Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Miłość nie jedno ma imię a „everybody [should!] SAY LOVE!” dlatego publikujemy fragment powieści Sebastiana Barry’ego „Dni bez końca” od wydawnictwa W.A.B. Miłej lektury!

ROZDZIAŁ 16

Powiadają, że to najmroźniejsza zima w dziejach świata. I chyba tak jest. John Cole mówi, że jeśli coś się szybko nie wydarzy, klnie się na Boga, że umrze. Odpowiadam, że John Cole nigdy nie umrze i że podpisał się nad kropkowaną linią, więc musi się tego trzymać. Ale widzę, że nie jest z nim najlepiej. Sra wodą, a jak idziemy na wschód do latryny, musimy się na sobie podpierać. Jesteśmy tylko dwoma chłopakami pośród tysięcy. Nikomu się nie przelewa. I szlachetnym chłopcom, którzy triumfowali w zażartych bitwach, i tchórzom z ich tchórzliwymi postępkami ukrytymi w bezczasowej mgle wojny – wszyscy są równi pod słońcem i księżycem Andersonville. Homer Sprague, który, jak przypuszczam, jest królem tego zakazanego bajzlu, też głoduje. Co dziwne. Wszyscy strażnicy i rebelianci przy ogrodzeniu chudną. Na Boga. Na Południu nic już nie ma, mówią. Unia spaliła jesienią wszystkie zbiory, spaliła ziemię, spaliła domostwa tych ludzi. A mimo to opowiadają nam, upadłym, o wielkich zwycięstwach i o Richmond, które nie poddało się jak Vicksburg. Zresztą mogą nam mówić, co chcą, bo i tak nie poznamy prawdy. A sami wierzą we wszystko, co mówią. A my bolejemy, musząc tego słuchać.

Czy ten piękny świat widział kiedyś tak długi rabosz cierpienia? Są z nami chłopcy zewsząd, przeważnie ze Wschodu, ale też z kilku stanów, które graniczą z Kanadą. Są z nami farmerzy, bednarze, stolarze, osadnicy. Kupcy i markietanie służący sprawie Unii. Teraz są takimi samymi obywatelami. Nękanymi przez głód i przeorywanymi przez choroby. Mamy tu wspaniałe przypadki puchliny, szkorbutu i ospy. Mamy bóle w piersiach, kościach, dupie, stopach, oczach i twarzy. Wielkie złośliwe wysypki czerwieni znaczące setki twarzy. Ciała dręczone przez tasiemce, wszy i miliony robali. Ludzi tak chorych, że umierają na śmierć. Silnych na początku, których trudno jest zabić. Nie wolno chować jedzenia, trzeba je wepchnąć do gardła zaraz po wyfasowaniu, bo inaczej je ukradną. Obywamy się prawie bez kart, bez muzyki, tylko cicho, uparcie cierpimy. Szczęściarzom odbiera rozum. Innych zabijają po przekroczeniu linii śmierci – rzędu białych patyków pod ogrodzeniem. Nie wiedzą, gdzie są. Stoją brodaci, oniemiali, oszalali, gapiąc się w wejścia do namiotów. Stoją tak przez długie tygodnie, a potem kładą się na cały dzień. Czarni – Jaś Rebeliant szczerze ich nienawidzi. Czterdzieści batów dla rannego. Podchodzą i strzelają im w łeb. John Cole otwiera usta, ale uciszam go raz za razem. 

