Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Projekt „Muzeum w terenie. Etnograficzne reminiscencje filmowe” to projekt Państwowego Muzeum Etnograficznego w Warszawie, który miał za zadanie odszukanie bohaterów wykonanych fotografii i zrealizowanych w przeszłości muzealnych filmów, lub ich potomków i zaprezentowanie zapisów, których nigdy nie widzieli. O realizacji projektu, sile etnografii i rzemiośle, które zapisało się w muzealnych zbiorach, ale też nadziei dla rzemiosła w przyszłości rozmawiam z Małgorzatą Jaszczołt- koordynatorką projektu „Muzeum w terenie”.

Agnieszka Evans: Skąd wziął się pomysł na realizację takiego projektu?

Małgorzata Jaszczołt: Pomysł wziął się właściwie z mojego pytania zadanego Panu Krzysztofowi Chojnackiemu, który był współrealizatorem tych filmów – „czy ludzie występujący na filmach realizowanych techniką analogową na taśmie 16 mm od roku 1967, kiedykolwiek je widzieli. Pan Krzysztof odpowiedział, że oczywiście nie, ponieważ nie było takiej możliwości. Filmy trzeba było wyświetlać na projektorze, trudno było więc pojechać z takim filmem „w teren”, a era cyfrowa miała dopiero nastąpić.

AE: Celem tej etnograficznej reminiscencji jest „oddanie terenowi”. Co dokładnie kryje się za tym sformułowaniem?

MJ: My etnografowie prowadząc badania terenowe na różnorodne tematy, dokumentując teren – korzystamy z zasobów wiedzy ludzi oraz nich samych, oczywiście za ich zgodą. Dzisiaj – jeśli ktoś jest dokumentowany – udostępniamy mu dany nośnik. Kiedyś wywiady po prostu spisywano lub nagrywano na magnetofonach szpulowych, fotografie wywoływano, ale trafiały tylko do zasobów Archiwum Naukowego. Filmy były wyświetlane na np. pokazach w muzeum. Można w pewien sposób powiedzieć, że badając teren i „biorąc” z niego pewne treści powinniśmy w związku z ogólnie znaną i obowiązującą zasadą „do ut des” czyli „dar wymaga odwdzięczenia” – im się „odwdzięczyć”. A to co dają nam ludzie w terenie to jest dla nas pewien dar.

AE: Kim byli bohaterowie zapisanych materiałów i w jakim celu dokonywano zapisów ich rzeczywistości?

MJ: Bohaterami materiałów filmowych i fotografii, które wybrałam do projektu najczęściej byli rękodzielnicy i rzemieślnicy, prezentujący różne procesy technologiczne. Akurat te zapisy fotograficzne i filmowe były uzupełnieniem muzealnych zbiorów z zakresu gospodarki podstawowej i rzemiosł – dopowiadały życie muzealnych przedmiotów.
Przede wszystkim zależało mi na dotarciu do ludzi występujących na filmach lub do ich rodzin oraz do społeczności z danego miejsca – i powiedzeniu im, że dzięki nim to co posiadamy jako muzeum jest bardzo ważne dla naszej instytucji, bo stanowi dziedzictwo narodowe.

AE: Wśród zapisów muzealnych są pokazane bardzo różne rzemiosła takie jak: wyrób przedmiotów drewnianych sztuka kowalska, wypiek pierników, wyrób podhalańskich fajek czy wierszy do połowu ryb, wyplatanie koszyków czy tkanie dywanów dwuosnowowych – dawniej przydatne i prężnie funkcjonujące zawody dziś ginące i zapominane. Konfrontacja z przeszłością pokazała, że ludzie często już się tym nie zajmują. Dlaczego? Czy rzeczywistość nie daje już im szansy?

MJ: Wytwórczość rzemieślniczą i rękodzielniczą w dużym stopniu zastąpiły wyroby fabryczne wraz z postępującym uprzemysłowieniem i zmianami cywilizacyjnymi, które są wpisane w rozwój człowieka. Ale różne gałęzie rzemiosła produkujące na rynek wiejski i małomiasteczkowy wykruszały się sukcesywnie. W Polsce tego rodzaju wytwórczość przetrwała i tak stosunkowo długo, bo w niektórych przypadkach niemalże do końca XX wieku.
Ważną rolę odgrywało określone zapotrzebowanie na dany towar, jak w przypadku narzędzi rolniczych, np. siewnic czy przedmiotów używanych w gospodarstwie domowym, np. niecek do zagniatania ciasta, ale też moda obowiązująca w określonym regionie np. na tkane dywany, stosowane jako kapy na łóżko. I co ciekawe ta właśnie twórczość wyrobu tkanin dwuosnowowych i innych nadal jest żywa na Podlasiu. Ważną rolę odegrała na pewno Cepelia, która zatrudniając rzemieślników różnych specjalności podtrzymywała wiele „dziedzin z porządku codzienności” o potencjale użytkowo-dekoracyjnym mających szansę trafić w gusta odbiorców miejskich w Polsce, ale też i na świecie. Dotyczyło to szerokiego asortymentu z ceramiki – dzbanów, świeczników, kubków, mis talerzy, wyrobów ze skóry, wyrobów drewnianych czy metalowych. Zawsze też było i jest zapotrzebowanie na kosze i koszyki z różnych surowców – najbardziej powszechnej wikliny, ale i słomy, rogożyny czy najrzadziej stosowanego korzenia. Ale niektóre rzemiosła, mające znaczenie dla gospodarstw rolnych, szczątkowo przetrwały samoistnie w bardziej zachowawczych rejonach np. warsztaty powroźnicze czy rymarskie na południu Polski produkujące na własny rynek, drobne wyroby drewniane jak grabie lub kosiska do kos, czy nieliczne warsztaty ludwisarskie wykonujące dzwonki lub ciągle liczne plecionkarskie.

