Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Wchodzę do ukrytego wśród wysokich cedrów warsztatu, a tam… pusto. Pokryte pyłem narzędzia, porozrzucane kawałki drewna i przykryte miękką kołderką kurzu laleczki kokeshi. Spoglądają na zagubionego wędrowca łagodnym wzrokiem, przypominając Japonię, która odchodzi w przeszłość i która pewnie już nigdy nie wróci.

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu kokeshi tworzono w niemal każdym kurorcie na północy Japonii. W przerwach między kąpielą w gorących źródłach pachnących siarką a jedzeniem w kameralnych knajpkach Japończycy wyruszali na poszukiwanie pamiątki idealnej. Drewnianej laleczki, która będzie przypominać im o wczasach w malutkim onsenie z dala od cywilizacji.

Nikt nie wie, skąd wzięła się nazwa kokeshi. Wiadomo, że laleczki zaczęły być popularne po drugiej wojnie światowej, kiedy wymęczeni odbudową kraju Japończycy przyjeżdżali odetchnąć w góry. Ich nazwę zapisuje się dzisiaj jedynie w hiraganie, japońskim sylabariuszu, a bez chińskich znaków trudno odgadnąć jej etymologię. Hipotez jest wiele. Niestety nie możemy spytać twórców terminu, bo dawno odeszli z tego świata. W publikacjach na temat kokeshi przeważa jedna: ko to „drzewo” bądź „mały”, a keshi to „lalka”. Niegdyś tworzone były z myślą przede wszystkim o dzieciach, które nie znały chińskich znaków, więc nazwę laleczek zapisano prostymi sylabami. I tak już zostało.

Każdy region szczyci się innym typem kokeshi. Spotkamy je wszędzie, od prefektury Fukushima aż po położoną na dalekiej północy wyspę Honshū, Aomori. Nie ma tutaj odstępstw od normy, nie w świecie „tradycyjnych” kokeshi. Znawcy z daleka poznają miejsce wykonania, nie tylko po kształcie samej laleczki, lecz także namalowanych cienkim pędzelkiem oczu, sposobie zamontowania główki czy rozmiarze.

Odstępstw nie ma też w przypadku malowanych na tułowiu lalki wzorach. Ich zawiłości tłumaczy mi w jednym z warsztatów twórca kokeshi, pokazując piękne gałęzie śliwy (edaume), spadające płatki wiśni (sakura kuzushi) czy tak zwane ułożone na sobie chryzantemy (kasanegiku). Nic tu nie jest przypadkowe. Ani liczba kwiatów, ani ich kolor. Każdy wzór ma swoją nazwę. Wyciąga spomiędzy lalek mniej popularne wzory, geometryczne, które mają przypominać słoje drewna. Większość jednak chce mieć laleczkę malowaną w kwiaty, więc takich jest najwięcej.

Dotyka delikatnie kwiatów, tłumaczy mi ich nazwy. Powoli, cierpliwie, jak dziecku. Tak zresztą się czuję w warsztacie mistrzów tej sztuki. Kilka godzin później w sklepie z laleczkami kokeshi z całej Japonii otrzymuję lekcję rozpoznawania typów laleczek po… wzorze na czubku głowy. Na początku wszystkie z nich wydają mi się takie same. Drewniane, pomalowane podstawowymi kolorami. Nie widzę subtelnych różnic. Do czasu.

– Spójrz na ten piękny koczek. – Sprzedawca wkłada mi do ręki laleczkę z stylu Naruko. Odgarnia siwe kosmyki i zaczyna lekcję. Za darmo, za te kilka chwil uwagi, którą mało kto już mu poświęca. Przekręca jej główkę, jakby chciał ją wyrwać, aż ja wydaję z siebie niekontrolowany krzyk.

– Spokojnie – uspokaja mnie swoim lekko chrapliwym głosem. – Po tym poznaje się dobrze zrobione laleczki z Naruko. Ich główki przy przekręcaniu mają piszczeć.

Śledzi palcami idealne okręgi na laleczkach z Yajirō, pokazuje mi kokeshi z odległych prefektur, w których jeszcze nigdy nie byłam. Daje mi do ręki pomalowaną na czarno główkę z małym czerwonym punktem na środku. Opowiada o zanikającej już tradycji robienia laleczek w Tsugaru, o tym, jak jeździł na targi po całej Japonii. I żali mi się, że już niewiele osób chce je kupować.

Ale nie do końca tak jest.

