Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Aktorka, dziennikarka radiowa, animatorka kultury. Kto zna Beatę Jewiarz bliżej, wie, że jest posiadaczką niezwykłej kolekcji. Jak zmieniał się jej stosunek do zbieractwa na przestrzeni lat, ile znaczą dla niej rzeczy oraz o innej niematerialnej kolekcji opowiada mi w swoim mokotowskim mieszkaniu. A potem idziemy do parku.

Nie pamiętam momentu, kiedy świadomie postanowiłam zbierać opakowania po czekoladach. Pewnie kolekcja cioci odegrała tu znaczącą rolę, bo duża część mojej kolekcji jest spadkiem po siostrze mojego taty, która zbierała opakowania po czekoladach w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Czasy estetycznie były szarobure. Półki sklepowe świeciły pustkami. Dzieciństwo kojarzy mi się więc ze zbieraniem bardzo różnych rzeczy. Miałam na przykład kolegę, który przynosił mi szalone ilości etykiet po różnych napojach. Zresztą zbieractwo, tak w ogóle, jest częścią dzieciństwa. Moja córka i jej rówieśnicy na potęgę kolekcjonują aktualnie karty piłkarskie.

W latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych opakowania po czekoladach pełniły więcej funkcji niż tylko tę swoją podstawową i były bardzo różnorodne, układały się w serie. Zobacz, tutaj mam kolekcję zatytułowaną „Czekoladowa encyklopedia komunikacji światowej”. Jest to zbiór rycin samochodów, pociągów, samolotów i statków umieszczonych na opakowaniach czekolad nadziewanych Wedla. Seria liczyła 360 egzemplarzy. Na odwrocie każdego opakowania był kupon. Kto zebrał 180 takich właśnie, otrzymywał album, w którym mógł wklejać wycięte obrazki pojazdów. Moja odsłona tej serii liczy 30 sztuk. Kolekcyjna perełka.

Mam też opakowania zaprojektowane przez wybitnego grafika Karola Śliwkę. Przypadkiem okazało się, że za projektami do jednej z serii Wedla kryje się tak znakomite nazwisko. Naprowadził mnie na to odkrycie album Piękni XX-wieczni pod redakcją Jacka Mrowczyka, który ukazał się w tym roku w wydawnictwie 2+3D.

I tu taka niespodzianka: opakowania zaprojektowane przez Karola Śliwkę widzę i w albumie, i w mojej kolekcji. A sam Karol Śliwka to autor bardzo wielu znanych logotypów, takich jak znak graficzny Instytutu Matki i Dziecka, PKO czy popularnej w PRL-u wody kolońskiej Wars. Komplet czekolad dla Wedla w tym wypadku składał się z czterech projektów: czekolad Zamkowej, Łazienkowskiej, Belwederskiej i Saskiej! Brakuje mi Saskiej. Może ktoś chętnie odda. Przyjmę z radością.

A tu kolejne cacuszko papierowe. Opakowania po batonach Catberry „The Wombles”. Seria powstała jako produkt marketingowy po ogromnym sukcesie popularnej w latach 70. w Anglii książki dla dzieci Elisabeth Beresford pod tym samym tytułem. Womblesy to stwory, które zbierają śmieci i w kreatywny sposób przetwarzają je na różne przedmioty. Na froncie opakowań Catberry umieściło podobizny bohaterów bajki, a na odwrocie krótkie instrukcje „zrób to sam” z pomysłowymi patentami na domowe majsterkowanie. To, co mnie dodatkowo zachwyciło w tych opakowaniach, to papier, kolory. Żywe, soczyste, a wszystko świetnie zaprojektowane. Polski przemysł cukierniczy był w tym okresie daleki od zachodnich standardów projektowych.

I przeskakujemy o dekadę do przodu. Koniec lat osiemdziesiątych, początek transformacji. Pod Olszyńską Fabryką Mebli, w mojej rodzinnej miejscowości ustawiali się sprzedawcy. Tak zwana sprzedaż z samochodu. Chemia, słodycze z Niemiec, swetry z Bułgarii. Z tamtych czasów mam sporą liczbę opakowań po niemieckich czekoladach. O ta, z widokiem na Alpy była wtedy bardzo popularna. Zobacz, mam bardzo dużo takich samych etykiet – prawie czterdzieści.

I ciotka, i ja zbierałyśmy opakowania na bieżąco, po tym, co ówcześnie było dostępne w sklepach. Nabywanie nowych egzemplarzy do kolekcji wiązało się więc jeszcze z przyjemnością zjedzenia czekolady. Teraz, patrząc na swoją kolekcję, mogę mniej więcej ocenić, ile kilogramów czekolady zjadłam w dzieciństwie.

