Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

„Nie mam problemu z tym, że docelowo rzecz, którą zaprojektowałam, rzadko kiedy zostanie z człowiekiem na dłużej. Uważam wręcz, że to jedna z jej zalet”. Z Polą Salicką, projektantką zaangażowaną w tworzenie z myślą o środowisku naturalnym, rozmawiamy o szukaniu bio-alternatywy dla plastiku i codzienności na indonezyjskiej plantacji kokosów.

Mateusz Bzówka: Gdy ktoś opowiada, że wrócił ostatnio z Azji, to zwykle jest to historia o egzotycznych wakacjach i pełnej przygód wyprawie życia. Jednak w twoim przypadku ciężko jest mówić o typowych wakacjach z pocztówki. Pojechałaś na misję.

Pola Salicka: W zeszłym roku na uczelni, na której studiuję, szwedzkiej School of Industrial Design w Lund, w wyniku rozmów z osobami związanymi z plantacjami palmy kokosowej w Indonezji powstał pomysł projektu, którego głównym celem było zaproponowanie nowych zastosowań dla odpadu lokalnego rolnictwa, czyli… włókna z łupiny kokosa. Nasza przygoda rozpoczęła się od badania terenowego u źródła – w prowincji Riau na Sumatrze, która jest największym światowym eksporterem kokosa. Poleciałyśmy tam w kilkuosobowym międzynarodowym składzie i przez dwa tygodnie obserwowałyśmy, jak wygląda codzienność rolników i ekosystem terenów plantacji.

MB: I jak wrażenia?

PS: Pierwszy tydzień spędziłyśmy w stolicy Indonezji – Dżakarcie. Był to czas aklimatyzacji w innej strefie czasowej, kulturze, dostosowywania się do innego stylu życia. Sam transport w jednym z najbardziej zakorkowanych miast świata był pewnym wyzwaniem, na dojazd przeznaczałyśmy zazwyczaj dwie godziny. Odwiedzałyśmy lokalne firmy i zakłady wykorzystujące elementy kokosa – skorupę do produkcji „kafelków”, włókno do prasowanych płyt budowlanych. Okazało się też, że czeka nas część oficjalna wyjazdu – spotkania w ministerstwach i z lokalnymi władzami. Rzeczywiście nasz pobyt otarł się o wspomnianą przez ciebie misję. Nasze zainteresowanie użyciem odpadów rolniczych prowokowało rozmowy o stanie środowiska i potencjale lokalnych zasobów naturalnych. Kolejny tydzień spędziłyśmy już na terenach uprawy palmy kokosowej na Sumatrze. Mieszkałyśmy w jednym z portowych miasteczek i codziennie, kanałami, na długich łodziach motorowych, przemieszczałyśmy się w głąb lądu, aby rozmawiać z rolnikami i zarządcami plantacji. Podpatrywałyśmy, jak to wszystko wygląda od środka.

MB: A jaki miałyście kontakt z mieszkańcami i jakie jest zwykłe życie na plantacji?

PS: N plantacjach kokosa obowiązuje kilka modeli pracy. Jednym z nich jest system, w ramach którego rolnicy zatrudniani są sezonowo, mieszkają z rodzinami w domu na plantacji i pracują na wyznaczonym terenie. Są w zasadzie samowystarczalni, choć dosyć wyizolowani. W dogodniejszej sytuacji znajdują się mieszkańcy pobliskich wsi, gdzie w zasadzie każdy zajmuje się uprawą palmy. To zorganizowane obszary ze szkołą, meczetem, sklepem, a co za tym idzie, życiem towarzyskim. Na miejscu miałyśmy kilku przewodników – właścicieli plantacji i członków indonezyjskiej organizacji zrzeszającej plantatorów palmy. Wszyscy byli niezwykle pomocni i otwarci. Jak to zazwyczaj bywa w małych społecznościach, wszędzie przyjmowano nas z ogromną gościnnością, szykowano wielkie pyszne posiłki, które jedliśmy wspólnie z gospodarzami i ich rodziną. W takim miejscu zależność od natury, ale również jej chojność są bardzo namacalne – wszystkie składniki naszych posiłków pochodziły z ogrodów i miejscowych upraw, na czele z wodą kokosową. Płyn z kokosa jest tam głównym napojem, znacznie łatwiej dostępnym niż czysta woda. Paradoksalnie ma to duże korzyści zdrowotne, ponieważ woda kokosowa natychmiast chłodzi organizm w czasie upału i jest bogata w minerały. Palma kokosowa jest w zasadzie magiczną rośliną. Każdy jej element można wykorzystać, przetworzyć, zjeść albo wypić.

MB: Lecąc do Indonezji, miałaś pomysł, jakąś wstępną wizję tego, co możesz tam zrobić? Leciałaś w końcu z uczelni, w ramach studiów.

