Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

„Zapomnieliśmy, że nie jesteśmy panami tej planety, a jedynie gośćmi, i to na bardzo krótkim turnusie. Powinniśmy szanować to, co mamy najcenniejsze, a robimy coś zupełnie odwrotnego. To brak szacunku i niewiarygodna krótkowzroczność”. Z Aretą Szpurą, idealistką z głową w chmurach, rozmawiam o zero waste, minimalizmie i o tym, jak łatwo można zmienić swoje życie w bardziej zrównoważone i odpowiedzialne wobec środowiska.

Mateusz Bzówka: Nie jesteś specjalistką w dziedzinie zero waste i minimalizmu, ale swoją codzienną postawą i na swoich kanałach w mediach społecznościowych promujesz te dosyć nietypowe style życia. Czym zatem są dla ciebie zero waste i minimalizm? Skąd taki pomysł, skąd ta zajawka?

Areta Szpura: Tak naprawdę wszystko zaczęło się od mody. Poświęciłam jej kilkanaście lat mojego życia. Na początku byłam blogerką, jakiś czas zajmowałam się stylizacją sesji zdjęciowych, a pewnego dnia wspólnie z Karoliną Słotą założyłyśmy Local Heroes. Ten ostatni okres trwał najdłużej, bo aż pięć lat. Kolejne etapy modowej ścieżki były dla mnie dosyć naturalne. Moda to temat, który pochłaniał mnie totalnie. Jednak pracując w tej branży w Polsce, nie miałam za bardzo świadomości, jaką częścią tego całego przemysłu jestem. Gdy zaczęłam czytać, oglądać, odkrywać, jak to wszystko działa, przeraziłam się.

MB: Dlaczego?

AS: Pierwszym bodźcem, który pchnął mnie w stronę zmiany stylu życia, był film The True Cost. To niezwykle rzetelnie przygotowany dokument o tym, jak przemysł modowy wygląda od podszewki – w jaki sposób traktowani są pracownicy ogromnych szwalni w krajach rozwijających się, pracujący dla największych marek, i jak przemysł modowy wpływa na środowisko. Ten film uświadomił mi, jak dużo rzeczy jest nie tak, jak powinno być. Pokazał też jednak, jak w stosunkowo prosty sposób można te złe praktyki zmienić na lepsze, bardziej zrównoważone i odpowiedzialne. Obejrzenie tego filmu zapoczątkowało u mnie cały proces zmian, który trwa do tej pory. Drugim filmem, który zainspirował mnie do działania, był dostępny na Netflixie Minimalism.

MB: I masz tutaj na myśli tylko podejście do mody? 

AS: Nie. Ta jedna, stosunkowo prozaiczna sytuacja, czyli wieczorne obejrzenie filmu, wpłynęła na to, jak zaczęłam postrzegać już nie tylko modę i przemysł z nią związany, ale również inne aspekty mojego życia: to, w jaki sposób się odżywiam, jak postrzegam politykę czy to, czym się otaczam i w jaki sposób mieszkam. Podejście zero waste może być stosowane uniwersalnie, i to staram się praktykować w moich codziennych wyborach.

MB: Dobrze, że o tym wspominasz, bo wydaje mi się, że to właśnie świadome dokonywanie wyborów leży u podstaw zero waste i minimalizmu. 

AS: Podważanie utartych schematów, szukanie alternatyw, zastanawianie się, czy coś ma sens czy nie, czy dana rzecz jest ci naprawdę niezbędna i jakie są jej wady i zalet to podstawa.

MB: Jaka była twoja pierwsza realna akcja mająca na celu ograniczenie posiadanych rzeczy? 