Potem Abe może poczuł się winny, nie wiem, bo wypuścił z Illinois kupę rebeliantów i spłukał ją z powrotem na południe, taką samą kupę naszych posłano na północ. Pan Lincoln w końcu ma rację, bo jesteśmy tylko szkieletami odzianymi w łachmany. W migotliwej w naszych marzeniach Georgii zostały jednak tysiące. Dan FitzGerald nie dostał wymówienia i musieliśmy uścisnąć mu dłoń na pożegnanie. Chłopakowi, który doświadczył siedmiu rodzajów rzezi. Wszystkie te twarze, których nikt nie ocali, skazane na śmierć. Leżymy obok siebie w otwartych wozach i czujemy, jak klekoczą nam kości w jakiejś dziwnej melodii. Gdy wjeżdżamy w granice Unii, ładują nas do karetek, które toczą się na północ. Wszędzie widać wojenną biedę. Wygląda na to, że chcemy zetrzeć Amerykę z mapy świata. Farmy w ruinie, spalone miasta. Zdaje się, że pod naszą nieobecność nastąpił koniec świata. John Cole wygląda spokojnie spod brezentu karetki. Czarnymi jak rzeczne kamienie oczyma. To nie łzy, których nie może powstrzymać, tylko wilgotne oczy. Tak myślę. To, kim byliśmy, połamano kołem, ale wciąż chcemy zobaczyć Winonę. Tylko ją mamy. Pan McSweny przeniósł się w górę rzeki, bo kopalnie gipsu zabierają ziemię. Nad brzegiem ma dom na czterech palach. Dwa pokoje i weranda, żeby patrzeć na dzień. Winona ma już dwanaście lat, może więcej, i kiedy nas widzi, nie mówi nic, za to jej buzia mówi wszystko. Chłopcy wnoszą nas do środka i kładą do łóżka. John Cole ma tak wychudłe oblicze, że można po nim poznać, jak będzie wyglądał w grobie. Jesteśmy na wpół żywi, lecz chcielibyśmy wrócić na ten świat. Powiadają, że istnieje aż sześć bram miłosierdzia, i mamy nadzieję, że któraś się przed nami otworzy. Bo sami mamy tyle siły, co kurze jajko. Pan Noone przyjeżdża w odwiedziny, patrzy na nas i wybucha płaczem. Przy samej brudnej wodzie. John Cole wybucha za to śmiechem i mówi: Nie jest tak źle, Titus. Na Boga, odpowiada pan Noone, sam to wiem, ale łatwo się wzruszam. Wszyscy minstrelsi, kobiety i mężczyźni, przynoszą nam placki i ciasta. Rozpuszczają nas, żebyśmy odzyskali siły, to pewne. Może pokażcie nas w przedstawieniu, żartuje John Cole. Niesamowite Żywe Szkielety. Tego nie zrobię, stwierdza Titus Noone, tego nie zrobię. Oczywiście, że nie, potwierdza speszony John Cole. Nie zrobię tego, powtarza pan Noone. Napisał do nas major Neale, dowiedział się, że nas wypuszczono, i przesyła nam najlepsze życzenia. Pisze dalej, że przed rokiem znalazł panią Neale i dziewczynki w dobrym zdrowiu, więc one też przesyłają życzenia. Wojna, pisze, zdjęła pęta z Zachodu i wszędzie wybuchają ruchawki i niepokoje. Starling Carlton wrócił na służbę i dobrze się miewa, dochrapał się stopnia sierżanta w prawdziwym, jak pisze major, wojsku. Więc musi być prawdziwe i nieprawdziwe. Wszystko nad tą rzeką w Grand Rapids wygląda jak we śnie. Miesiące, przez które Winona nas pielęgnuje. Nadchodzi dzień, kiedy wkładamy w końcu odzienie, a John Cole śmieje się z tego, jak na nas trzepocze. To komiczne. Ale powoli znów stajemy się mężczyznami, a nie upiorami, którymi można straszyć dzieci. Mijają następne miesiące i siadamy przy jadalnym stole, a potem na werandzie w uzdrawiającym słońcu. Zaczynamy odczuwać normalną chęć do życia. Kierujemy myśli ku przyszłości. Pewnego ranka idziemy żółwim krokiem do zakładu fryzjerskiego Eda Westa, żeby zgolić brody. Człowieku, nie wyglądamy jak John i Thomas, o nie. W każdym razie nie ci, których znaliśmy. Wyglądamy staro i obco, a przecież, o ile wiemy, nie mamy jeszcze trzydziestu lat. Każdy człowiek ma prawo przeklinać ten świat, ale my z tym nie przesadzamy. Bo na początek wygląda na to, że John Cole i ja jesteśmy ze sobą zszyci na dobre. To wspaniałe! Jakim cudem wydębiliśmy Winonę z życiowych burz, tego nikt nie wie, ale Winona mówi to samo i mówi, że to prawdziwe szczęście, że wróciliśmy do domu. To brzmi lepiej niż klekot naszych kości na wozie. Miarkujemy żyć dalej. Czemu nie?

Wnosząc z pożerania brzegu rzeki przez kopalnie, można by przypuszczać, że Grand Rapids będzie miało się świetnie, dopóki trwa ta straszna wojna. Ale nadchodzi dzień zawieszenia broni, a w naszym niewielkim mieście wybucha radość, lecz my wiemy, ilu nigdy nie wróci i że nie będzie takiego zapotrzebowania na to, co się tu wydobywa. Zapada cisza jak w bezludnym lesie, jaki porastał kiedyś brzegi starej Missouri, po której pływa teraz ludzka materia. Wszystko zamiera, sklepiki pustoszeją, a chodniki stają się wybiegami dla starców. Pan Noone musi zamknąć podwoje, a jego błyskotliwe plemię rozjeżdża się na wszystkie strony. Titus Noone wydaje się zaskoczony, trzyma ręce głęboko w kieszeniach. Kocha swoich artystów jak dzieci i boli go strasznie, że musi pozwolić im odejść. Ale bez publiczności nie ma zarobku. 