AE: Na szczęście ostatnio wracamy do rzemiosła.

MJ: Mamy XXI wiek – i chyba zmęczeni nadprodukcją fabryczną zaczynamy na powrót doceniać rzemieślniczą jakość i przedmioty, które z pietyzmem wykonuje człowiek, bo w każdej rzeczy zostawia swój ślad – garncarz obraca w rękach każde naczynie, powroźnik gładzi każdy sznur, na każdym kowalskim wyrobie są setki „puknięć” młotkiem trzymanym przez kowala. Na razie nie jest to bardzo duża skala, ale pojawiła się świadomość i refleksja. Kupujemy rzeczy drobne jak wspomniane koszyki, naczynia ceramiczne, drewniane łyżki i tkaniny dwuosnowowe, które mają np. duże powodzenie w Japonii. Modne stały się tradycyjne drewniane zabawki: wiatraczki, koniki, klocki i inne. Wracamy do dawnych rzemiosł także z szacunku do naturalnych surowców, które służą przez lata i są biodegradowalne. Tak więc obserwując współczesne trendy na różnych polach (także zainteresowanie wśród projektantów) widzę jednak nadzieję dla rzemiosła – może nie dla wszystkich gałęzi, bo np. fajek na Podhalu – pomimo tego, iż to piękny „gadżet”, nikt nie wykonuje i nikt nie pali. Ale podczas prezentacji filmu „Folowanie sukna” w Kościelisku usłyszałam głosy, że to wielka szkoda, że nikt już nie foluje sukna metodą tradycyjną, chociaż byłoby zapotrzebowanie z tego względu, że jest „lepsze” niż fabryczne. Więc być może też pewne dziedziny oprócz tych które ciągle są i cieszą się zainteresowaniem, jak garncarstwo czy plecionkarstwo, mają jeszcze szansę na reaktywację, także dzięki działaniom muzealników, którzy posiadając źródła w postaci filmów i zgromadzonych w muzeum obiektów, posiadają też wiedzę na temat danego rzemiosła. Prezentacje projektu „Muzeum w terenie” w różnych punktach w Polsce potwierdziły, że zainteresowanie i chęć wspominania przeszłości w konfrontacji ze współczesnością – jest.

AE: Wracając do tych spotkań, jakie emocje im towarzyszyły?

MJ: Te spotkania zawsze były wzruszające, ponieważ – rodziny nie wiedziały o tych filmach, a oglądanie na dużym ekranie żywych rodziców czy dziadków było dla nich dużym przeżyciem
Dzięki współpracy z partnerami w terenie i znanym nazwiskom bohaterów udało się odszukać czterech rzemieślników, w pozostałych przypadkach znalazły się rodziny występujących. Emocji było dużo, przyjęcia bardzo serdeczne. Rodziny były wzruszone i słyszało się w czasie projekcji np. „a taki był dziadek, taki prawdziwy”. Jeden z odszukanych ponad 80-letni Pan nawet się popłakał wspominając swoją pracę, którą kochał. Pozostali bardzo byli zadowoleni, że mogą obejrzeć te materiały. Trochę im tylko brakowało dźwięku, jeśli były nieme, ponieważ nie wszystkie filmy są udźwiękowione.

AE: Czemu miało służyć skonfrontowanie rzeczywistości z tym co było kiedyś?

MJ: Muzeum jest instytucją długiego trwania. Ma zasoby, które z założenia mają tu być przechowywane „na zawsze”, co dotyczy także materiału fotograficznego i filmowego. Na pewno warto jest konfrontować przeszłość i teraźniejszość, żeby uchwycić zmiany. Ta relatywność pozwala wychwycić pewne zjawiska ze świata przeszłego w nawiązaniu do współczesności. Taka też jest praca z kolekcją, polegająca na szukaniu odniesień, nawiązywanie do niej, dopełnianie.
W tym projekcie chcieliśmy także dotrzeć konkretnie do miejsc w których filmy były realizowane, zobaczyć, jak one wyglądają w tej chwili i okazywało się bardzo różnie, np. nadal stoją dwie kuźnie zarejestrowane na filmach – w jednej syn zmarłego kowala „coś czasem klepie”, druga której właściciel żyje, ale chciałby ją sprzedać. Bywało, że miejsca były do rozpoznania z zachowanymi narzędziami, ale bywało też, że były diametralnie zmienione, bez śladów przeszłości. Niektóre rodziny pielęgnowały przeszłość, ale często bywało, że ta przeszłość znikała wraz z tymi którzy odchodzili i nie zostawała żadna rzecz wytworzona przez występującego na filmie rzemieślnika.

