Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Poznajcie Vivian! Z okazji niedawnej premiery powieści biograficznej „Vivian”, autorstwa Christiny Hesselholdt, zachęcamy do lektury jej fragmentu, który z niemałą przyjemnością publikujemy poniżej. Jeśli tytuł jeszcze nic Wam nie mówi, to jest to, jak powiedział Chris Niedental: „biografia, bez biografii”  Vivian Maier – niezwykłej fotografki bardzo (nie)zwykłej codzienności. Miłej lektury!

Narrator 

W 1959 roku Vivian Maier objechała świat, uwieczniając go na fotografiach (za swój spadek ze sprzedaży Beauregard, o ile tych pieniędzy nie wydała wcześniej na aparaty, a wtedy może stać ją było na podróż dzięki pieniądzom, które odłożyła, pracując jako opiekunka do dzieci). Z jej zdjęć wynika, że w Hongkongu żyją Chińczycy, w Kairze Egipcjanie, a w Indiach Hindusi i tak dalej.

Dzięki aparatowi łatwiej było podróżować w pojedynkę, to tak, jakby mieć przy sobie towarzysza podróży. Dzięki temu miała jakiś projekt, jakiś cel.

Nie wydawało się nietaktem, gdy stawała przed ludźmi, przypatrując się im, bo był w tym sens, robiła zdjęcia.

Nie było też krępujące, gdy zasiadała do stołu sama w jakiejś restauracji, aparat leżał w pobliżu na obrusie, mogła sięgnąć po niego w dowolnej chwili.

Ciekawe, czy oglądanie przez wizjer obramowanych kwadratów świata ma uspokajającą moc.

Viv 

To ta ogromna wystawa fotograficzna „The Family of Man”, zorganizowana w MoMA w 1955 roku, prezentująca zdjęcia osób z całego świata, nakłoniła mnie do wyjazdu, aby zobaczyć ludzi, aby zobaczyć miejsca; we wstępie do katalogu napisano, że fotografia tłumaczy człowiekowi drugiego człowieka. Nie rozumiałam tego. Czy chodzi o to, że można dostrzec, że na całym świecie rodzą się dzieci, a ludzie się pobierają, piją wodę? Ludzkość jako jedna wielka rodzina. Czy to nie jest zbyt sentymentalne, dziesięć lat po Zrzuceniu, po Bombie? Czyżby intencją wystawy była próba uniknięcia w przyszłości takich haniebnych zbrodni w tej wielkiej rodzinie? To jest oczywiście jak najbardziej godne pochwały.

Nie zrozumcie mnie źle, zdjęcia są cudowne, to ten wstęp i ten sentymentalny aspekt projektu budzą moje zastrzeżenia. (Może bym go nie dostrzegła, gdyby nie zwróciła na niego mojej uwagi Susan Sontag – w „O fotografii” pisze o braku zakorzenienia w historii wystawy „The Family of Man” i nazywa ją sentymentalnym humanizmem).

Narrator 

W tym czasie już od trzech lat pracowała w Chicago jako opiekunka do dzieci u rodziny z trzema chłopcami A jeszcze wcześniej mieszkała w Southhampton na Long Island i w różnych miejscach Nowego Jorku. Relacje świadków tych wielu rodzin, u których pracowała, są do siebie podobne, dlatego zdecydowałem się opowiedzieć (to znaczy wymyślić) tylko o pobycie u jednej z nich, mianowicie rodziny Rice (nazwisko wymyślone przeze mnie), zamieszkałej w Wilmette, w Chicago – w przeciwnym wypadku pojawiłoby się mnóstwo powtórzeń, a komu się to podoba? Mogłem wybrać tę rodzinę z trójką chłopców z Highland Park w Chicago, gdzie przebywała najdłużej, rodzinę, która śledziła jej losy przez całe życie i pomagała, gdy Viv się zestarzała – załatwiła jej mieszkanie, była obecna przy jej łożu śmierci, a na koniec rozsypała jej prochy w ulubionych miejscach Viv, w lesie, w miejscu, gdzie rosły poziomki.

Jednak prawdę powiedziawszy, śledzenie losów trójki dzieci wydało mi się zbyt zagmatwane, dlatego wybrałem rodzinę z jednym potomkiem, sam jestem jedynakiem, trzymałam się struktury, która jest mi znana; i tak jest tu już tyle postaci, że wystarczy na wiele zup.

Przed powrotem do Ameryki Viv zahaczyła o Champsaur. Potem już nigdy więcej tam nie wróciła, może jej relacje z Jaussadami zakłóciło to, że jej ojciec pożyczył w latach trzydziestych pieniądze, których nigdy nie oddał.

