Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Siostrzany biznes, cztery pokolenia zadowolonych klientów i misja krzewienia zmiany podejścia do wełny. To w telegraficznym skrócie, ale skrót to za mało, bo jak się okazuje, naturalna wełna nie jest wyborem oczywistym tylko zimą. Latem również się sprawdza, i to jak! Z Izą i Kasią Lamik, merino freakami, rozmawiamy o ich marce odzieżowej Paterns, w ramach której produkują niebanalne ubrania z wełny dla całej rodziny.

Mateusz Bzówka: Wełna na lato? Nie jest to najbardziej oczywisty wybór przy temperaturze sięgającej trzydziestu kilku stopni. Jak to z jest z tą wełną?

Kasia Lamik: Masz rację, wełna kojarzy się zwykle z grubymi, często drapiącymi swetrami, a nie z delikatnymi zwiewnymi sukienkami czy letnimi koszulkami. A to bardzo duży błąd i bardzo chcemy to zmienić! Wełna merino ma doskonałe właściwości termoregulacyjne – zimą utrzymuje ciepło, a latem pozwala na swobodne oddychanie skóry, umożliwiając naturalne chłodzenie organizmu. To cecha szczególnie istotna w przypadku małych dzieci, których system termoregulacji nie jest jeszcze w pełni rozwinięty.

Iza Lamik: Odmian wełny jest wiele, samej owczej kilka, jeśli nie kilkanaście, a my mamy jeszcze wełnę wielbłądzią, kozią i króliczą. Włókna wełny z merynosów są jednocześnie wyjątkowo długie i cienkie. Dzięki temu dotykając skóry, uginają się, co przypomina bardziej głaskanie niż drapanie. Można więc z nich tworzyć cienkie, delikatne i przewiewne ubrania. Ta miękkość powoduje, że materiały z merino są idealne dla małych dzieci i osób z nadwrażliwością dotykową. Dłuższe włókna pochodzą jedynie od kóz kaszmirskich.

MB: Czym jeszcze różni się wełna merino, od wełny nie-merino?

KL: Wełnę merino wyróżnia wysoka higroskopijność, która stwarza środowisko nieprzyjazne bakteriom. Dlatego ubrania uszyte z merino można nosić niezależnie od temperatury, nie martwiąc się o nieprzyjemny zapach, nawet podczas intensywnej aktywności fizycznej. Poza tym ma jeszcze kilka wyjątkowych właściwości: jest niepalna, dobrze chroni przed promieniami UV, a łuskowata konstrukcja włókien utrudnia zatrzymywanie brudu i rozwoju bakterii. Ulega regeneracji w kontakcie z tlenem, więc nie wymaga częstego prania.

MB: Wspominacie o tym, że rzeczy z wełny merino nie trzeba zbyt często prać ze względu na jej właściwości, ale umówmy się – czasem trzeba wyprać koszulkę, a pielęgnacja wełny to nie lada wyzwanie! Chyba każdy ma na sumieniu przynajmniej jeden skurczony do rozmiarów misia sweter. Jak poradzić sobie na co dzień z tak kapryśną materią jak wełna?

IL: Nie taki diabeł straszny… Jest kilka zasad, o których trzeba pamiętać. Po pierwsze, wełnę pierze się zdecydowanie rzadziej niż na przykład bawełnę. Wełna sama doskonale dba o swoją czystość i odświeża się, „nabierając powietrza”. Większość dzisiejszych pralek ma programy do prania wełny i jeśli tylko oznaczenia na metkach na to pozwalają, śmiało należy z takiej opcji korzystać. Natomiast piorąc ręcznie, ważne jest zachowanie podobnej temperatury wody przy praniu i płukaniu, gwałtowne zmiany temperatur nie są wskazane! Wełny nie należy również długo moczyć, wirować czy wykręcać. Nie używajmy płynów do płukania, pierzmy ubrania tylko w preparatach do wełny, a zachowają świeży wygląd i fason przez długie lata. Inną zasadą, do której należy się stosować, jest suszenie na płasko. I chociaż rozkładając na suszarce mokre swetry, ciężko w to uwierzyć, wełna zaskakująco szybko schnie, a jeśli dobrze ją rozłożymy, to po wyschnięciu nie będzie wymagała prasowania. Na naszej stronie internetowej jest zakładka, gdzie umieściłyśmy szczegółową instrukcję obsługi wełny, dołączamy ją także do każdego zamówienia, a co jakiś czas na naszej grupie na FB – Merino Freaks, oswajamy temat i dzielimy się nowymi przemyśleniami.

MB: Przeglądając waszą stronę, natknąłem się na słowo, którego, powiem szczerze, nie znam, a brzmi dosyć zabawnie. Powiedzcie proszę, czym są „cicioraki”.