W świątyni o nazwie Bartram House głosi kazania na wpół ślepy pastor, wkładam najlepszą sukienkę i biorę ślub z Johnem Cole’em. Wielebny Hindle wypowiada magiczne zaklęcia, John Cole całuje pannę młodą i zaraz jest po wszystkim, i nikt się nie domyśli. Możecie przeczytać w księdze parafialnej, że John Cole i Thomasina McNulty zostali związani węzłem małżeńskim siódmego grudnia roku pańskiego 1866. W powojennej euforii doszliśmy do wniosku, że potrzebujemy odrobiny szaleństwa. Wiemy na pewno, że Bóg nie miał nic przeciwko temu, bo był przepiękny zimowy dzień, jasny i przejrzysty. Potem w dowód bożych łask dostaliśmy list od Lige Magana. Prowadziliśmy z nim korespondencję, tyjąc w łóżku. Zmaga się z życiem na farmie. Czarni, których uwolnił jego tatuś, stracili życie, powybijani przez tamtejsze pospolite ruszenie, zostało tylko dwóch. Cały kraj jest zrujnowany przez wojnę i wygląda jak nawiedzane przez upiory śmietnisko. Nadchodzący rok nie daje mu spokoju, bo jak ma sam wypalić ziemię w styczniu? Porastała trawą od sześciu lat i czeka na bakun. Jeśli nie mamy innych zobowiązań, czybyśmy nie przyjechali wspomóc go w potrzebie? Pisze, że cały jego zimny okręg jest jak gniazdo żmij i ufa tylko mnie i Johnowi. Nadejdą ciężkie czasy, ale może wykroimy z nich coś dla siebie. Nie ma żadnych innych krewnych prócz nas. Jeśli zdecydujemy się przyjechać, ma nadzieję, że zaopatrzymy się w dobre pistolety, i stwierdza dalej, że karabiny też byłyby nie od rzeczy i po sto nabojów na głowę, jak w wojsku. Chodzi o to, że tamtejsi mają go za zdrajcę, tak jak jego tatusia, i chodzi też o to, że nim jest. John Cole odczytuje ten list na werandzie nad rzeką. Ubraliśmy się ciepło w stare sakowe palta, a na głowach mamy stare czapki z niedźwiedziego futra. Oddech wypływa z nas jak bukiety kwiatów, które więdną w powietrzu. Głęboka rzeka jest czystsza, odkąd zamknęli kopalnie. Zimowe ptactwo śpiewa mądre stare pieśni na zbutwiałych przystaniach nad rzeką. Winona ma na sobie zimową sukienkę i kwitnie jak róża. Stary Ojciec Czas przygląda się nam z kosą i klepsydrą. Pan McSweny pali cygaro za siedem centów. To tytoń z Tennessee, mówi. Dobry.

Namawiamy pana Beulaha McSweny’ego, żeby z nami pojechał, ale mówi, że nie będzie wystawiał na próbę cierpliwości Południa na takich jak on, a poza tym pan Noone nie poradzi sobie bez niego. John Cole jedzie do Muskegon, gdzie armia trzyma dziesięć tysięcy mułów i koni, z którymi nie ma co zrobić po wojnie, i kupuje nam cztery muły praktycznie za nic. Odpowiedzieliśmy na list Ligego, który bardzo się cieszy, że przyjeżdżamy, i prosi jeszcze, żebyśmy dokupili mułów do orania, jeśli damy radę. Pisze, że wszystkie konie zjedzono, bo Tennessee głoduje. Podróż zajmie nam jakiś tydzień. Może dwa. W zależności od tego, co tam zastaniemy. Beulah daje nam dziesięć banknotów dwudolarowych z Erie i Kalamazoo, które zaoszczędził. Nie możemy wziąć od ciebie tych pieniędzy, mówi John Cole. John, odpowiada Beulah, możecie. Mamy też pięć złotych monet i dwa banknoty pięciodolarowe – wszystko, co dostałem po służbie, plus trochę pieniędzy, które był nam winny pan Noone, gdy wyruszaliśmy na wojnę. Nie jest to jankeska fortuna. Czwarty muł poniesie nasz skromny dobytek. Sukienki Winony i moje własne sukienki są nieco nadgryzione przez mole. Suknia, w której brałem ślub, wraca do garderobianej pana Noone’a. John Cole prosi jego krawcową, panią Dinwiddie, żeby wszyła złote monety w spód stanika sukienki, w której Winona chodzi na co dzień. Żeby je ukryć, ale Winona uśmiecha się tylko i mówi, że jej dziadek zrobił dokładnie to samo, gdy dawno temu wybierał się na wojnę. To przynosi szczęście – stare hiszpańskie monety wszyte w strój wojownika. 

