Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Paula Kozłowska w internecie znana jest pod pseudonimem Kai Kotto – tak nazywa się jej dziewiarski projekt. Paula projektuje tekstylia, dzierga, robi zdjęcia. Zachwyciły nas jej estetyka, spójność i perfekcjonizm. Rozmawiamy o tym, co ją inspiruje, jak pracuje i jakie ma plany na przyszłość 

Lubię oglądać twój instagram, z tego, co wiem, nie ja jedna. Wszystko, co wychodzi spod twoich rąk, wydaje się bardzo spójne. Skąd u ciebie taka estetyka? Kto i co cię inspiruje?

Bardzo dziękuję. Ona chyba kształtuje się we mnie intuicyjnie. Jest w niej pewna tęsknota za czymś minionym, spokojnym, nieoczywistym. To dotyczy także przedmiotów i ubrań, jakimi chciałabym się otaczać, miejsca, w jakim chciałabym żyć. Te moje projekty są nieco zanurzone w przeszłości. Wywołują we mnie czasem jakieś wspomnienia z dzieciństwa. Sama forma wełnianej kamizelki, która zdominowała moje wyroby, jest czymś niedzisiejszym, a w moim mniemaniu uroczym. Daje ciepło, dosłownie i, mam nadzieję, w przenośni. Chęć przywołania tego, co dawne, pojawia się także w technikach dziewiarskich, jakimi się posługuję. Przywrócenie tak popularnej w latach 80. i 90. intarsji stało się dla mnie pewnym wyzwaniem. Inspirują mnie projekty Sirkki Könönen, Kaffe Fassetty, Freddie Robins, a bardziej współcześnie bez dwóch zdań Emily Bode.    

Zajmujesz się dzianiną, wyrobami z wełny, ale też sama projektujesz wzory i szyjesz ubrania. Gdzie się tego wszystkiego nauczyłaś? Jesteś samoukiem czy kończyłaś jakieś kursy? I w ogóle jakie masz wykształcenie?

Skończyłam skandynawistykę w Poznaniu. Równolegle, przez cały okres studiów, biegałam po zajęciach do pracowni pani Ewy, znakomitej krawcowej, która uczyła mnie kroju i szycia. Te umiejętności zdobywałam dla siebie. Miałam bardzo silną potrzebę robienia własnych ubrań samodzielnie. A od czasu do czasu te umiejętności przydawały się też na innych polach, jak wtedy, gdy uszyłam dla naszej katedry zestaw tradycyjnych strojów na Dzień Świętej Łucji, które co roku wspólnie obchodziliśmy. Przez jakiś czas studiowałam też w Krakowie konstrukcję i modelowanie odzieży. Podstaw robienia na drutach i szydełkowania nauczyła mnie babcia, kiedy byłam nastolatką, i od tamtego czasu z drutami się nie rozstaję. Potem rozwijałam się już w tym zakresie samodzielnie. Do tej pory najwięcej mojej energii pochłonęło opanowanie pracy na maszynie dziewiarskiej. Ona należy w zupełności do tych minionych czasów, i właśnie to w niej jest piękne. 

Kai Kotto na Instagramie

Jak pracuje się na maszynie dziewiarskiej?

Ach, ta maszyna to wspaniała rzecz. Praca na niej idzie dużo szybciej niż na drutach. Dzianina zawieszona jest na specjalnych wysuwanych igłach, dzięki którym można przerobić cały rząd oczek za jednym zamachem. Każdy z tych rzędów trzeba jednak uprzednio przygotować ręcznie, to znaczy zgodnie ze schematem danego modelu poprzeplatać odpowiednio kolory nitek lub wyprofilować podkrój pachy i szyi, redukując stopniowo liczbę oczek w danym rzędzie.

A na czym polega technika intarsji, o której wspomniałaś?