Kilka dni później właściciel małego sklepiku w Naruko, miasteczku, które uznaje się za miejsce narodzin tej tradycji, uświadamia mi, że niedługo kokeshi odejdą z tego świata na zawsze.

– O, ten umarł dwa lata temu – zaczyna pan Okazaki. – A ten, ten to robił piękne kokeshi. Miał zawał kilka miesięcy temu – wzdycha.

Jego palce przesuwają się z czułością po czarno-białych zdjęciach przedstawiających kolegów po fachu.

– A czy są młodzi, którzy kontynuują tę tradycję? – pytam z nadzieją, że jednak jeszcze nie wszystko stracone.

– Jest kilku. Ale robienie kokeshi wymaga cierpliwości. Młodzi jej nie mają.

Znasz bloga Karoliny "W krainie tajfunów"?

Kokeshi robią jednak furorę wśród młodych tokijczyków. Kupują je swoim znajomym jako omiyage, pamiątki z podróży. Wstawiają zdjęcia laleczek na Instagram. Modne tokijki chadzają ze swoimi koleżankami do jednej z kilku kokeshi cafe – gdzie mogą napić się kawy w otoczeniu laleczek i wrócić z pamiątką do domu.

Z półek spoglądają na mnie różne typy drewnianych laleczek. Prosty trzon i drewniana główka, a wszystko ozdobione wzorem w kilku podstawowych kolorach.

Istota tkwi w dopracowanej do perfekcji prostocie. Podczas tworzenia kokeshi nic nie jest przypadkowe. Każdy twórca musi trzymać się wytycznych stylu obowiązującego w ich regionie, a nawet zwracać uwagę na wzory zarezerwowane dla konkretnych rodzin. Odstępstwa nie są mile widziane. Chodzi o kontinuum, o utrzymanie tej tradycji.

Liczy się przede wszystkim nazwisko. Znawcy już z daleka rozpoznają styl typowy dla danego rodu. Kobiety raczej nie zajmują się tym zawodowo, bo tworzenie kokeshi wymaga fizycznej pracy. Są jednak wyjątki. Oprócz pani Satō w Tōgatcie niezwykle poważana wśród twórców jest Mayumi Niiyama. Lalka jej autorstwa od razu wpadła mi w oczy w sklepiku przy muzeum w Yajirō. Jedna jedyna.

– Czy są może jakieś inne kokeshi jej autorstwa? – pytam panią w sklepiku.

– Niestety, została tylko ta jedyna, bo pani Mayumi pojechała wczoraj z mężem na targi w Aomori – zaczyna tłumaczyć sprzedawczyni – ale powinna mieć jeszcze jakieś w warsztacie, zaraz do niej zadzwonię.

Wyciąga telefon, dzwoni, śmieje się i wybiega, obiecawszy, że zaraz wróci. Kilka minut później staje przede mną, dzierżąc w ręku dwie laleczki:

– Poszłam do warsztatu Mayumi i wzięłam to, co zostało – mówi, jakby znały się od dziecka. Tak pewnie zresztą jest. Yajirō to w końcu malutka wioska, do której docierają jedynie najwięksi miłośnicy kokeshi.

Decyduję się na pierwszą laleczkę. Przekonuje mnie jej prostota – naturalne, niepowoskowane drewno i kilka podstawowych kolorów. Mam słabość do japońskiej wabi-sabi, estetyki opierającej się właśnie na przemijaniu i nieperfekcyjności. Wychodzę ze sklepiku z książkami na temat kokeshi i owiniętą papierem laleczką, która pachnie pięknie drewnem. I z kawałkiem historii. Styl rozwija się powoli w rodzinie Niiyama od kilku pokoleń.

Niektórzy kombinują, próbują przebić się do świadomości młodych Japończyków z wielkich miast, tworzą nowoczesne wariacje, ale to nie to samo. Tradycji nie oszukasz.

Mało kto ma do tej tradycji cierpliwość. Młodzi z zapomnianych kurortów, które przegrały z Hawajami i luksusowymi resortami, pozbawieni  perspektyw gnają do większych miast.

Nauka robienia kokeshi zajmuje co najmniej kilka lat. Twórcy odpowiadają w procesie tworzenia za wszystko – od ścięcia drzewa, odpowiedniego przechowywania go, poprzez wyrób narzędzi, wyrzeźbienie samej laleczki i narysowanie wzorów. Zanim dojdą do momentu, kiedy mogą wyrazić swoją artystyczną duszę, muszą spędzić wiele czasu na ciężkiej fizycznej pracy.

