Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Catz ’N Dogz to ceniony na całym świecie duet DJ-ski, który tworzą Grzegorz Demiańczuk i Wojtek Tarańczuk, ale dla nas to przede wszystkim przykład tego, że przyjaźń w show biznesie nie tylko istnieje, ale może być niezawodna jak selekcja Pete Tonga i trwalsza niż mury berlińskiego Berghain. Przyjaciele współpracują już od kilkunastu lat, a do dzisiaj założyli dwie wytwórnie płytowe, zagrali setki imprez w największych europejskich klubach, organizują własny Wooded Festival i aktywnie działają na rzecz rozwoju polskiej muzyki elektronicznej wspierając rodzimych producentów. Ich ostatnia kompilacja „Friends of Pets” jest deklaracją, że mimo pogłębiających się podziałów na całym świecie wciąż istnieją rzeczy, które łączą, a nie dzielą. Premiera płyty oraz nadchodzący warszawski występ w projekcie Boiler Room stały się doskonałą okazją, by porozmawiać o ich bliskiej relacji, która zrodziła się w czasie undergroundowych imprez organizowanych na początku lat 2000 w Szczecinie.

Kasia Wójcik: Jak się poznaliście? 

Grzegorz Demiańczuk: Poznaliśmy się w Szczecinie. Wojtek miał wtedy 19 lat i w 2002-2003 robił bardzo undergroundowe imprezy, na których zaczynał grać. W tym czasie usłyszałem od jakiegoś kolegi, że jest w mieście nowy koleś, który puszcza fajną muzykę. Pamiętam, że poszedłem posłuchać i bardzo mi się spodobało, że Wojtek przełamywał artystyczne konwenanse, bo tamtejsza scena była zamknięta i większość osób grała zachowawczo, nie wychodząc poza określony styl. W Wojtku spodobało mi się to, że nie był w tym sosie i grał to, co mu się naprawdę podobało.

Wojtek Tarańczuk: To wynikało też z tego, że po prostu nie miałem kasy na płyty. Musiałem trochę rzeźbić z tego, co było dostępne.

GD: A ja miałem wtedy audycję w Radiu ABC, które powstało z inicjatywy wielu młodych artystów i po jakimś czasie robiliśmy ten program razem z Wojtkiem. Powstał też klub w Szczecinie, w którym zaczęliśmy rezydenturę. Niestety audycja była w niedzielę i zdecydowanie nie był to najlepszy dzień, bo zaczęliśmy wtedy grać więcej imprez, a wchodzenie po nich do studia bywało zabawne.

KW: To chyba doskonała okazja, żeby zapytać o jakieś dobre anegdoty. 

WT: Raz przez przypadek wyłączyliśmy cały prąd w radiu.

GD: Powiedziałem coś głupiego, przejęzyczyłem się oczywiście i nasz kolega zaczął się tak śmiać, że potknął się o przedłużacz, który zasilał wszystkie komputery i nadajnik. Tak wyglądały nasze początki.

KW: Poza takimi wypadkami, łatwo było przejść od pracy w pojedynkę do pracy w duecie?

GD: Ja zawsze szukałem partnera do pracy i akurat z Wojtkiem dobrze się uzupełniamy, więc się udało. Ale często się kłóciliśmy, sprzeczaliśmy.

KW: Stąd nazwa Catz ’N Dogz? 

WT: Tak, na początku bardzo dużo się spieraliśmy, ale najczęściej o zupełnie błahe sprawy. Jesteśmy najbardziej różnymi osobowościami, jakie tylko możesz sobie wyobrazić.

KW:  Z tych różnic nie wynikły nigdy żadne gwałtowne perypetie? Na muzycznej scenie znaleźlibyśmy pewnie wiele par przyjaciół, którzy się jednocześnie kochają i nienawidzą, bo kiedy pracuje się razem tak blisko, to jak w każdej relacji musi dojść do spięć. 

WT: Nie. Nie ma między nami takiej love-and-hate relacji, bo łatwiej udaje nam się zaadaptować do swoich wymagań i sprostać temu, czego oczekuje druga osoba.

GD: Także sprostać swojemu ego. Sekret kreatywnej pracy polega na tym, że zawsze pojawią się różne opinie i trzeba się nauczyć o nich dyskutować, bo dzięki temu udaje się coś razem tworzyć. Myślę, że dzięki naszym dobrym relacjom udaje nam się tak długo i kreatywnie współpracować.