Nie przepadam za dokumentami zawierającymi udramatyzowane sceny, gdy opowiada się o jakimś fakcie, a następnie aktorzy odgrywają scenę, która ilustruje to, co wcześniej przedstawił narrator. Gdy mam gorsze chwile, myślę, że ja sam też zacząłem naśladować ten okropny gatunek.

Marcel Jaussad 

Więc to moja krewna wyłania się ze zgiełku i kurzu, krowy unoszą ogony i uciekają. Za moment zatrzyma się przed naszymi drzwiami. Nie potrafi sobie znaleźć lepszego zajęcia niż jeżdżenie po okolicznych drogach. Była nieśmiałym dzieckiem, które chowało się za matką lub nakrywało głowę sukienką, gdy ktoś przyszedł z wizytą, a Marii nie było w pobliżu. A teraz nie robi nic innego poza zwracaniem na siebie uwagi, dzisiaj ma na szyi zawieszone trzy aparaty; dzień dobry, Vivian, nie, nie rób mi zdjęcia, a twój motorower wystraszył krowy. Sądzisz, że twój ojciec kiedykolwiek zwróci nam swój dług? Przychodzisz tu i oferujesz mi aparat fotograficzny? Czy to oznacza spłatę długu? Myślisz, że chcemy, aby się z nas śmiali, do czego on nam, aby fotografować chłopów na polach tak jak ty? My j e s t e ś m y chłopami. Zachowaj dla siebie ten aparat, możesz kolejny raz owinąć pasek wokół szyi. Charles Maier jest nam winien sto franków, nie zmażesz tego długu swoim aparatem. Nie powiedziałem tego. W ogóle się nie odezwałem, wyciągnęła aparat w moim kierunku. Założyłem ręce za plecy i pokręciłem głową.

Zaciekawił Cię ten fragment? Książka dostępna np. tutaj!

Viv 

Czy Marcelowi wydaje się, że poszukuję sielankowych scenerii, pastorałek przekształconych w fotografie, idylli?

Narrator 

Zaoferowała mu swojego rolleia 2.8C, ale potem była zadowolona, że go nie chciał, chociaż właściwie teraz prawie wyłącznie używa 3.5F, a także tego baby rolleia, który stanowi dla niej coś elementarnego, podstawę, z której wszystko wyrosło.

Viv 

Matka prosiła, żebym przywiozła z powrotem jej starego rolleia, którego podarowała jej Jeanne, ale zapominam. Musiałybyśmy rozmawiać o fotografii, która tak naprawdę nigdy jej nie zajmowała. To byłoby krępujące i bezsensowne. O czym tu mówić? To trzeba robić, tak jak to jest z chodzeniem. Czy planuje go sprzedać?

Jeanne nie żyje, nie wolno jej tak po prostu go sprzedać.

Pewnego razu opowiedziałam jej, a właściwie napomknęłam o swoich planach zostania fotografem, tak jak Jeanne, a wtedy wykrzywiła szyderczo usta i odparła: „Wydaje ci się, że masz coś do powiedzenia światu?”. Wściekłam się: „W każdym razie nie chcę skończyć tak jak ty – rzuciłam – i przez całe dnie polegiwać w łóżku”.

Narrator 

To był Rolleiflex Original, którego kiedyś podarowała jej Jeanne.

Viv 

Tak, to wydaje się kuszące, ale zostawiam to, bo na to nie zasłużyła. Wróciłam, bo tęskniłam za ciszą, a jednak nie potrafię jej wytrzymać. Przypomina mi się babcia ze strony ojca, która tak lubiła ten uliczny zgiełk, nie potrafiła bez niego żyć, wtedy tego nie rozumiałam i nie potrafiłam zasnąć, gdy nocowałam w jej pokoju. Hałas musiał zmniejszać jej poczucie izolacji, stanowił potwierdzenie, że w pobliżu żyją inne żywe istoty. W mojej głowie pojawia się obraz motoroweru, służy mi nie tylko do przemieszczania się, ma za zadanie poprawić mi humor, z hukiem kierujemy się w stronę gór. Szopy, budy, przybudówki napełniają mnie strachem, wszystko to, co się może w nich zdarzyć, mam wrażenie, jakbym słyszała głosy trzymanych tam w zamknięciu, nękanych ludzi

//

Fragment „Vivian”, Christina Hesselholdt, tłum. Justyna Haber-Biały, wyd. WAB.