AS: Jedną z bohaterek Minimalismu jest Courtney, która zapoczątkowała globalną akcję Project 33. Polega ona na tym, że przez trzy miesiące nosisz tylko 33 wybrane ze swojej szafy rzeczy. Pomyślałam, że ma to sens i jest stosunkowo łatwe do zrobienia, ot tak! I spróbowałam. Przez wyznaczony czas korzystałam tylko z tych ubrań, które wybrałam. Nie pamiętam dokładnie, ile ostatecznie ich było, ale nie to jest najważniejsze w tej akcji. Chodzi o zwrócenie uwagi, że posiadając ograniczoną garderobę, spokojnie można funkcjonować i niczego ci nie brakuje. Co więcej, nie potrzebujesz dziesięciu T-shirtów, pięciu par spodni, kilkunastu rzeczy, które wciąż mają metki, i całej masy ubrań, w których po prostu nie chodzisz. Udział w tej akcji był dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Po pierwsze, doskonale wiedziałam, co mam w szafie, po drugie, poranne zbieranie się trwało nie 50 minut, jak do tej pory, a 5. Po trzecie, zmusiło mnie to do kreatywności – przez trzy miesiące ma się kilkanaście przeróżnych, mniej lub bardziej oficjalnych okazji, a przecież nie zawsze chcesz i możesz wyglądać tak samo, musiałam więc kombinować, co poskutkowało kilkoma zestawami, na które nigdy bym nie wpadła. A po czwarte, i chyba najważniejsze, dzięki temu zaczęłam bardziej zastanawiać się nad zakupami. Prosty przykład? Sukienka na wesele – typowa jednorazowa rzecz, więc lepiej taką pożyczyć, a nie kupić. Ograniczając liczbę rzeczy, masz nagle więcej miejsca na życie i znacznie więcej czasu, bo nie marnujesz go na szukanie czegoś w szafie czy szlajanie się po sklepach.

MB: Nie powiesz mi jednak, że przez ten czas nic sobie nie kupiłaś. 

AS: Pewnie coś tam kupiłam, ale chodzi o to, żeby to kupowanie i generalnie stosunek do już posiadanych rzeczy były przemyślane, a nie kompulsywne. Można kupić coś dobrej jakości, na lata, coś produkowanego w ekologiczny i zrównoważony sposób, można coś wypożyczyć, kupić z drugiej ręki czy naprawić. Moje dotychczasowe, bardzo konsumpcyjne podejście zostało przez tę akcję bardzo brutalnie zweryfikowane, w wyniku czego odłożyłam je gdzieś w daleki kąt. A ciuchy były dla mnie pierwszym przystankiem, bo tak jak już mówiłam, minimalistyczne podejście do życia można stosować do wszystkich aspektów codzienności: jedzenia, mieszkania czy posiadanych gadżetów…

MB: Jak zatem nie zwariować?

AS: Mierzyć siły na zamiary, robić małe kroki i podchodzić do wszystkiego w zrównoważony sposób.

MB: Mam wrażenie, że paradoksalnie, żeby zacząć żyć w zgodzie z ideologią zero waste, trzeba zaopatrzyć się w kolejne rzeczy. Jest taki niezbędnik? Co nosi w swoim plecaku Areta Szpura?

AS: Rozłożyłam na czynniki pierwsze mój zwyczajny dzień i zaczęłam się zastanawiać, od czego mogłabym zacząć zmieniać moje życie. Zaczęłam od najprostszych rzeczy: noszenia ze sobą materiałowej siatki na zakupy, rezygnacji z plastikowych butelek na rzecz metalowych, wielokrotnego użytku, zaopatrzenia się w metalowy sztuciec – łyżka i widelec w jednym, który zawsze noszę ze sobą i używam, gdy jem na mieście, a są dostępne jedynie plastikowe sztućce. To pierdoły, nie oszukujmy się, ale wyobraź sobie – gdyby każdy wymienił plastikowe sztućce na wielorazowe metalowe albo biodegradowalne? O ile mniej byłoby śmieci! Mi to wystarcza, żeby czuć się lepiej. Mam dużą satysfakcję z tego, że robię coś, co może nie do końca pomaga, ale przede wszystkim nie szkodzi.

Kupując raz a porządnie, kupujesz odpowiedzialnie. Jeśli już coś kupuję, to musi być to wykonane ze stali – bo praktycznie jest niezniszczalna i ma długi żywot, szkła – bo po zużyciu danej rzeczy łatwo można przetworzyć ją na coś innego, czy z bambusa – bo jest biodegradowalny, a robi się z niego chociażby szczoteczki do zębów, które wcale nie są droższe od tych standardowych.

Gdyby ktoś za jednym razem chciał zaopatrzyć się w ten „pakiet startowy”, to mógłby to być większy wydatek, ale w perspektywie pieniądze zainwestowane na przykład w stalową butelkę zwrócą się w przeciągu miesiąca, bo nie kupujesz napojów, tylko dbasz o to, żeby mieć przy sobie zawsze pełną butelkę wody.