Intarsja większości kojarzy się pewnie z pracą w drewnie. Tam, aby stworzyć wzory, zestawia się ze sobą różne gatunki i odcienie drewna. Tutaj, analogicznie, wkomponowuje się w dzianinę pola z włóczek wielu kolorów i rodzajów, w taki sposób, aby całość tworzyła zwartą gładką kompozycję. Intarsję określa się inaczej jako wzór wrabiany. Każdy kolejny detal zaplanowanego wzoru, choćby najdrobniejszy, wymaga własnej oddzielnej szpulki włóczki. Czym więcej detali ma obraz, tym więcej tych szpulek się przeplata. Tym właśnie intarsja różni się od techniki żakardowej, gdzie przy zmianie koloru nitkę pobieramy wciąż z tego samego kłębka, przeciągając ją z tyłu wzdłuż robótki. Intarsja daje dużo więcej możliwości i można nią „wymalować” niesamowite rzeczy! Jednak z każdym kolejnym kolorem i szczegółem przybywa pracy.

Cały proces wymaga sporo planowania i przygotowań. Najpierw trzeba stworzyć schemat z rozpisanymi na oczka i rzędy kolorami. Obliczyłam sobie niedawno, że przód mojego swetra to około 35 tysięcy oczek… A każde z nich trzeba odczytać ze schematu, przerobić i odhaczyć! Wczoraj na przykład nie zrobiłam tego odpowiednio uważnie i po trzech godzinach pracy zorientowałam się, że pomyliłam się przy liczeniu oczek i przesunęłam wzór o jakieś 15 centymetrów w lewą stronę. No i koniec: ściągam z maszyny, rozpruwam (choć rozprucie tych wszystkich splątanych kolorów to też nie lada wyzwanie) i zaczynam od początku, włączając sobie od razu jakąś kojącą te wszystkie nerwy muzykę.

Na razie, z tego, co wiem, działasz sama. Planujesz rozwinąć działalność?

Działam sama, bo Kai Kotto to dla mnie raczej osobisty projekt, nie marka. Pozwalam sobie na dużo, może zbyt dużo, swobody w tym, co robię. Działam nieregularnie, bardzo po swojemu, pod wpływem inspiracji. Poczucie presji sprawia, że, pewnie inaczej niż u niektórych, nie potrafię iść do przodu. Tworzenie tych dzianin to realizowanie moich potrzeb. Każda z nich to efekt pracy moich rąk. O to mi właśnie w tym wszystkim chodzi i pilnuję, żeby to się nie zmieniło. Połączenie intarsji z haftem, moje kolory, łączenie w jednym projekcie różnych włókien uniemożliwia produkowanie swetrów w dziewiarni. Ciężko byłoby mi też znaleźć kogoś do pomocy w pracy nad dzianiną, bo, oprócz Marty z Dziane w Łodzi, nie znam w Polsce nikogo, kto pracuje na maszynie dziewiarskiej w technice intarsji. W tej sytuacji ciężko mówić o skalowaniu działalności. Przygotowuję też sukienki i tu jest nieporównywalnie łatwiej, bo szycie przekazuję szwalni. 

Rozwój planuję cały czas: mój własny, ten osobisty, rozwój umiejętności rzemieślniczych, umiejętności prowadzenia dobrego, szczęśliwego życia i osiągnięcia wewnętrznego spokoju. Także rozwój dotyczący powołania do życia moich zgromadzonych pomysłów na projekty. Ten mój zbiór rozrasta się przecież tak powoli… Ale stworzenie jednego wzoru pochłania bardzo dużo czasu. Niekiedy aż mnie to przeraża. Tym bardziej że mam całe mnóstwo leżących w kącie wzorów, które okazały się rozczarowujące. Dzianina zawieszona jest na igłach maszyny prawą stroną do wewnątrz. Dziergając godzinami rząd za rzędem, nie mam pełnego wyobrażenia o tym, co się dzieje na przodzie. Żeby zobaczyć gotowy wzór w całej okazałości, muszę czekać cierpliwie wiele godzin. Albo radość, albo rozczarowanie… Czasem poczucie, że straciłam dni czy tygodnie na coś, co nie wyszło, że stoję w miejscu, powoduje, że tracę entuzjazm, odchodzę od maszyny i szukam pokrzepienia. Na szczęście po chwili przychodzi jakiś błysk, impuls, potrzeba pojawia się na nowo i znów zaczyna się cały przyjemny proces zanurzenia się w kolory i miękkie wełny. Ta fizyczna praca przy maszynie, odłączenie się od wszystkiego, cierpliwe skupienie się na dzianiu są dla mnie same w sobie bardzo uspokajające. 