KW: Współpraca układała się tak dobrze, że zaczęliście wydawać płyty i postanowiliście założyć wytwórnie. Co wam przynosi największą satysfakcje w tej pracy?

WT: Największą satysfakcję przynosi mi to, że dalej wydajemy na nośniku, który da się dotknąć. Ogromną przyjemność sprawia mi po prostu siedzenie w płytach. Ale mam wrażenie, że niemniejszą radość sprawia mi poznawanie ludzi, którzy dają nadzieję, że we współczesnym świecie są albumy, których żywot trwa dłużej niż trzy dni. To wspaniałe uczucie, kiedy jedziemy do Stanów i ktoś opowiada nam, że do naszego kawałka uprawiał trzy lata temu najlepszy sex i tak poznał swoją dziewczynę.

GD: Dla mnie satysfakcją jest układanie tych klocków, budowanie od początku całej strategii, ale końcowy efekt też mnie zawsze bardzo cieszy.

KW: Jak w takim razie wygląda wasz proces tworzenia? 

WT: Z reguły wygląda to tak, że ja wychodzę z pierwszym pomysłem, a Grzegorz jest dobry w budowaniu dalszej strategii. Dlatego wydaje mi się, że oddzielnie nie bylibyśmy stanie osiągnąć takiego sukcesu, bo w każdej firmie ważne są te dwie funkcje. Ja na przykład kompletnie nie potrafię korzystać z Excela albo podobnych narzędzi. I od kiedy wyprowadziłem się do Madrytu, gdzie muszę sam rezerwować sobie loty, to okazało się, że jestem w tym po prostu tragiczny, podczas gdy Grzegorz należy do programów partnerskich wszystkich linii lotniczych. Jesteśmy po prostu idealnie dopasowani i każdy ma w wytwórni swoją rolę. Ja nie wstaję rano myśląc „Och nie, muszę otworzyć Excela”, a Grzegorz nie wstaje mówiąc „O jezu, muszę to wymyślić”, bo ja wysłałem mu już rano 7 SMS’ów z pomysłami.

GD: Tak, a ja po prostu wstaję i robię.

KW: Często się zastanawiam i pytam o to artystów, czy istnieje dla nich jakiś ostateczny proces weryfikacji. Sprawdzian, po którym wiecie, że utwór osiągnął już ostateczny kształt, czy po prostu trzeba stłumić perfekcjonizm i zaufać intuicji. 

WT: Przeczytałem ostatnio u Bukowskiego zdanie „Nie przejmuj się, bo ludzie też nie wiedzą, co robią”. I bardzo mi to pomaga, bo tak naprawdę nikt z nas nie wie, co robi…

GD: Myślę, że nie da się tego przewidzieć, bo podobny moment czasami w ogóle się nie pojawia. Cieszy nas to, że często rozumiemy się bez słów i nie musimy sobie dokładnie wszystkiego tłumaczyć, omawiać każdego szczegółu, bo wiemy, co chcemy wspólnie osiągnąć. Mamy też wokół osoby, które nam bardzo pomagają. Naszą managerkę Marysię, która filtruje informacje, które powinny do nas dotrzeć, a my możemy się skupić bardziej na rzeczach kreatywnych. Mamy też Martę, która pomaga nam w tej chwili z wytwórnią, bo wcześniej robiliśmy wszystko sami.

WT: Problemem jest jednak to, że obaj mamy ogromne ambicje. To jest nasza wspólna cecha i często osoby, z którymi chcielibyśmy współpracować, nie chcą pracować z nami, bo my zawsze stawiamy sobie cele…

GD: …ale udało nam się przez te wszystkie lata zrozumieć, że tak już jest i to jest normalne. To nam trochę ułatwiło życie i pracę, bo…

WT: …zdaliśmy sobie sprawę z tego, że…

WT&GD: …nie wszyscy nas muszą lubić.

KW: Chciałam zapytać o manifest, który opublikowaliście wiosną. Dlaczego właśnie teraz się na to zdecydowaliście? [manifest można przeczytać TUTAJ – przyp. red.]

WT: Zdecydowaliśmy się go opublikować, ponieważ po tylu latach różnych doświadczeń w branży i tej fali negatywnych opinii, która płynie z mediów chcieliśmy podkreślić, że w dzisiejszym świecie artysta też jest medium, które może coś przekazać i zainspirować innych. Jak wspomniałem wcześniej – osoby, które mieliśmy okazję poznać, które my zainspirowaliśmy, nadal nas obserwują i słuchają. Dlatego cieszymy się, że nasz manifest do nich dociera i chcemy zrobić kolejne projekty z nim związane, żeby to było coś więcej niż tylko słowa.

