Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Pana Żarówkę przeczytałam jednym tchem. Wydawałoby się, że potrzeba nie wiadomo ile mocy w płucach na tę ponad 600-stronicową cegłę, ale nie, przy Panu Żarówce po prostu przestajesz oddychać. To genialny debiut komiksowy czterdziestolatka, reżysera animacji – Wojtka Wawszczyka. Debiut spójny, dojrzały i przepięknie wydany. To surrealistyczna, ale jednocześnie bardzo bliska pokoleniom wychowanym w latach 70. i 80.  historia o chłopcu, który świeci i jego rodzicach: ojcu naleśniku i złamanej w pół matce.

Agata Napiórska: Komiks Pan Żarówka ma 624 strony i jest twoim komiksowym debiutem – ile nad nim pracowałeś?

Wojtek Wawszczyk: Pierwszy zarys fabuły spisałem w 2006 roku. Ale na sam pomysł wpadłem jeszcze wcześniej. Zanotowałem go w jednym z moich szkicowników. Z początku miała to być krótka nowelka. Odkryłem jednak, że wymyślone postaci są znacznie bardziej „pojemne” i z czasem scenariusz spęczniał. W ten sposób w 2009, trochę rysując, a trochę pisząc, skończyłem pierwszą wersję Pana Żarówki, na brudno. Była to wersja emocjonalna, dosłowna, chaotyczna – przez to nie nadająca się do publikacji. Za namową kilku przyjaciół postanowiłem „przemontować” pierwszą wersję, uspójnić scenariusz i narysować całość od nowa. Rysować na czysto zacząłem w 2010, skończyłem w lipcu 2017.

AN: Jak wyglądała ta praca, biorąc pod uwagę fakt, że na co dzień jesteś etatowym reżyserem animacji?

WW: To było jednocześnie wyczerpujące dla mnie i zbawienne dla powieści. Za dnia reżyserowałem filmy i reklamy, a w nocy i weekendy rysowałem Pana Żarówkę – nieraz z kilkutygodniowymi a nawet kilkumiesięcznymi przerwami. Praca w filmie to działanie grupowe oparte na kompromisie. Praca w reklamie pomaga w rozwijaniu warsztatu, ale tu jest najmniej miejsca na indywidualność. Dlatego z tym większym zapałem i ulgą wracałem do komiksu – tej formy wypowiedzi, która była odcięta od wszelkich ingerencji. Przerwy w rysowaniu sprawiły, że historia w Panu Żarówce mogła dojrzewać i ewoluować wraz ze mną. Bogatszy o nowe doświadczenia wprowadzałem zmiany w dawniej narysowanych stronach, które po latach wydawały mi się zbyt naiwne. Podczas tak długiego procesu tworzenia miałem też momenty załamania, nie wierzyłem w to, co robię. Historia Pana Żarówki nie jest wyssana z palca, dlatego nie bałem się o to, że się zestarzeje. Ja wręcz potrzebowałem na jej realizację dużo czasu. Musiałem dojrzeć, zmądrzeć, żeby umieć ją opowiedzieć celnie.

AN: Czy praca w animacji miała przełożenie na pracę nad komiksem? Jak bardzo te media ze sobą współgrają, w czym film okazał się pomocny przy komiksie?

