Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

W irańskim domu czuję się jak u siebie, wśród gościnności, którą pielęgnuję lokalnie. Dzielą nas obyczaje i kultura, ale spaja wspólny posiłek i szacunek do jedzenia. Lądując w Teheranie, pozwalam sobie po raz pierwszy w podróży na rezygnację z wyśrubowanego programu dnia. Zamiast tego kilka razy dziennie chodzę podrzemać pod drzewem i zachwycam się niespodziewanie kwaśnym smakiem perskiej kuchni.

Trzymam się jednak ulubionych rytuałów, po przebudzeniu pierwsze kroki kieruję na bazar. Wpadam w znaną pułapkę – każdemu poczciwemu dziadkowi chcę dać trochę riali, żeby żyło mu się tego dnia łatwiej. Na Tajrish, największym targowisku w północnym Teheranie, najpierw muszę pogodzić się z zasadami gry. Sprzedawcy świdrują mnie wzrokiem, ale spojrzenia są ciepłe i pełne wdzięczności. Zanim sięgnę po portfel, w dłoni mam już prezenty – goje sabz (kwaśne, niedojrzałe śliwki), wałek chleba barbari, baklavę pachnącą słońcem. Przede mną królestwo wyłuskanego bobu (cóż za komfort nie brodzić w gorącej skórce), hektolitry soku z granata, łąka suszonych ziół i kwiatów.

Sedno podróży czeka na mnie na południu, w pustynnym Yazd. Iran to przede wszystkim słodycze, kopce cukru mieniące się w słońcu jak szlachetna biżuteria. Zanim przekroczę próg opus magnum perskich cukierników, wzruszam się w osiedlowym meczecie. Nie muszę rozumieć słów. Z okazji Iftar dostaję wrzątek, daktyle i czułość wyrażoną uśmiechem i dotykiem. W Haj Khalifeh, najstarszej cukierni w kraju, urządzam sobie moje letnie Boże Narodzenie, zamawiam wszystkie pudełka cukierków. W smaku dominuje kokos i róża, pod zębem trafia się piaskowa tahina, większość obtoczona jest w gęstej pistacjowej skórce. Na koniec lody szafranowe – zmrożony wytrawny ciągutek, który nie topi się w pustynnym skwarze. Salam!

Materiał ukazał się pierwotnie w numerze 22. magazynu „Zwykłe Życie”. Numer możesz kupić TUTAJ