Wieczorem pijemy więcej whisky z panem Noone’em i całym towarzystwem, niż jest wskazane. Cudowny wieczór! Pan Noone wygłasza mowę o dawnych czasach i nowych, które nadejdą. Pożegnania i obietnice dozgonnej przyjaźni przechodzą z ust do ust, a oblicza nam pochmurnieją. 

Wygląda na to, że jesteśmy gotowi, żeby pojechać na południe. W Grand Rapids można by rzucić pion, który trafiłby prosto w Paris w Tennessee, więc jedziemy prosto na południe według kompasu, przez Indianę i Kentucky, mówi John Cole. Pan McSweny kiwa głową, jakbyśmy mówili o czymś, o czym już nigdy nie będzie musiał myśleć. Mówi, że najlepiej zrobimy, jeśli zadbamy o Winonę. Pan McSweny będzie miał zaraz ze sto lat, ale nie jest aż tak stary, żeby nie cierpieć przy rozstaniu. Winona chyba głęboko zapadła mu w serce, tak samo jak nam. Winona jest chyba kimś wyjątkowym na tym świecie. Jakąś premią i nagrodą za to, że się żyje. Beulah McSweny wyciąga pomarszczoną brązową rękę i ściska jej gładką dłoń, jasną jak wyheblowana sośnina. Dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłeś, Beulah, mówi Winona. Poeta McSweny opuszcza głowę. Chyba nie musisz mi dziękować, odpowiada. Nie, Beulah, muszę.

Skoro mamy te muły za bezcen, to nie będziemy mogli wsiąść do pociągu jadącego na Memphis. Do dyliżansu też nie da się załadować czterech mułów. Ale wcale nam to nie przeszkadza. Pojedziemy spokojnie, żeby ich nie męczyć. Z przyjemnością pokażę Winonie ten kraj, mówi John Cole. Przekonujemy się, że chyba najgorsze gościńce w całym chrześcijaństwie biegną przez Indianę. Nie mają tu szufli? – pyta się John Cole. Błoto tak głębokie, że muły mają od niego czarne trzewiki. Tak czy inaczej, w miasteczkach Indiany duży ruch, wszyscy zajmują się sobą. Nowe domy. A wokół nienazwana dla nas kraina, choć jak się spodziewam, wszystko ma jakąś nazwę, tyle tylko, że jej nie znamy. Czasem pytamy się tak dla zabawy o nazwę rzeki, przez którą się akurat przeprawiamy, ale to i tak bez różnicy, bo jesteśmy tylko przejazdem. Jedziemy na południe. Ludzie patrzą na nas spod kapeluszy, jakbyśmy nie byli tu zbyt mile widziani. Taplamy się w błocie głównych ulic dziesiątków zabitych dechami mieścin i co jakiś czas ktoś obrzuca Winonę błotem. W jednym takim miasteczku pewien wielki i nalany pijak wyśmiewał się z nas i zapytał, czy podróżujemy z kurwą. Nic w tym nadzwyczajnego. John Cole źle znosi taką gadkę, więc zatrzymuje muła, powoli zsiada z siodła i rusza ku tej wielkiej fujarze. Cóż, tamten ucieka jak gruby królik i nawet piszczy. Łobuzom nie wolno puszczać płazem, mówi John Cole. Będzie miał nauczkę. Potem do nas wraca i przerzuca nogę nad grzbietem czarnego muła. Kiwa głową i jedziemy dalej. Może nieco szybciej niż zazwyczaj, na wypadek gdyby ten gruby odważniak miał jakichś przyjaciół. Winona jest dumna jak paw, bo jej tatuś zrobił to, co należy. Chyba tak. W Indianie zauważamy sporo tego, co nazywają cywilizacją. Teatry. Robi się nam trochę smutno, bo już nie występujemy. Postarzeliśmy się przed czasem, ale wciąż lubimy to, co robiliśmy wcześniej. Jest mi smutno, że nie mogę chodzić w sukni. Zawsze wspominam tę przedziwną ciszę, która zapadała na widowni, i unoszący się w powietrzu zachwyt bez słów. Szalone noce. Dziwny sposób zarabiania na życie, ale przeżyliśmy i to się liczy. Zastanawiam się, czy życie na farmie Lige Magana przywróci nam młodość? Niewykluczone. Pan Noone nigdy o tym nie wspomniał, ale wiedzieliśmy, na czym polega kłopot. Uroda jest domeną młodości. Nie da się tego obejść. Mężczyźni nie uganiają się za jędzami. Choć nie przeszkadza mi, że zostanę matroną, jeśli los tak chce. To spotyka z czasem każdą kobietę. 

