Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Pochodząca z Moskwy Yana Kedrina (ukrywająca się pod pseudonimem Kedr Livanskiy) urodziła się w krytycznym momencie dla historii Rosji, kiedy wyczerpała się idea Związku Radzieckiego, a w czasach rekonstrukcji potępiono stare wartości. Transformacja kraju sprawiła, że i Kedr w czasie zachodzących zmian odkryła siebie na nowo. W swoich poszukiwaniach wielokrotnie uciekała od otaczającej rzeczywistości w idee romantyzmu, interesując się mitycznymi motywami i bajkowymi obrazami, które znalazły mocne odzwierciedlenie na jej ostatnim długogrającym wydawnictwie pt. „Ariadna”, który promować będzie w czasie pierwszego występu w Polsce już w najbliższą niedzielę. Na kilka dni przed wizytą w Warszawie Kedr opowiedziała nam o rosyjskim folklorze, moskiewskim ruchu DIY tworzonym przez jej najlepszych przyjaciół z kolektywu John’s Kingdom i sensacyjnej scenie muzyki elektronicznej, jaka narodziła się w latach 80-tych w Iżewsku.

Kasia Wójcik: W jednym z wywiadów ciepło wspominasz dzieciństwo. Mogłabyś opowiedzieć nam więcej o miejscu, w którym się urodziłaś i wychowałaś? 

Yana Kedrina: Wychowałam się w Moskwie, ale właściwie nie mam z tego miejsca wspomnień z lat dziecięcych, a to dlatego, że letnie wakacje oraz ferie zawsze spędzałam na wsi u dziadków. Myślę, że całe dobro, które jest we mnie, związane jest właśnie z tamtym miejscem, światopoglądem oraz babcią i dziadkiem. Moje relacje z nimi były znacznie bliższe i silniejsze niż z rodzicami. To małe miasteczko, do którego przyjeżdżałam znajduje się w obwodzie pskowskim, prawie tysiąc kilometrów od Moskwy. W wioskach, w tamtych czasach, jeszcze istniała jakaś obrzędowość z całym folklorem i tradycjami, z własnymi, archaicznymi przekonaniami, których nawet Związek Radziecki nie był w stanie wykorzenić z ludzi mieszkających poza miastem. Tam też uświadomiłam sobie, że bliskość natury, szacunek do niej, życie w zgodzie z naturalnym cyklem i nieodłączne współistnienie wszystkich jej elementów, jest mi dużo bliższe niż te kapitalistyczne pomysły i idee, według których to człowiek jest panem ziemi. Wcale tak nie jest! W czasie wakacji u babci miałam też zawsze dużą styczność z muzyką. Na przykład każdego dnia po pracy w gospodarstwie moi dziadkowie urządzali „czas dla duszy”, wtedy dziadek grał na akordeonie, a babcia śpiewała. Powtarzali ten osobisty rytuał do końca życia – każdego dnia, każdego roku, wyłącznie dla siebie. Często biegałam wokół domu z przyjaciółmi i przez otwarte okna dolatywały do mnie dźwięki granej przez nich muzyki. Moja babcia miała sześć sióstr, a wszystkie z nich żyły praktycznie na tej samej ulicy i na tarasie naszego domu często zbierali się goście, a wszystkie siostry śpiewały stare rosyjskie i radzieckie piosenki. Myślę, że wtedy zaczęłam postrzegać muzykę nie jako oddzielny aspekt życia, ale jako jego najprawdziwszy, żywy element. Więc mimo tego, że większość życia spędziłam w Moskwie, uważam że mój dom jest tam. W mieście Ostrów, w obwodzie pskowskim.

KW: Dorastałaś zanim Internet sprawił, że wszystko stało się łatwo dostępne. Jaki to miało wpływ na twoje muzyczne poszukiwania? 