Wiem, jestem idealistką, ale ostatnio doszłam do wniosku, że zapomnieliśmy, że nie jesteśmy panami tej planety, a jedynie gośćmi, i to na bardzo krótkim turnusie. Powinniśmy szanować to, co mamy najcenniejsze, a robimy coś zupełnie odwrotnego. To brak szacunku i niewiarygodna krótkowzroczność.

MB: Dlaczego tak jest? Dlaczego tacy jesteśmy? 

AS: Bo ludzie nie mają świadomości, że to, jakie decyzje podejmują chociażby tutaj, w Polsce, ma wpływ na to, co się dzieje na przykład w Indonezji. Nie żyjemy nad oceanem, nie widzimy tego, że delfiny czy żółwie umierają zaplątane w plastikowe jednorazowe siatki, ale to nie znaczy, że ten problem nas nie dotyczy. Jak w wielu przypadkach, ta krótkowzroczność to wynik edukacji w tym zakresie, a w zasadzie jej braku. Wierzę, że ludzie są z gruntu dobrzy, tylko trzeba im pewne rzeczy unaocznić, bo nikt im tego wcześniej nie pokazał czy nie powiedział. Ale jak już się to zrobi, to ta informacja może trafić na podatny grunt – ktoś się zainteresuje i zacznie drążyć temat, a to już jest połowa sukcesu. Widzę to chociażby po swoim profilu na Instagramie.

MB: No właśnie, obserwuje cię ponad 60 tysięcy osób. To, co powiem, może wydawać się trochę na wyrost, ale wydaje mi się, że masz ogromny wpływ na to, co ludzie myślą, i to, jakich wyborów dokonują. 

AS: Znamy się nie od dziś, więc dobrze wiesz, że nie zawsze tak było. Dorastałam z Instagramem, kiedyś wrzucałam po prostu zdjęcia kawy, teraz to się zmieniło. Często obrażam się na media społecznościowe i robię sobie detoks. Miewam takie dni, że chciałabym to wszystko skasować, ale doszłam do wniosku, że nie wyprowadzę się przecież do lasu i się nie odetnę, bo to też nie leży w mojej naturze, ale skoro już jest ten profil i mam odbiorców, to dlaczego nie wykorzystać go do czegoś dobrego? Uświadamianie to moja nowa życiowa misja. Jeśli mogę pomóc, to czemu miałabym tego nie zrobić? To trochę egoistyczne, ale dzięki temu lepiej mi się wstaje rano i siada do pracy.

MB: Dlaczego ten temat – zero waste, minimalizmu i odpowiedzialnego konsumpcjonizmu – jest popularny akurat teraz?

AS: Nie da się ukryć, że jest to jakiś rodzaj trendu, ale myślę, że to trend, który nie wziął się znikąd: jesteśmy w dupie, jeśli chodzi o dbanie o naszą planetę. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat byliśmy tak pochłonięci konsumpcją i produkcją, że nie było przestrzeni na to, aby zastanowić się nad konsekwencjami tego. Oczywiście, były i są kraje, w których świadomość ekologiczna w społeczeństwie jest wysoka, na przykład w Szwecji, Norwegii czy Danii, ale mimo wszystko to wciąż jakiś margines. Szczęście w nieszczęściu polega na tym, że nachapaliśmy się już tak dużo, że w końcu możemy zacząć myśleć o czymś innym niż tylko zaspokajanie swoich potrzeb. Żyjemy w czasach produkcji linearnej.

MB: Co to znaczy? 

AS: Życie danego przedmiotu jest linearne – można zbadać historię danej rzeczy od momentu, kiedy zeszła z taśmy produkcyjnej, przez czas jej używania, aż do zużycia i chwili, gdy ląduje w śmietniku. Ale mało kto zastanawia się, co dalej z tymi śmieciami – przecież przyjedzie śmieciarka i zabierze! A to gdzieś jedzie, gdzieś leży, gdzieś się rozkłada i zanieczyszcza środowisko, trafia do wód gruntowych, mórz, oceanów, a potem my pijemy tę wodę i jemy ryby skażone zanieczyszczeniami. Nie ma wysypisk śmieci w środku miasta, więc nikt się nad tym nie zastanawia. Gdybyśmy wrócili do myślenia cyrkularnego, to w idealnym świecie producent byłby odpowiedzialny za wypuszczenie możliwie ekologicznego produktu czy łatwego do przetworzenia opakowania, którego produkcja powodowałaby niską emisję dwutlenku węgla. Człowiek dysponuje już technologią, mamy przecież chociażby butelki „plastikowe”, które są produkowane z biotworzywa, które w momencie, gdy się je opróżni, zaczynają się rozkładać. Trzeba tylko systemowej zmiany, za którą stałyby chęci i poczucie odpowiedzialności za Ziemię.