AE: Zofia Sokolewicz w artykule Eko-muzeum i współczesność: wspomnienie o Piotrze Szackim [Etnografia Nowa 01.2009], napisała, że etnografa interesują najzwyklejsi ludzie i że to zasadniczo odróżnia go od historyków sztuki.

MJ: Warto zaznaczyć, że samo pojęcie „zwykłości” nie jest kategorią etnograficzną, pochodzi z języka potocznego, ale tak się powszechnie uważa i na pewno jest to część prawdy, ponieważ etnografia w dużym uproszczeniu wyrosła na gruncie zainteresowania – „ludami pierwotnymi, ludnością rdzenną, i chłopami” – dzisiaj mówimy o społecznościach lokalnych, nie ograniczając się tylko do tych wymienionych. Dlatego to zainteresowanie i podejście nauki przewartościowało się i etnografa interesuje potencjalnie „każdy człowiek”, który jest twórcą i uczestnikiem kultury. Ale rzeczywiście – my etnografowie pracujący w muzeach etnograficznych chyba znacznie częściej – ze względu na profil naszych kolekcji jeździmy „w teren” na wieś lub do małych miasteczek i spotykamy „zwykłych ludzi”, którzy są rolnikami lub rzemieślnikami. Dzisiaj nie stosujemy już pojęć rozróżniających na „warstwy wyższe i niższe” czy też „sztuka niska i wysoka” – i z tą drugą i z artystami akademickimi mają do czynienia historycy sztuki. Ale znamy też artystów profesjonalnych i historyków sztuki zafascynowanych twórcami nieprofesjonalnymi, więc chyba nie można tak kategoryzować. Zastanawiam się – co dzisiaj znaczy „zwykły człowiek” …?

AE: No właśnie, kim jest ten „zwykły człowiek”?

MJ: Dla mnie to człowiek „prawdziwy” kimkolwiek by nie był. Tacy są – chyba nawet nie ulegając wielkiej idealizacji – rzemieślnicy: wykonujący swoją pracę z sercem, z przekonaniem, rzetelnie, solidnie, „tak jak trzeba” – bo trzeba sprawdzić, jak dzwoni każdy dzwonek, popukać każdy dzban, sprawdzić, czy działa każda zabawka. Pamiętam moje spotkanie z powróźnikiem z Myślenic, który skręcał z pietyzmem każdą wiązkę sznura – musiała nim powodować jakaś wewnętrzna potrzeba ładu w tym co wykonuje. Myślę, że na muzealnych filmach udało się zawrzeć chociaż cząstkę zarazem „zwykłości i niezwykłości” tych ludzi, każdego w swoim indywidualizmie. Praca należy do kategorii codzienności, której jest więcej w naszym życiu niż święta. A na filmach pokazujących rzemieślników w działaniu pokazujemy ich „zwykłą” codzienność. Jeśli filmy te były reżyserowane, to w niewielkim stopniu, więc i ludzie na nich występujący są „prawdziwie zwykli”. Więc „zwykłość” chciałabym rozumieć jako to co „naturalne”, w danym człowieku.

AE: Czyli tak jest, że te zapisy muzealne opowiadają historie ludzi zwykłych i ich codzienność oraz wydobyte z przeszłości rzemiosła?

MJ: Film i fotografia dają nam możliwość „obrazowego” cofnięcia się w czasie, a przeszłość zawsze ulega sentymentalizacji. Ci wszyscy ludzie, dzięki odnalezieniu ich rodzin przestali być dla nas anonimowi, mimo iż ich nazwiska zostały zapisane. Osadzając ich w kontekście rodzin i społeczności zyskali swoje dodatkowe tożsamości, nie ograniczające się wyłącznie do ich specjalizacji rzemieślniczych, dzięki którym ich poznaliśmy. Zresztą takie było założenie – żeby poprzez te filmy „dopowiedzieć” muzealną kolekcję i w tym też jest siła etnografii, że zawsze można wracać do źródła i na nowo je interpretować, dopowiadać, szukać. A to, co zostawili nasi muzealni poprzednicy w osobie Piotra Szackiego (1939-2004) i Krzysztofa Chojnackiego w postaci filmów sprawiło, że możliwe są „ciągi dalsze” także po tym projekcie. Trochę brakuje tych ludzkich historii, może też dlatego, że my jako muzealnicy skupiamy się w dużym stopniu na przedmiotach i dlatego pokazano procesy ich powstawania – taki był zamysł. Ale przedmioty pochodzą od ludzi i w tym jest to piękno… a może to dopowiedzenie biografii ludzi to pomysł na kolejny projekt, bo muzealne historie nie mają końca…