YK: Właściwie to nie do końca. Do 13 roku życia słuchałam raczej tego, co włączali rodzice albo tego, co grały stacje radiowe czy MTV, ale w wieku 13 lat zaczęłam korzystać z internetu. Akurat w tym samym czasie przeczytałam książkę „Please Kill Me: The Uncensored Oral History of Punk”, zaprzyjaźniłam się w szkole z jedynym skejterem i sama zaczęłam aktywnie interesować się muzyką, której nie puszczano w telewizji czy stacjach radiowych. Oprócz tego, w tamtych czasach było już dostępne doskonałe narzędzie do wymiany informacji Soulseek, które zainstalował mi mój dobry przyjaciel. Było jeszcze jedno świetne źródło – LiveJournal, gdzie można było spotkać fajnych ludzi, dowiedzieć się czego dana osoba słucha w tej chwili i znaleźć mnóstwo fajnych zespołów.

KW: Co jest najlepsze w byciu młodym mieszkańcem Moskwy? 

YK: Ogólnie lubię Rosję za to, że dominują tutaj siły chaosu. Oczywiście wiele osób stara się uporządkować swoje życie, przepisać mu pewne reguły, ale w Rosji to wszystko działa i nie działa jednocześnie. I właśnie to, że nie działa, sprawia, że to miejsce żyje. Ludzie w Rosji nie potrafią żyć w jakiejś określonej konwencji, nie potrafią udawać. Nie działają tu też zasady jakiejś etykiety, społecznie unormowane grzeczności, jak w Ameryce albo Europie. Z jednej strony to nie jest proste, bo dotyka cię po prostu dużo chamstwa. Ale z drugiej strony, od razu widać, kto jest kim. W Rosji żyje bardzo dużo utalentowanych osób, cała sfera związana ze sztuką jest bardzo żywa. Ludzie autentycznie ekscytują się tym, co robią i to jest bardzo odczuwalne.

KW: Przechodząc więc płynnie do sztuki, a dokładnie do muzyki. Parkiet jest dla ciebie samotnym miejscem, w którym zatracasz się w muzyce, czy raczej czujesz się połączona ze wszystkimi?

YK: Szczerze mówiąc nie wiem, mam dziwne relacje z parkietem, bo wokół zawsze są ludzie, a ja nie lubię, kiedy jest za dużo ludzi. W czasach, gdy miałam 20-25 lat bardzo dużo imprezowałam. Za dużo. Chyba siły już mnie opuściły. Teraz moim głównym parkietem jest mój dom. Budzę się i od razu włączam muzykę. Muzyka na moim domowym parkiecie gra od rana do nocy.

KW: Inspiracje do tworzenia tej płyty wiążą się Iżewskiem (czasami określanym jako „stolica rosyjskiej muzyki elektronicznej”) i tamtejszym brzmienia lat 80. Czy możesz powiedzieć nam więcej, dlaczego ten okres tak cię fascynuje?

YK: Faktem jest, że w drugiej połowie lat 80-tych prawie nie zdarzało się, żeby zagraniczna muzyka przenikała do ZSRR zza żelaznej kurtyny – między innymi dlatego, że niemożliwe było, by gdziekolwiek wyjechać. Podczas gdy na całym świecie miała już miejsce rewolucja elektroniczna, do Rosji ściągano tylko takie płyty, jak The Beatles czy Led Zeppelin. W rosyjskim podziemiu grano wyłącznie rock’n’roll i punk albo coś w rodzaju synth popu – wokół tych gatunków i może jeszcze wokół jazzu, trochę się eksperymentowano, ale było jednak bardzo mało muzyki awangardowej, a jeszcze mniej elektronicznej. I nie jest do końca jasne, w jaki sposób wtedy w Iżewsku grupa ludzi zdołała osiągnąć tak niesamowite brzmienie bez dostępu do dziedzictwa muzyki światowej. Praktycznie stworzyli tam swoją własną scenę i sami odkryli to, co było już znane na całym świecie. W kontekście historii naszego kraju to zjawisko jest zaskakujące, ponieważ nie było tutaj ciągłości kulturowej i wymiany doświadczeń muzycznych. Zwłaszcza, że Iżewsk nie jest stolicą, a właśnie tam narodziły się zespoły takie jak Stuk Bambuka v 11 chasov i Samci dronta.