Historia kokeshi sięga początków XIX wieku. Kiedyś tworzyli je rzemieślnicy, którzy w wolnym czasie oprócz drewnianych przedmiotów codziennego użytku strugali laleczki. Przybyło ich, gdy kokeshi zaczęły zdobywać coraz większą  popularność. Niedługo pojawili się pierwsi terminujący młodzieńcy, którzy obserwowali mistrzów latami, zanim sami stworzyli pierwszą kokeshi. Kilkadziesiąt lat później to oni nauczali kolejne pokolenie. Tak było do dziś.

Lecz dzisiaj mało kto chce spędzić swoją młodość na zamiataniu warsztatu i nauce obróbki różnych typów drewna. Smucą się twórcy kokeshi w Naruko, smucą się w Tōgatcie, smucą się w Yajirō. Rozmawiam z kilkoma z nich i każdy mówi podobnie:

– Wiesz, niedługo umrę, a nikt tego po mnie nie przejmie – wzdychają.

Mrużą oczy, bo wzrok niedomaga, krzyczą, bo zdążyli ogłuchnąć po kilkudziesięciu latach siedzenia przy tokarce, powoli stają się częścią swojego małego świata kokeshi, obsypani wiórkami drewna kluczą między wydaniami gazet sprzed kilkunastu lat i łudzą się, że może ludzie sobie o nich przypomną.

Prawdziwy exodus zaczął się po trzęsieniu i tsunami w 2011 roku. W Naruko trzęsło się tak, że słynna dolina zasypana została głazami (mimo że do morza jest od niej ponad 80 kilometrów). Japończycy stracili motywację do odwiedzania okolicy. W dolinie można było podziwiać czerwieniące się liście, zrobić sobie zdjęcie z pięknym mostem w tle. Teraz już nic z tego. Dolina pewnie nigdy nie zostanie uprzątnięta, bo kto ma siłę i pieniądze na uporządkowanie kilkutonowych głazów?

Japończycy jeżdżą dziś gdzie indziej w poszukiwaniu idealnego kōyō, czerwonych liści. Zostają tylko pasjonaci. Ale to za mało, żeby utrzymać kilkanaście warsztatów twórców kokeshi.

Nielicznym się udaje. Organizują wystawy, jeżdżą po kraju, chwalą się swoimi laleczkami wykonanymi z różnych rodzajów drewna. Niektórzy tworzą kokeshi cały rok i są w stanie z tego wyżyć, wielu jednak poświęca się sztuce jedynie przez kilka zimowych miesięcy, kiedy nie ma co robić w polu.

W tym czasie pracują od rana do nocy, poświęcają całą swoją uwagę tworzeniu wyjątkowych kokeshi, cieszą się z każdego gościa, który trafia do ich studia. Niektórzy tłumaczą z zapałem różnice między różnymi rodzajami drewna, pokazują biel hana mizuki, a chwilę później wyjmują ciemne kawałki klonu kaede i wskazują kokeshi zrobione z drewna wiśni, słynnej sakury.

W Tōgatcie odwiedzam jeden z najsłynniejszych warsztatów kokeshi – państwa Satō. Pani Ryōko z dumą wskazuje na wiszące na ścianach dyplomy, zdjęcia z trofeami i gablotki z kokeshi, które wygrały wystawy. Przy okazji wyciąga intrygującą kokeshi – okrągłą lalkę włożoną w drewnianą kulę, którą można ruszać, ale której nie można wyjąć.

– Jak to możliwe? – próbuję wyciągnąć z niej jakąś wskazówkę, ale nie jestem chyba pierwsza. Odpowiada mi tylko tajemniczy uśmiech.

Patrzę na spokojnie pracującego pana Satō, który z namaszczeniem maluje twarze kolejnych kokeshi, nie zwracając uwagi na to, co dzieje się obok niego.

– Czy tradycja tworzenia kokeshi umiera? – pytam zasmucona, kiedy pani Ryōko lamentuje, że nie mają następcy.

– Ona nigdy nie umrze – odpowiada z zadziwiającą pewnością, po czym dodaje: – Mam nadzieję.

Nadzieja umiera ostatnia.

*****

Materiał opublikowany w numerze 12 #PODRÓŻ magazynu Zwykłe Życie

*****

Poznajcie niedawno wydany nakładem wydawnictwa Czarne reportaż Karoliny „Kwiaty w pudełku”, klikając tutaj