WW: Komiks był obecny w moim życiu od zawsze. Dzięki komiksom dostałem się na łódzką Filmówkę. Z drugiej strony szereg narzędzi filmowych i praktyka reżyserska pomogły mi ujarzmić narrację w Panu Żarówce. Używałem drabinki scenariuszowej, wspierałem się zasadami struktury scenariuszowej, rozpisałem nawet łuki emocjonalne i zależności między postaciami. Na poszczególnych stronach zwalniałem tempo opowieści przez nagromadzenie podobnych do siebie kadrów, które wyglądają jak kolejne fazy animacji. Dbałem też o to, żeby – jak na planie filmowym – nie przekraczać osi akcji. Na ostatnich stronach „Pana Żarówki” użyłem też zabiegu znanego choćby z finału „Walca z Bashirem”: przeskakuję z formy rysowanej do galerii zdjęć, przez co opowieść wkracza w nowy wymiar, baśń przestaje być tylko baśnią. Chciałem też wskazać na bliski związek „Żarówki” z moimi starszymi filmami – w jednej ze scen spotykają się postaci z moich autorskich animacji. Nawet motyw rzucania na ścianę rysunków namalowanych na foliach celuloidowych jest przecież opisem działania projektora filmowego! Bohater prezentuje na foliach zwierzęta, a ja zrealizowałem kilka filmów o zwierzętach: „Mysz”, „Pingwin”, „Jeż Jerzy”. Zatem film przenika się z komiksem, są to media bliskie sobie. Mimo wielu podobieństw jeden różni się od drugiego. Przede wszystkim etapem, na którym jest konfrontowany z odbiorcą. O scenariuszu filmu dużo rozmawiam z ekipą i widzami bardzo wcześnie, zanim jeszcze ruszy produkcja, i ciągle jest miejsce na zmiany i szukanie kompromisów. Scenariusz komiksu ma szansę pozostać blisko twórcy w nienaruszonej formie do samego końca, a czytelnik dostaje to rąk gotową książkę, po fakcie.

AN: Pan Żarówka to historia surrealistyczna, ale przyznajesz, że przynajmniej po części autobiograficzna. Stresowałeś się przed premierą? Jakie były reakcje czytelników z bliższego otoczenia?

WW: Bardzo wiele rzeczy w Panu Żarówce jest zmyślonych po to, aby było atrakcyjnie. Nie ucieknę jednak od faktu, że fabuła utkana jest z prawdziwych emocji i doświadczeń. Najsilniejszym z nich była choroba obojga moich rodziców, wypełniająca niemal każdy zakamarek dzieciństwa i dorastania. Wieloletnia bezradność wobec takich sytuacji sprawia, że najpierw nas to smuci, potem śmieszy, a potem staje się normalnością. Anomalia, która staje się normalnością – to właśnie jest esencja surrealizmu, którym jestem od lat zafascynowany. Szczególnie surrealizmem w wydaniu czeskim, jak w filmach Jana Švankmajera i duetu Vorlíček – Macourek, który łączy sentymentalne ciepło z czarnym humorem. Tak właśnie czułem, że powinien być opowiedziany Pan Żarówka. Ta książka nie miała być dosłownym wylewaniem żalów i pretensji. Postanowiłem napisać baśń, która – jak każda inna bajka, przypowieść albo mit – za pomocą symboli pomoże uprościć, uporządkować i może wytłumaczyć pewne emocje towarzyszące prawdziwym wydarzeniom. Obawiałem się reakcji mojej mamy i ważny dla mnie był jej entuzjazm i wzruszenie po lekturze. Absolutnie kluczowe dla powstania tego komiksu było wsparcie Ani, która nie tylko znosiła moje huśtawki nastrojów, ale też pilnowała, żebym regularnie rysował stronę po stronie. W ogromnej mierze wydanie tej książki miało dla mnie i dla moich bliskich charakter terapeutyczny, i tym samym osiągnąłem ten najbardziej osobisty cel. Ale pisząc Pana Żarówkę dbałem o to, żeby historia była opowiedziana w sposób uniwersalny i warsztatowo sprawny, aby mogła dotrzeć też do zagranicznego czytelnika. To jest moje marzenie. Gdy czytam recenzje, zdumiewa mnie to, że każdy ocenia książkę przez pryzmat siebie, dostrzegając czasem rzeczy, których ja nie planowałem: niektórzy widzą tam konflikt pokoleniowy, inni rozliczenie z PRL-em, dla niektórych to prześmieszny zbiór dowcipów. Ci, którzy mają większy bagaż doświadczeń, zdają się widzieć w Panu Żarówce więcej.

AN: Na spotkaniu autorskim przytoczyłeś historię jak to Twoi dwaj koledzy-rysownicy Leśniak i Śledziu mówili Ci, że „Nie rysujesz dobrze, ale dobrze to ukrywasz” i że „Rysujesz źle, ale szczerze” – czy zamierzasz rozwijać jakoś swój warsztat rysownika? A może uważasz, że w komiksie rysunek jest na drugim albo jeszcze dalszym miejscu? Jak to jest?