Gdy oglądam ten osobisty czekoladowy zestaw, widzę również, , które marki były wówczas głównymi graczami na rynku cukierniczym: Goplana, Bałtyk, Śnieżka, Wedel, Społem, Wawel. Wszystkie produkowały rozmaite serie czekolad, w których bardzo ważną rolę odgrywało opakowanie. Często niesamowicie ciekawe projektowo. Dziś w dużych firmach nie ma już tej fantazji, by tworzyć tematyczne serie czekolad, batonów. Wszystko idzie spod jednej matrycy. Dzisiejsze półki ze słodyczami w tej perspektywie widzę jako strasznie nudną przestrzeń. Choć towarów paradoksalnie tysiące.

Mniej więcej w okresie liceum kolekcjonowanie przestało mnie interesować. Na szczęście pudła ze zbiorem etykiet czekoladowych nie wyrzuciłam. Leżało spokojnie i czekało na ponowne otwarcie prawie dwadzieścia lat. Sprowokowała mnie do tego moja córka Maja. Niesamowite, jak szybko odżywają wspomnienia. Ukoronowaniem powrotu do kolekcjonowania była wystawa „O! Kolekcja” w Muzeum Etnograficznym w Warszawie w 2016 roku, na której pokazywano przeróżne zbiory prywatnych kolekcjonerów, a wśród nich moje opakowania.

Dziś na nowo zbieram etykiety, ale inaczej. Dokładam kolejne, kiedy znajdę coś bardzo interesującego. Ostatnio na lotnisku w Hiszpanii. Chciałabym, by kolekcję przejęła moja córka. Na razie nie jest tym specjalnie zainteresowana, woli karty piłkarskie. Może z czasem doceni nietypowy zbiór mamy.

Patrzenie na opakowania od strony projektowej jest fantastyczną przygodą wizualną, w której świetnie odnalazłby się ktoś z zacięciem detektywistycznym. Podejrzewam, że w wielu wypadkach za projektami Wedla czy Bałtyku stały znakomite nazwiska. Może dzięki tej rozmowie spotkam podobnego do mnie pasjonata, który odkryje kolejne czekoladowe tajemnice.

Moja kolekcja jest niewymagająca. Mniej więcej trzysta opakowań po czekoladach i prawie drugie tyle po cukierkach i gumach balonowych mieści się w jednym niewielkim pudle. Ktoś powie: niewiele, inny: wow! Dla mnie ta liczba jest w punkt. Mniej znaczy przecież więcej, również w tym wypadku. Między innymi dlatego ostatnie kilka lat poświęciłam książce Be Haiku, na którą też można spojrzeć jak na kolekcję pięknych projektów.

Be Haiku to mój autorski wybór dwudziestu klasycznych japońskich wierszy haiku, mistrzów gatunku, połączonych z graficznymi obrazami artysty Ryszarda Kajzera. Na pomysł stworzenia książki wpadłam cztery lata temu. W haiku zakochałam się w czasie studiów aktorskich we Wrocławiu. W Ośrodku Grotowskiego, do którego często chodziłam na warsztaty, któregoś razu dostałam do pracy aktorskiej wiersz haiku, dokładnie kserokopię, z książki Haiku Czesława Miłosza. I stało się. Miłość od pierwszego wejrzenia. Kupowałam ten tomik znajomym w prezencie jak szalona. Kiedy coś bardzo lubimy, jest to fascynacja, chcemy się tym podzielić z całym światem. Tak było 20 lat temu z wierszami haiku w tłumaczeniu Miłosza i teraz tak jest z Be Haiku.

Połączenie filozoficznej myśli Wschodu z żywiołową, ekspresyjną estetyką graficzną Ryszarda Kajzera jest wyjątkowe. Haiku w swej minimalistycznej formie i taki sam oszczędny graficznie obraz intryguje, bawi, pobudza zmysły. Ilustracje Ryszarda są pełne nieoczywistych skojarzeń. Łączą świat przyrody z naszymi emocjami. Człowiek jest tu partnerem, przyjacielem, kochankiem, nieśpiesznym obserwatorem świata natury. Wiersz otwierający i zamykający książkę to znakomite przykłady tego szczególnego związku partnerstwa z naturą, bardzo charakterystycznego dla klasycznej poezji haiku. No i jest moc koloru, który nieustająco mnie fascynuje i który mnie przyciągnął do tych czekoladowych etykiet.

Patrząc na nasze szarobure ulice, mam ochotę zamienić się w czarodzieja, który obdarowuje kolorem przypadkowo napotkane osoby. Zastanawiam się, dlaczego ludzie tak chętnie ubierają się w szarości, czernie, a tak mało w kolorowe rzeczy. Wielokrotnie przekonałam się, że kolor bardzo pozytywnie działa na nasze samopoczucie. Aż chce się przyjacielsko krzyknąć: Niech żyje kolor!

//

Materiał opublikowany pierwotnie w numerze 16. magazynu Zwykłe Życie – RZECZY.