PS: Szykując się do wyjazdu, oczywiście zrobiłam research pod kątem morfologii palmy, produkcji żywności, ale i kwestii związanych ze skalą i dystrybucją kokosa. To, co uderzyło mnie najbardziej, gdy dojechałyśmy na miejsce, to zupełny brak systemu zbierania i utylizacji śmieci. Nie mówię tutaj nawet o segregacji odpadów i recyklingu, tylko o braku klasycznych wysypisk czy spalarni śmieci. W dużych ośrodkach miejskich, takich jak Dżakarta, system zbierania i wywózki odpadów oczywiście istnieje, ale im dalej od miasta, tym bardziej zaniedbana jest ta kwestia, odpady lądują na ulicy lub wrzucane są do wody, jak w próżnię. W miasteczkach portowych Sumatry, które poprzecinane są siecią kanałów, wszystko powraca z ruchem fal i kumuluje się przy brzegu, tworząc plastikowo-organiczną pokrywę na powierzchni wody. W większości są to śmieci typowo jednorazowe – reklamówki, sztućce, tacki, kubeczki i inne opakowania po żywności „na wynos”, produkt uboczny kultury street food. Doświadczanie tego wszystkiego jako codzienności mojego pobytu było zdecydowanym impulsem do podjęcia tematu. Obserwując, jak szerokie zastosowanie mają odnawialne zasoby naturalne wyspy, czułam, że potencjalne remedium mogłoby bazować na tym, co lokalne, dostępne i powszechne, a co za tym idzie, tanie.

MB: Gdzie jednak w tym wszystkim kokosy?

PS: Orzech kokosa składa się z trzech warstw: jadalnego miąższu, zdrewniałej skorupy wewnętrznej oraz włóknistej łupiny zewnętrznej. W Indonezji przemysł skoncentrowany jest wyłącznie na przetwarzaniu jadalnych części kokosa – wody i miąższu. Zewnętrzna warstwa staje się produktem ubocznym tego procesu, po oddzieleniu od reszty kokosa zostaje na plantacjach, gdzie piętrzy się wzdłuż kanałów. W celu zwolnienia miejsca hałdy łupin są rutynowo palone, co dodatkowo powoduje emisję dwutlenku węgla. Palmy kokosowe rosną na podobnej glebie torfowej co palmy olejowe, a ta jest niezwykle łatwopalna, więc w porze suchej zdarzają się pożary pochłaniające wielkie tereny.

MB: Czy uprawa palm kokosowych jest równie wyniszczająca dla środowiska co uprawa palm olejowych?

PS: Indonezja jest największym eksporterem kokosa na świecie, więc to ogromna skala, ale wciąż nie tak duża jak produkcja oleju palmowego. Główna różnica polega na tym, że plantacje kokosa są stosunkowo stare i na razie nie karczuje się pod nowe kolejnych połaci dżungli. Oczywiście, jeśli palma kokosowa stanie się równie popularna jak palma olejowa i wzrośnie popyt na produkty „kokosowe”, to sytuacja może się zmienić. A to powoli się dzieje. Olej kokosowy staje się coraz bardziej popularny – jest wykorzystywany, zresztą podobnie jak olej palmowy, jako roślinny zamiennik dla tłuszczy zwierzęcych, zarówno w przemyśle spożywczym, jak i kosmetycznym. Zobaczymy, co będzie za jakiś czas. Głównym zagrożeniem przy obydwu rodzajach plantacji jest z pewnością ogień. To, co na miejscu zostaje palone i postrzega się jako „odpad” plantacji kokosowych, tak naprawdę może być, i jest, cennym surowcem. Łupiny składają się z włókna, jednego z mocniejszych w przyrodzie. W prowincji Riau znajduje się tylko jeden zakład przetwarzający włókno, który skupuje łupiny za bardzo niską cenę. Znów więc brakuje infrastruktury, są za to niesamowite zasoby i często wyrażana chęć działania, wytwarzania produktów o dodanej wartości, a nie jedynie eksportowania surowca.

MB: Czym zatem jest Kelapack?

PS: To projekt, nad którym pracowałam wspólnie z koleżanką z roku, Ruhan Chen. Kelapa to po indonezyjsku kokos, a kelapack to bioplastik pochodzenia naturalnego. Pomysł, aby z czegoś organicznego zrobić plastik, nie jest oczywiście zupełnie autorski. Zarówno duże firmy, jak i środowisko naukowe od dawna badają właściwości różnych organicznych materiałów, w tym odpadów poprzemysłowych, które mogłyby stać się alternatywą dla ropy. Od strony praktycznej, bez zagłębiania się w chemiczne szczegóły, receptury i proporcje, kelapack to mieszanka skrobi z tapioki (cassavy), proszku z alg, który nadaje masie plastyczności, oraz włókna kokosowego, które wzmacnia materiał i trzyma daną formę w ryzach. Postanowiłyśmy odnieść się bezpośrednio do głównego źródła konsumpcji tradycyjnego plastiku, czyli opakowań na jedzenie. Kelapack jest serią naczyń jednorazowego użytku, w której skład wchodzi kubek, miska, talerz i talerzyk na sos.