WW: Tomek i Michał mają rację. Mój rysunek jest wystarczająco dobry, żeby stał się nośnikiem tych emocji, na jakich mi zależy, i aby w czytelny sposób przekazać moją historię. Obserwuję chłopaków codziennie przy pracy i jestem pełen podziwu dla ich umiejętności i niesamowitej pasji z jaką rysują. Mnie, przyznam nieśmiało, rysowanie troszeńkę męczy i nudzi. Chyba już jestem za stary, żeby móc rozwinąć warsztat, ale też nie zamierzam pretendować do określenia „rysownik komiksowy”. Nie potrafiłbym chyba stworzyć rysunków do czyjegoś scenariusza. Z drugiej strony, czułbym zgrzyt oddając tak osobistą historię jak Pan Żarówka do narysowania komuś innemu. Moja kreska, pomimo niedoskonałości, wydawała się najwłaściwsza, współgrająca ze słowem. Słowo, czyli scenariusz z początku jest ważniejszy i nadaje kierunek obrazom, ale na późniejszym etapie sprawdzam czy słowo nie dominuje obrazu zbyt mocno. Przeprowadziłem kilka korekt wyrzucając z książki wszystkie słowa, które wydały mi się zbędne: opisywały to, co już było narysowane, albo opisywały emocje. Wyważyłem proporcje między obrazem a słowem, są tak samo ważne. Lubię określać Pana Żarówkę jako powieść graficzna, bo określenie „komiks” kojarzy mi się z taśmą produkcyjną, gdzie różne elementy są zlecane różnym autorom. Nie powiem teraz nic nowego, ale byłoby wspaniale, gdyby takie tytuły jak mój były traktowane na równi z powieściami pisanymi samymi literami, bez rysunków. Chciałbym kiedyś zobaczyć Pana Żarówkę w dziale „Literatura polska” albo „Literatura piękna”.

Wpadaj do kultury gniewu! Na chwilkę lub na dłużej!

AN: To był debiut. Co dalej? Kiedy? Czekamy!

WW: To był specyficzny debiut, w wieku czterdziestu lat. Powstawał tak długo, że mam poczucie, że powiedziałem już wszystko i powinienem od razu pójść na emeryturę. Dobrze się składa, że po wielu latach przygotowań nareszcie zbliżamy się do rozpoczęcia prac nad filmem „Podróż smokiem Diplodokiem” i liczę na to, że to będzie moje główne zajęcie na najbliższe dwa, trzy lata. Nie rezygnuję jednak z komiksu i spróbuję w tym czasie rozwinąć dwa projekty. Jeden z nich to dramat o zwierzętach, z których jedno niespodziewanie zmienia się w pół-rybę, pół-ptaka. Drugi projekt będzie eksperymentem. Chcę wpierw zapisać strzępki wspomnień w postaci krótkich form, a później poszukać klucza do połączenia ich w całość. Obydwa pomysły są na wczesnym etapie, ale czuję, że coś z tego będzie.

//

Wojtek Wawszczyk

Urodził się w dniu śmierci Elvisa Presleya, co najprawdopodobniej czyni go naturalnym kontynuatorem niektórych aspektów drogi twórczej poprzednika. Absolwent łódzkiej Filmówki i niemieckiej Filmakademie w Ludwigsburgu. Reżyser kilku nagradzanych filmów krótkometrażowych „Headless” (1999), „Mysz” (2001), „Pingwin” (2002), „Drzazga” (2007). Współtworzył efekty specjalne do „Ja, robot” (2004), „Aeon Flux” (2005), jako animator współpracował z legendarnymi studiami Digital Domain i Disney. Współreżyserował film „Jeż Jerzy” (2011), gdzie również podkładał głos pod postać Klona. Reżyser około 200 reklam łączących zdjęcia aktorskie z animacją. Jeden ze scenarzystów i reżyserów serialu dla dzieci „Kacperiada”, do którego wraz z Tomkiem Leśniakiem stworzył postać Muchomściciela. Filmy zaczął robić dzięki miłości do komiksów, ale autorski debiut komiksowy „Pan Żarówka” opublikował dopiero w wieku 40 lat. Obecnie w studiu animacji Human Ark pracuje jako reżyser i scenarzysta nad filmem „Podróż smokiem Diplodokiem” inspirowanym komiksami Tadeusza Baranowskiego. Więcej na wojwaw.com