Jak formalnie funkcjonuje twoja firma i czy to jedyne twoje zajęcie zarobkowe?

Tak, postanowiłam poświęcić się tylko tej pracy. Jeszcze kilka lat temu nie wierzyłam, że mogę w życiu zajmować się tylko tym, czym naprawdę chcę, tym, co jest moje i dla mnie wartościowe. Byłam naprawdę szczęśliwa, kiedy w końcu, wraz z kolejnymi napływającymi zamówieniami, dałam sobie przyzwolenie na podjęcie tej decyzji i prowadzenie działalności. 

Jak wygląda twój przeciętny dzień? Pracujesz w domu czy masz pracownię?

Wielogodzinne siedzenie przy maszynie przypłaciłam bólami kręgosłupa, które zwalczam codziennymi porannymi zajęciami jogi. Przynosi mi to wielką ulgę i jest słusznym rozpoczęciem dnia. A potem długo siedzę przy śniadaniu i kawie. Koło 10 siadam do maszyny, gromadzę wokół siebie wszystkie potrzebne do dziania akcesoria, jak igły pomocnicze, obciążniki i grzebienie, żeby mieć wszystko pod ręką i nie szukać ich później w trakcie pracy. Realizuję zamówienia, a w luźniejszym okresie, na który zawsze czekam z utęsknieniem, nowe projekty. Pracuję w mieszkaniu na Mokotowie, co bywa uciążliwe, bo maszyny dziewiarskie i do szycia zajmują mnóstwo miejsca. Poszukiwania wymarzonej pracowni trwają.

A co z odpoczynkiem?

Jestem trochę na bakier z dyscypliną pracy i łatwo zaciera się u mnie granica między pracą a odpoczynkiem. Kiedy już siadam nad swetrem, to siedzę dopóty, dopóki bolący kręgosłup nie powie mi, że pora kończyć, czasem do późnej nocy. To jest taki typ pracy, w którym człowiek skazuje się na pewną samotność, pogrąża się głęboko we własnych myślach. Ale lubię te chwile, siedzenie sam na sam z dzianiną. Kiedy już tymi myślami jestem trochę zmęczona i za bardzo doskwiera mi cisza, lecę w podcasty, ostatnio w świetne audycje radia Kapitał. A gdy już ogarnia mnie zupełne znużenie, nitki zaczynają się plątać w dłoniach, a nadgarstki bolą, wychodzę na chwilę do pobliskiego parku, żeby popatrzeć na biegające pieski. Albo spotykam się z przyjaciółmi. W międzyczasie oczywiście robię takie standardowe rzeczy jak wysyłki i odpisywanie na wiadomości.   

No właśnie, siedzenie przy maszynie to nie wszystko.

To siedzenie przy maszynie, podążanie za kolejnymi rzędami wzoru, choć lubię to najbardziej, stanowi tylko jeden z etapów pracy. Na półce obok stale powiększa się kupka rzeczy czekających na zszywanie, haftowanie, wplatanie dziesiątek sterczących na lewej stronie nitek, blokowanie (czyli nadawanie formy częściom swetra na mokro, na macie, jeszcze przed zszyciem). Nowe wzory czekają w kolejce na rozpisanie na oczka i rzędy. Często zabieram to wszystko, oprócz blokowania, gdzieś ze sobą, w milsze okoliczności albo w podróż. Nie potrafię już siedzieć bezczynnie, bez dzianiny w rękach. Kiedy zdarzy mi się w pośpiechu zapomnieć o zabraniu ze sobą pracy, na przykład do pociągu, ręce chodzą mi jak szalone! 

Tekst ukazał się pierwotnie w numerze drukowanym „Tradycja”, który możesz zamówić tutaj