KL: Cicioraki wymyśliła nasza mama. Nazywa tak te małe kuleczki, które pojawiają się po jakimś czasie noszenia wełnianych ubrań. Są to po prostu luźne drobinki włókien wychodzące na powierzchnię materiału. Na szczęście wystarczy je kilka razy zgolić, a po kilku powtórzeniach proces ten naturalnie się kończy. Bardziej fachowe określenie to pillingowanie się wełny. W dzieciństwie bardzo mnie dziwiło, że nikt nie zna tego słowa, bo cicioraki są przecież takie śmieszne!

MB: Paterns to firma rodzinna, siostrzany biznes. Skąd pomysł na tego typu działalność?

KL: Po prostu bardzo się lubimy! Ale mówiąc szczerze, pochodzimy z bardzo licznej, silnie ze sobą związanej rodziny. Trzy pokolenia mieszkają w jednej kamienicy. Jesteśmy z Izą bardzo różne i choć zawodowo zajmowałyśmy się do tej pory zupełnie innymi rzeczami – Iza jest muzykiem, ja ukończyłam Akademię Sztuk Pięknych – to zawsze chciałyśmy stworzyć coś razem. Kiedy byłyśmy małe, nasza mama kupowała kolorowe, wzorzyste materiały i szyła dla siebie i dla nas ubrania. Każda z nas miała inny krój, ale łączyły nas wzory. Gdy Iza urodziła córkę, pomysł stworzenia marki szyjącej dla dzieci, ale także reszty rodziny pojawił się na nowo i zaczął się krystalizować.

MB: Opowiedzcie proszę, jak wygląda u was podział obowiązków.

IL: Kasia zajmuje się organizacją i koordynacją, produkcją, nakreśla też naszą strategię działań i trzyma wszystko w ryzach. Ja natomiast prowadzę nasz profil na FB i grupę Merino Freaks, bloga Paterns Stories, na którym artykuły publikują członkowie naszej paternsowej rodziny. Jestem też merytorycznym konsultantem do spraw dzieciowych i wełnianych. Natomiast jeśli chodzi o testy nowych produktów, te odbywają się rodzinnie, zaangażowane są w to aż trzy pokolenia!

MB: No właśnie, pokolenia! Kto jeszcze wspiera was w codziennym trudzie prowadzenia marki modowej?

IL: Mój mąż i teść, który jest asystentem Kasi, oraz nasi rodzice. Od jakiegoś czasu Kasia mieszka w Warszawie, dlatego nasza mama została głównym kontaktem ze szwalnią, która znajduje się na Śląsku. To główne osoby zaangażowane przy Paternsach. Ale tak właściwie to pomagają nam chyba wszyscy: dziadkowie, kuzyni, wujkowie, no i dzieci, nasi pierwsi testerzy. Oraz przyjaciele, wiadomo. Natomiast strategią, komunikacją i produkcją sesji zdjęciowych zajmuje się Katarzyna Rykaczewska z Open Minded Group.

Wpadaj na stronę Paterns już teraz!

MB: Paterns to spolszczona wersja angielskiego słowa patterns oznaczającego wzory. Nie da się ukryć, że odgrywają one u was ważną rolę. Skąd czerpiecie inspiracje?

KL: Mało tego! Paterns to spolszczona wersja słowa patterns, ale również anagram słowa parents. Ale wracając do twojego pytania, z wykształcenia jestem malarką, więc tworzenie obrazów to moja naturalna potrzeba. Chciałyśmy, żeby nasze paternsowe ubrania wyróżniały się charakterystycznymi, a zarazem uniwersalnymi wzorami, które nie będą ani dziecięce, ani kobiece, ani męskie, tylko takie, w których każdy członek rodziny będzie czuć się komfortowo. Inspiracją dla pierwszej linii był motyw drzew jabłoni. Kojarzą mi się one z dzieciństwem i ze spokojem. Pamiętam sad naszej babci, z pomalowanymi do połowy na biało pniami jabłonek. Dodatkowo drzewa kojarzą się z genealogiczną symboliką, która idealnie koresponduje z naszą rodzinną i wielopokoleniową komunikacją.

MB: Podkreślacie, że wasze ubrania są dla wszystkich. Czyli dla kogo?

KL: Drażnił mnie obraz, w którym rodzina okrojona jest na obrazku tylko do mamy i córeczki. Dlatego nasz asortyment to ubrania dla całych rodzin, od noworodków po pradziadków. Sami nosimy nasze ubrania właśnie w takich zestawach. W naszej pierwszej sesji zdjęciowej udział wzięli przedstawiciele naszej licznej czteropokoleniowej rodziny i nasi przyjaciele. Znasz przysłowie „do wychowania dziecka potrzebna jest cała wioska”? My gorąco w nie wierzymy!