MB: Ciekawi mnie, jak wasze eksperymenty wyglądały w praktyce.

PS: To była kolejna podróż! Wracając z Indonezji, przywiozłyśmy ze sobą wielką torbę włókna, to był nasz materiał bazowy. Zaczynałyśmy od prób w mojej kuchni, mieszając i gotując składniki, modyfikując proporcje, szukając sposobu na równomierne schnięcie. Po dojściu do zadowalającego efektu w takich warunkach udało nam się przenieść do laboratorium wydziału technologii żywienia w Lund. W dopracowaniu odpowiedniej konsystencji i właściwości materiału pomógł nam dostęp do kilku maszyn i oczywiście coraz większe rozeznanie w obszarze, w którym przecież nie mamy wykształcenia. Bardzo ciekawym procesem było opracowanie samej technologii wytwarzania naszych naczyń. Zrobiłyśmy formy, które kilka razy modyfikowałyśmy, jednak największą trudnością okazało się samo zdejmowanie ostatecznych obiektów z kopyta. Od początku naszej drogi za główne założenie przyjęłyśmy pełną biodegradowalność materiału, zamierzałyśmy opierać się jedynie na naturalnych składnikach. Jeżeli jednorazówki mają skończyć w morzu po użyciu, niech przynajmniej nie będzie to szkodliwe. Dużo radości przyniósł nam etap prób z kolorami, podczas którego korzystałyśmy tylko z naturalnych barwników, jak czerwona kapusta, burak, cebula, szpinak czy węgiel kokosowy.

MB: Od zawsze interesowało cię materiałoznawstwo?

PS: Ostatnio zorientowałam się, że zawsze było mi bliskie, choć może nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę. W zasadzie prawie zawsze podczas pracy nad danym zagadnieniem problemowym wychodziłam od materiału, wiedziałam, że chcę zgłębiać dane właściwości i sposoby obróbki. W przypadku Kelapacku było podobnie, chociaż pomysł na to, co można z niego wyprodukować, narodził się praktycznie równolegle. To w zasadzie wyjątkowa i fascynująca sytuacja, w której mogę empirycznie prześledzić cały proces powstawania obiektu – od drzewa palmowego po technologię produkcji. Teraz, gdy materiały zyskują nowe znaczenie, także to negatywne, a dziedzina ta nieustannie się poszerza, podchodzę do nich z jeszcze większym szacunkiem. Za każdym z nich kryje się złożona historia, a o ich funkcjach można mówić w bardzo różnych kontekstach, bo zarówno w społecznym, jak i kulturowym czy geopolitycznym.

MB: Rozumiem powody, dla których zajęłaś się tematem bioplastiku. Ale zastanawiam się, czy kończąc studia na Wydziale Wzornictwa na warszawskiej ASP, nie myślałaś o tym, żeby zająć się projektowaniem czegoś o znacznie dłuższym życiu niż naczynia jednorazowe. Na swoim dyplomie pokazywałaś przecież mebel.

PS: Kelapack jest pierwszym moim projektem, który wyraźnie podąża w stronę świadomego projektowania dla środowiska. To doświadczenie upewniło mnie, że chciałabym iść w tym kierunku, że wręcz jest to jedyna słuszna droga. Czas życia danego produktu to bardzo ciekawa kwestia. Nie mam problemu z tym, że docelowo rzecz, którą zaprojektowałam, rzadko kiedy zostanie z człowiekiem na dłużej. Uważam wręcz, że to jedna z jej zalet. Kelapack wciąż jest w fazie testów i prototypowania. Pracujemy nad tym, aby materiał był dokładnie tym, co sobie założyłyśmy, czyli realną alternatywą dla ropopochodnego plastiku w produkcji jednorazówek. Dlatego to, co do tej pory z niego powstało, nazywam obiektami, nie są to jeszcze jednak naczynia, które można wziąć ze sobą na piknik. Prawdziwe testy wytrzymałości, zużycia i czasu rozkładu są dopiero przed nami i będzie to kolejny ciekawy proces. Na ten moment są to raczej obiekty służące wizualizacji pewnej idei. Mam nadzieję, że uda nam się doprowadzić ten projekt do momentu, w którym ktoś, najlepiej jakaś lokalna firma z Indonezji, zainteresuje się nim na tyle poważnie, żeby wprowadzić go do produkcji przemysłowej. Może nie dla nas, w Europie, ale tam, gdzie rosną palmy kokosowe? Kilku osobom już się to udało, mamy przecież tacki z prasowanych liści bananowca, siatki ze skrobi kukurydzianej, plecaki i buty z włókna ananasa czy nasze polskie talerze z otrębów zbóż. Bioplastiki na bazie lokalnych surowców powoli stają się codziennością. A to rozwiązanie dobre dla każdej ze stron.

Wywiad ukazał się pierwotnie w numerze 19 ZŻ „Ambicja”

do kupienia tutaj