KW: W utworze „ACDC” słyszymy Martina Newella z zespołu z lat 80. Cleaners From Venus. Znaczna część jego muzyki została nagrana w domowym studiu, dystrybuowana tylko na kasetach, rozpowszechniana dzięki recenzjom w podziemnych fanzinach albo dzięki informacjom przekazywanym ustnie. Czy jego obecność jest hołdem dla ruchów DIY, w których uczestniczysz jako członek John’s Kingdom? Jaka jest historia kolektywu?

KL: Pierwotnie John’s Kingdom to była po prostu grupa przyjaciół, którzy kochali muzykę, a ja stanowiłam jej część. Na początku dużo jammowaliśmy, zresztą każde spotkanie w weekend kończyło się wspólnym muzykowaniem. Graliśmy na wszystkim, co w tamtej chwili wpadło nam w ręce bez względu na to, czy mieliśmy połamane pianino, czy gitarę z jedną struną – muzyka nas jednoczyła. W pewnym momencie wszyscy zaczęli realizować własne projekty, a ponieważ wtedy naprawdę nie było przestrzeni, żeby je zaprezentować przed publicznością, zaczęliśmy organizować w różnych miejscach imprezy, które nazywały się John’s Kingdom. W zamierzchłych czasach wszyscy mówiliśmy do siebie per John – taki już był przyjęty zwyczaj. Dlatego naturalną konsekwencją było, by imprezy nazywały się John’s Kingdom – to było nasze królestwo. Z drugiej strony nie było też miejsca, gdzie moglibyśmy naszą twórczość nagrywać, więc sami zaczęliśmy wydawać nasze kompilacje na kasetach, sami projektowaliśmy ich wygląd i odpowiadaliśmy za wszystko, co się  z tym dalej wiązało. W pewnym momencie nasz przyjaciel Savier otworzył swój klub NII, który przerodził się w prawdziwą muzyczną świątynią, a osoby związane z kolektywem stali się ruchem oryginalnych artystów. W rzeczywistości John’s Kingdom skupia ludzi o podobnych poglądach, którzy stworzyli wokół siebie pewien kontekst, tworzą muzykę i kształcą nowe pokolenie słuchaczy muzyki elektronicznej.

KW: Coraz więcej artystów z Ukrainy przyjeżdża do Polski, ale nie jesteśmy tak dobrze zaznajomieni z rosyjską muzyką współczesną. Czy mogłabyś opisać dzisiejszą rosyjską scenę elektroniczną i jaki ma wpływ na twoją muzykę?

KL: Różnica polega na tym, że w Rosji ta scena dopiero się kształtuje. To tak, jak z dziećmi. Na początku swojej drogi są naiwne, trochę bezczelne, trudno im coś narzucić. Podobnie przedstawiciele rosyjskiej sceny poszukują nowych rozwiązań, tworzą własne standardy dotyczące tego, co i w jaki sposób robić, jak i co sprzedawać itd. To ogromna radość obserwować moment, kiedy wszystko dopiero się zaczyna. Dla mnie osobiście najważniejszymi osobami na moskiewskiej scenie są moi przyjaciele związani przede wszystkim z klubem NII. Wytwórnia Gost Zvuk  i Johns Kingdom oraz nowy label stworzony przez świetnego muzyka Buttechno, Rassvet Records. Obecnie w Moskwie i w ogóle w całej Rosji powstaje wiele odrębnych społeczności artystów, którzy występują na imprezach prezentujących lokalną rosyjską scenę. Interesującym przykładem jest Oblast Records, a wśród młodych artystów wskazałabym Vtgnike, Lapti, Oleg Buyanow, Buttechno, Flaty – moim zdaniem to oni są obecnie najbardziej na czasie. Uważam, że nowa, rosyjska scena w pewnym sensie już zdążyła się ukształtować, a teraz wszystko nabiera rozpędu i rozkwita. Myślę, że przez najbliższe parę lat będzie tutaj bardzo ciekawie. Niezależnie od interesów zachodu, w Rosji była, jest i będzie fajna muzyka.