Między jednym miasteczkiem a drugim, pośród skutych lodem grudniowych lasów i zamarzniętych farm, Winona śpiewa czasem piosenkę, której nauczył ją Poeta McSweny, jak byliśmy na wojnie. To przydatna piosenka, bo jest długa na dziesięć mil na grzbiecie muła. Żaden człowiek na świecie nie wie, o co w niej chodzi. A nosi tytuł Prześwietny kwiat szambelana. A Winona śpiewa ją tak dobrze jak makolągwa. Titusowi Noone’owi pewnie brakuje jej najbardziej. Winona ukrywa w piersi przeczysty i słodki głosik. Cenny i rzadki, gdy wylewa się każdego roku. Słuchając go, widzi się wokół więcej. Odległą krainę stapiającą się z niebem i okruchy ludzkich gospodarstw rozrzucone po opuszczonych łąkach. Gościniec jest jak przetarty i postrzępiony rękaw między tymi zwykłymi widokami. Jakby dawno temu przebiegły tędy z grzmotem trzy bizony, co wystarcza ludziom z Indiany za drogę. Farmerzy są dla nas milsi od mieszkańców miast, ale w tych powojennych czasach każdy jest czujny i bojaźliwy. Najbardziej przekonująca jest chyba w ich oczach Winona, ale znów się przekonujemy, że Indianie nie cieszą się w Indianie dużym uznaniem. Mijamy zygzakiem bagna i rzeki. Pewnej nocy dojeżdżamy do zrujnowanych zabudowań, z których wychodzi człowiek i mówi nam, że przewiezie nas na drugą stronę rano, ale nie kiwnie palcem po ciemku, bo nie chce osiąść na mieliźnie. Ma w sobie coś ujmującego. Nie boi się nas. Przywiązuje nasze muły do kołków, jakby je dobrze znał, i mówi, że możemy rzucić koce w chałupie. Nie mogę pojąć, dlaczego jest tak przyjazny, lecz potem wszystko się rozjaśnia. Zapaliliśmy z nim, zjedliśmy poczęstunek, głównie małże, a on mówi nam, że jest Szaunisem. Biali dali mu na imię Joe. To kraina Szaunisów, ale większość odeszła stąd przed wielu laty. Paru jeszcze zostało, ale rząd chce ich przepędzić. Słyszeliście kiedyś o Terytorium Indiańskim? – pyta. Tak czy inaczej, siedzi tu obecnie i szukając pereł, wyławia małże z rzeki. Robią z nich guziki do koszul w mieście za rzeką. Niewiele zarabia. Miał trochę ciemniejszą karnację, fakt, choć latem w Indianie wszyscy wyglądają jak Indianie. Potem pyta się Winony, skąd pochodzi, na co Winona mu odpowiada, że jest córką Johna Cole’a, ale wcześniej była Siuksem z Terytorium Nebraski. Mówi coś do niej po indiańsku, ale Winona już nic nie pamięta z dawnego języka. Siedzimy obok nich z Johnem Cole’em, a czas mija za oknem. Zamiast szyby ma w nim rozciągniętą suchą błonę z krowiego żołądka. Mówi, że żonę zabili mu jakiś czas temu renegaci. Tak ich nazywa. Okolica jest niespokojna i początkowo myślał, że i my jesteśmy zabójcami, ale potem dostrzegł dziewczynę. W ładnej sukience, z ładnie splecionym, długim, kruczoczarnym warkoczem. Przypomniał sobie o dawnych czasach, kiedy był młody i wszystko wyglądało lepiej. Chyba nie zabawimy tu długo. Nie był smutny, wypowiadając te słowa. Gawędził. Żeby zabić czas. Stary owdowiały Indianin nad rzeką, której nazwy nie znaliśmy. 

„Dni bez końca”, Sebastian Barry, Wydawnictwo W.A.B, tłum. Jędrzej Polak