozrostowi jednej grupy społecznej, zresztą nie najcenniejszej, trzeba przeciwdziałać”. W lutym 1946 roku, prezentując pierwszą powojenną przymiarkę do planu miasta, Ostrowski, Skibniewski i Piotrowski przytakują sobie – Śródmieście trzeba „od podstaw przebudować, bo jeżeli tego nie zrobimy, to położymy podwaliny pod […] katastrofę większą jeszcze niż ta, która spotkała stolicę”. Piotrowski nawet ćwierć wieku później pisał: 

Ci przedsiębiorczy ludzie nie myśleli o poważnej solidnej odbudowie, licząc na krótkotrwałe a zyskowne operacje, do czego wystarczało prowizoryczne zabezpieczenie pomieszczeń w ruinach domów. I tutaj natknęli się na zdecydowany sprzeciw BOS-u zdającego sobie sprawę, że zezwalanie na takie prowizorki oznacza przekreślenie – a co najmniej zahamowanie – wszelkiej planowej przebudowy miasta.

Nie ma większego znaczenia, na ile wizja city była produktem inwencji Nowickiego i jego podopiecznych, a na ile jego „jedwabną rękę” prowadzili urbaniści, na ile w pracowni wilanowskiej „ustalano kierunki urbanistycznego rozwoju Warszawy”, a na ile je wizualizowano i nasycano architektonicznym konkretem. Szkice te należy zresztą traktować bardziej jako sugestywny ideogram niż kompletny projekt. Ważne jest to, że Nowicki uczynił tę wizję swoją, a powabne rysunki, reprodukowane w polskich i zagranicznych publikacjach, kształtowały wyobrażenie o kierunku zmian, jakie miały zajść w centrum Warszawy.

„Najlepsze miasto świata" do kupienia TUTAJ!

Tak jak reżim odrzucał społeczną i ekonomiczną treść przedwojennej kamienicznej Marszałkowskiej i powojennej parterowej Marszałkowskiej, tak architekci odrzucali jej chaotyczną formę przestrzenną. Woleli widzieć miasto jako precyzyjny mechanizm, który należy skonstruować według planu, puścić w ruch, a następnie go używać i konserwować według instrukcji. Każdy sklepik i każda knajpa urządzone samorzutnie w ruinach, każda odremontowana z potrzeby chwili kamienica były drobinkami piasku rzuconymi w tryby, opóźniającymi skonstruowanie i uruchomienie tej idealnej maszyny.

Już w 1948 roku resztki zabudowy po wschodniej stronie Marszałkowskiej, między Królewską, Zielną i tunelem kolei średnicowej, zostały do końca usunięte. Teren odgruzowano. Była to bodaj największa akcja rozbiórkowa przeprowadzona w Warszawie po wojnie. Po stronie zachodniej, między wykwitami parterowej Marszałkowskiej, pod numerem 124, rósł pierwszy gmach nowego, monumentalnego bulwaru. Jak nakazywała gospodarność chudych powojennych lat, budynek nie powstawał z całkowicie nowej materii, lecz był efektem pomysłowego recyklingu. Autor projektu, Bohdan Lachert, wykorzystał mury ocalałych dwóch pierwszych kondygnacji eklektycznej kamienicy towarzystwa ubezpieczeniowego Rosja. We wnętrzach zachowały się do dzisiaj marmurowa klatka schodowa z ozdobną balustradą oraz reprezentacyjny hol. Nad zaadaptowaną strukturą Lachert nadbudował kolejnych siedem pięter, które pomieściły centralę Pocztowej Kasy Oszczędności.

Fasada przypomina te ze szkiców Nowickiego – jest rytmiczna i monumentalna. Ponieważ zaadaptowany dół kamienicy i nowe piętra biurowca miały inne podziały elewacji, trzeba było znaleźć sposób na wizualne spojenie obu części. Na pierwszym i drugim piętrze Lachert wstawił więc przesłony z kwadratowych elementów z zaokrąglonym otworem, wykonane według pomysłu rzeźbiarza Jerzego Jarnuszkiewicza w eksperymentalnej technologii gruzobetonu, czyli konglomeratu cementu i zmielonego gruzu. Ażurowe moduły od razu skojarzyły się warszawiakom niestosownie i od tej pory dostojny biurowiec, zapewne ku rozpaczy niejednego poważnego urzędnika centrali, znany był jako „dom pod sedesami”.

W cieniu wielkiego gmachu PKO czekały na ostateczny wyrok resztki „drobnomieszczańskiej plazmy”.

Żegnajcie więc, bez żalu, pierścionki zaręczynowe – brylanty – sygnety, najtaniej sprzedaje „Okazja”, Marszałkowska 99. Żegnajcie, pasy lecznicze, na ciąże, przepuklinowe, suspensoria, prostotrzymacze, wkładki pod chore stopy, M. Lachowicz, al. Sikorskiego 39 róg Marszałkowskiej. Żegnaj, sztuczna cerownio „Maryla”, Marszałkowska 119 m. 3. Żegnaj, kinoteatrze „Stylowy”, Marszałkowska 112. Żegnajcie, nie uwiecznią was fotografie nagrobkowe, „Eichafilm”, Warszawa, Marszałkowska 108.

Fragment najnowszej książki Grzegorza Piątka, „Najlepsze miasto świata” wydanej nakładem wydawnictwa WAB.