MB: Jak w takim razie świadomie pozbywać się rzeczy? Masz na to jakiś sposób? 

AS: Pozbywanie się rzeczy to druga kwestia. Pierwszą, o której powinniśmy myśleć, to mniejsza ich produkcja. A na to sposobów jest wiele: można kupować rzeczy na wagę, na przykład kasze, można kupować produkty, które nie są szczelnie zapakowane w plastik, można zaopatrywać się w produkty od rolników, na bazarkach i straganach. Inna gałąź śmieci to opakowania po kosmetykach – w większości po podstawowych środkach czystości, a przecież proszek, płyn do płukania, pilling, pastę do zębów czy dezodorant można zrobić sobie samemu.

MB: Nie masz wrażenia, że to trochę taki chichot losu, że ta cała grupa trendów, w której znajdują się zero waste, minimalizm, o których rozmawiamy, ale też mindfullness, przyszła do nas ze Stanów? Przecież jest to kraj na wskroś konsumpcyjny. 

AS: Coś w tym jest, ale może to właśnie dlatego te nowe sposoby myślenia mają tam swoją genezę. Amerykanie lata temu zetknęli się z tym problemem i dlatego to właśnie u nich wcześniej zaczęło się szukanie alternatyw. My dopiero teraz zaczynamy się z tym jakoś mierzyć. Z drugiej strony pamiętajmy, że trendy adaptowane są głównie w Nowym Jorku i Kalifornii. Ale Stany Stanami, zapominasz o Skandynawii – tam też mają duże osiągnięcia w tej dziedzinie.

MB: Wciąż uważasz, że DOING REAL STUFF SUCKS? 

AS: Jakiś czas temu zaczęłam się zastanawiać nad tym hasłem i myślę, że trzeba je będzie trochę zweryfikować, bo robienie zwykłych rzeczy, zwykłe życie wcale nie jest do bani! Przez 10 lat to hasło się sprawdzało i choć teraz moje podejście nieco się zmieniło, nie mam zamiaru się go wstydzić. Wiesz, wciąż pozostaję sobą, nie są mi potrzebne jakieś łatki czy szufladkowanie tego, co robię. Na razie bliskie mi tematy to ekologia i uświadamianie ludziom, jak żyć, żeby to, co robią, nie wpływało negatywnie na naszą planetę. Między innymi dlatego też rozmawiamy.

MB: Zaczęliśmy naszą rozmowę od twojej pasji do mody. To dzięki niej, a w zasadzie przez nią stwierdziłaś, że chcesz zmienić swoje życie. Jak to wygląda teraz? Moda dalej jest twoją pasją? 

AS: Między mną a modą panuje taki love-hate relationship. Po kilku latach bardzo wytężonej pracy mam jej trochę dość i potrzebuję od niej odpocząć. Moda jednak w pewnym stopniu ograniczyła mój światopogląd i mam teraz ogromną potrzebę poznawania nowych rzeczy, uczenia się i czytania książek, z którymi wcześniej nie było mi po drodze. Kto wie, może połączę modę z moją niedawno nabytą wiedzą i stworzę coś zupełnie nowego?

MB: Mówisz, że twoją nową życiową misją jest uświadamianie. Masz jakiś apel do czytelników ZŻ? 

AS: Większość ludzi wychodzi z założenia, że nie są w stanie niczego zrobić, że ich codzienne wybory nie mają żadnego znaczenia z perspektywy globalnej. Zaczęłam to kwestionować. Pomyślałam sobie: gówno prawda! Wcale tak nie jest! Nasze małe codzienne kroczki sumują się i mają wpływ na to, jak wygląda świat. Każdy codziennie podejmuje jakieś decyzje, dlaczego więc nie robić tego świadomie?

//

Materiał ukazał się pierwotnie w 16. numerze magazynu Zwykłe Życie #RZECZY. Numer dostępny TUTAJ.