KW: Dla mnie jest on też związany z tym, co powiedzieliście wcześniej o wydawaniu albumów, które można dotknąć, co zmusza nas do większej uważności.

WT: Nie chcę, żebyśmy wyszli na hipokrytów, bo nie każde nasze wydawnictwo ma nośnik fizyczny. Niektóre są stworzone do grania w klubie, a celem innych jest słuchanie w domu, dlatego zawsze kierujemy się emocjami, jakie na danym wydawnictwie umieściliśmy i na ich podstawie określamy jego cel. Wydając płyty zawsze formułujemy ich cel, a nie wartość. Staramy się zwizualizować, do kogo chcemy dotrzeć.

KW: Skoro już mowa o celach, to „Friends of Pets” jest w pewnym sensie hołdem dla przyjaźni. Czym jest, czy jaka powinna być prawdziwa przyjaźń?

GD: Przede wszystkim współpracując ze sobą tak długo staramy się, żeby relacje między nami były uczciwe i przejrzyste od początku do końca. Żebyśmy byli otwarci na siebie, ale też na innych. W tej chwili pojawił się trend, który przewiduje koniec muzyki, koniec techno, koniec house, koniec świata… Nie można dać się zamknąć w bańce tych negatywnych myśli, emocji i warto otaczać się kreatywnymi, otwartymi osobami. Trzeba skoncentrować się na tym, co samemu można zrobić, by zmienić otoczenie na lepsze.

KW: Jest taka ogólna opinia, że w show biznesie przyjaźń bywa nieco fałszywa, człowiek pozostaje samemu sobie, a wy twierdzicie, że to właśnie relacje są bardzo ważne, na tym budujecie swoje wydawnictwo.

GD: My jesteśmy w bardzo komfortowej sytuacji, ponieważ udało nam się odnieść sukces także za granicami naszego kraju kierując się od początku tymi samymi zasadami. Wybieramy tylko to, co nam się podoba i chcemy też pomagać innym osobom, które wyznają podobne wartości. Dlatego ten fałsz, izolacja, o których mówisz w ogóle nas nie interesują. Jeśli pojawia się sytuacja, w której czujemy się niekomfortowo, staramy się ją rozwiązać albo po prostu nie pracować z takimi osobami, bo to burzy naszą kreatywną pracę.  Zdarzyło się już kilka razy, że stworzyliśmy potencjalnie wielki hit, który mógłby przynieść wymierne korzyści, ale jeśli pracując nad nim współpracowało się z kimś bardzo ciężko, to dla własnego dobra rezygnowaliśmy.

WT: To nie jest po prostu tego warte, bo zawsze nadarzy się nowa okazja, żeby stworzyć coś obiecującego. Jeśli się ciężko pracuje, to nie można się z kimś siłować, tylko trzeba zrozumieć, że ta osoba może mieć…

GD: …inne wartości.

KW: Wasz manifest głosi otwartość i akceptację, co chciałam przełożyć na sytuację przyjaźni. Czy chodzi o to, że powinniśmy bezkrytycznie akceptować wszystkie cechy i działania przyjaciela? Jak jest między wami? 

GD: Dużo rzeczy nas w sobie irytuje, ale staramy się nie przywiązywać do tego wagi, bo to by tylko potęgowało dalsze nieporozumienia. Nauczyliśmy się, że niektóre rzeczy są niezmienne i nie jesteśmy w stanie na nie wpłynąć. Wydaje mi się, że w przyjaźni najbardziej pomaga szanowanie siebie nawzajem i akceptacja wad drugiej osoby. Czasami trzeba przymknąć na nie oko, chociaż tak naprawdę chciałoby się zwrócić przyjacielowi uwagę, żeby już więcej czegoś nie robił.

WT: W naszej pracy pojawia się też na przykład aspekt braku snu. To są bardzo ciężkie momenty, w których nie jesteś w stanie znieść nawet swojego przyjaciela, dlatego trzeba mieć chociaż trochę prywatności, żeby odpocząć nie tylko fizycznie, ale też od siebie nawzajem.

KW: Jak myślicie, co jest spoiwem waszej przyjaźni? 

GD: Porozumienie, kreatywna praca i pasja do muzyki są naszym spoiwem.

//

Duet Catz’n’Dogz wystąpi 21 września w Warszawie na imprezie Boiler Room między innymi obok Seth’a Troxler’a żywej legendy sceny house i techno. Więcej informacji o imprezie TUTAJ.