KW: Wiele ostatnio pisano i mówiono o tym, że kluby w Londynie czy Berlinie mają już za sobą swoje dni świetności i że uwaga świata skupia się teraz na wschodzie Europy. Jaki jest największy atut lokalnej sceny? Które kraje wskazałbyś jako kolejny kierunek rozwoju tego gatunku?

YK: W ciągu ostatniego stulecia trendy wyznacza Europa Środkowa oraz Ameryka. Ale przychodzą momenty, kiedy przeżywają kolejny przejściowy kryzys i wtedy wychodzą ze swoich gniazdek i patrzą na to, co się dzieje wokół — w pozostałej części świata. Na pewno Ukraina i Rosja są na pierwszym miejscu mojej listy. Chociaż nieco wyżej umieściłabym Rosję, to Ukraina też ma potężne zaplecze w tym zakresie. Pochodzi stamtąd wielu wspaniałych artystów i to nie tylko ze stolicy, bo mniejsze lokalne inicjatywy też prężnie się rozwijają. Ludzie są naładowani pomysłami, ciągle coś tworzą, powstają nowe kolaboracje, festiwale, imprezy, wystawy. Muzyka po prostu łączy ludzi. Pod względem autentyczności wyróżniłabym też Estonię.

KW: Opisałabyś siebie jako feministkę? Problem seksizmu w świecie muzyki dociera od czasu do czasu do mediów, a muzyka elektroniczna nie jest wyjątkiem – wielu artystów reprezentujących ten gatunek również bierze udział w walce o równość. Czy czujesz poczucie odpowiedzialności wobec innych kobiet na scenie?

YK: Uważam, że w moim gronie znajomych i przyjaciół są właściwi ludzie, którzy nie przejawiają seksistowskich zachowań. Nawet nie wiem, jak ta sytuacja wygląda w branży, nigdy bezpośrednio nie miałam styczności z tym problemem. Pewnie dlatego, że zawsze daję jasno do zrozumienia, że potrafię zadbać o siebie. Wychodzę z założenia, że na świecie nie dominuje płeć, ale umysł. Popieram ruch feministyczny, dzięki jego zwolenniczkom i zwolennikom do społeczeństwa, które jest ograniczone seksistowskim i przestarzałym myśleniem, trafiają słuszne idee. Ale ja zajmuję się muzyką, a ktoś inny zajmuje się polityką – każdy musi być na swoim miejscu. Tak więc zgadzam się z feministycznymi poglądami, aczkolwiek nie jestem aktywną uczestniczką tego ruchu. Jednak, jeśli sytuacja będzie tego wymagała, to stanę w obronie praw kobiet.

KW: A jeśli chodzi o reprezentację kobiet, jak wygląda biznes muzyczny w Rosji?

YK: W Rosji nie ma biznesu muzycznego. W rzeczywistości istnieje tylko jego najwyższy szczebel, czyli show-biznes oraz nisza którą zajmujemy my, muzycy drugiej kategorii, ale to jest coś totalnie innego, to raczej DIY. O rosyjskim show biznesie nawet nie ma sensu gadać – w nim kobieta nadal jest przedstawiana, głównie przez inne kobiety, jak niewolnica mężczyzny, która jest gotowa położyć się u jego stóp naga, piękna i głupia. Postrzeganie świata przez społeczeństwo jest prymitywne, ale ja nawet się w to nie wtrącam. Dawno się odcięłam od branży i tak naprawdę nigdy mnie tam nie było, bo nic mi się w niej nie podoba. W pewnym sensie uwielbiam eskapizm. Na pewno nie chcę uczestniczyć w tym powszechnym szaleństwie lub walczyć z ludźmi i ich poglądami. Dla mnie oni po prostu nie istnieją.

//

Kedr wystąpi na festiwalu SHARE NOW już w najbliższą niedzielę w warszawskim klubie Miłość Kredytowa 9. Więcej informacji TUTAJ.