Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Fotografia związana z podróżą wielu odbiorcom wydaje się być trywialna. Części składowe pozornie podane są na tacy: ładny widok, piękne światło, robisz zdjęcie i możesz zadowolony wracać do domu. Kiedy poznałem Maksyma, a było to w chwili, gdy zadzwonił z propozycją kuratorowania jego wystawy w Pawilonie Sztuki, pomyślałem, że ciekawie będzie skonfrontować nasze podejścia do fotografii robionej z dala od własnego podwórka. Potrafię godzinami rozmawiać z fotografami o fotografii, w domu to codzienny temat naszych rozmów przy stole. Od dłuższego czasu chodziła mi po głowie taka myśl, żeby te rozmowy rejestrować. Zaprosiliśmy więc z Martą Maksyma na herbatę tydzień przed jego wystawą. Tym razem rozmawiamy o przyrodzie, o tym co znaczy dla nas „fotografia z podróży”, o tapetach Windowsa i strachu przed pięknymi krajobrazami.

Marta Mach: Zacznijmy od powodu, dla którego się spotkaliśmy czyli od tego, że 5 lipca w Pawilonie Sztuki otwiera się wystawa Maksyma zatytułowana „Wilderness”. Kto wymyślił tytuł?

Bartek Wieczorek: Tytuł jest Maksyma.

Maksym Rudnik: Tytuł to dla mnie zawsze największe wyzwanie. Gdy wydaję moje ziny, stosunkowo najwięcej czasu poświęcam wymyśleniu ich tytułów. Przywiązuję do nich wielką wagę. Tym razem musiałem się spieszyć. Tytuł „Wilderness” pojawił się w mojej głowie pod presją czasu, kiedy trzeba było już zacząć promować wystawę. Jeszcze się z nim nie oswoiłem.

MM: Czyli „Wilderness” – twoja pierwsza wystawa to przekrój dotychczasowej fotografii?

MR: Tak. Nie ja byłem jej inicjatorem i nie planowałem jej. Z propozycją nie do odrzucenia wyszła galeria Pawilon Sztuki. Dotychczas myśląc o swojej pierwszej wystawie, wyobrażałem sobie, że rozpocznę zamknięty projekt, którego finałem będzie wernisaż. Po rozmowie z Magdą Kąkolewską wiedziałem, że nie będzie czasu, by rozpocząć pracę nad nowym tematem. Postanowiłem poszukać tematu w tym, nad czym dotychczas pracowałem. Wyedytowałem materiał zamykający w wystawę to, co w mojej prywatnej fotografii interesuje mnie najbardziej.

MM: W ten sposób działa chociażby Kuba Dąbrowski, który zamyka swoją prywatną fotografię w książki co pewien czas. Właśnie wtedy, kiedy wyklaruje się przewodni temat jego kompulsywnej fotografii.

BW: Taka forma pracy jest mi bardzo bliska. Marta mnie pogania: zrób wreszcie wystawę, wydrukuj album. A ja potrzebuję czasu. Pracuję prawie codziennie. W moich prywatnych fotografiach dojrzewają tematy, które będzie można niebawem zamknąć w projekt. Przestałem myśleć o wydawnictwach czy wystawach jak o zlecenieniach, które mają deadline.

MM: No i jak wam się pracowało nad selekcją i tworzeniem narracji „Wilderness”?

BW: Moja pomoc polegała głównie na rozmowie. Maksym pokazał mi swoją selekcję szkicowo powieszoną na ścianie w pracowni. Rozmawialiśmy o tym, co można w niej bardziej podkreślić i jak w ogóle zabrać się do zaprojektowania wystawy. Maksym chciał pokazać te zdjęcia powieszone bardzo gęsto w „chmurze”, a to trudne zadanie do zrealizowania tak, by mieć kontrolę nad efektem. Ostateczne decyzje zapadną podczas montażu w galerii, ale wcześniej trzeba się do tego dobrze przygotować. Z własnego doświadczenia wiem, że mega ważny jest szkic, który i tak podlega zmianom podczas konfrontacji z gołymi ścianami. Trzeba wyważyć pomiędzy bardzo mocnymi obrazami i, że tak się brzydko wyrażę, „wypełniaczami” tak, by te mocne obrazy się nie pozjadały. Pamiętam swoje przeprawy z montażem wystawy podczas festiwalu w Łodzi. W ostatniej chwili dodrukowywałem zdjęcia i przyklejałem je na plaster.

MM: A jak wyglądał proces decyzyjny, jeśli chodzi o formaty? Format, zwłaszcza przy tego rodzaju koncepcji, ma ogromne znaczenie.

MR: Jest kilka mocnych zdjęć, które od początku zaplanowałem wydrukować w dużym formacie: samochód jadący przez dżunglę albo dziewczynka z krabem.

BW: Ona tego kraba sama sobie tak położyła?

MR: Dzieci w Indonezji tak się tam bawią krabami. Wyciągają je z dziur w piasku, przywiązują do plastikowego sznureczka i chodzą po plaży jak z pieskami. To zdjęcie zrobiłem w południowej Sumatrze na kompletnym odludziu. Z dziewczynką porozumiałem się na migi. Wyszedł bardzo naturalny, delikatny portret. Bardzo go lubię.

MM: Wróćmy jeszcze do tej chmury na galeryjnej ścianie.

MR: Ułożyłem ją sobie najpierw analogowo u siebie w pracowni na kartonach przyczepionych do ściany. Wydrukowałem kilkaset zdjęć w formacie 10 x 15 i zacząłem je przyklejać, bawić się nimi, aż do momentu, w którym wyklarował się motyw przewodni wystawy czyli starcie natury z człowiekiem. Ważną częścią mojej fotografii i tej wystawy jest surfing.

BW: To chyba jedyna sytuacja, kiedy natura w tym starciu ma o wiele większe szanse.

MR: Dokładnie. Najczęściej jest odwrotnie.

MM: Widzę, że oboje macie podobne podejście do edycji obrazów. W „Wilerness” jest kilka bardzo mocnych fotografii. Nie potrzebują dopełnienia. A wręcz istnieje ryzyko, że powieszenie w chmurze może im zaszkodzić, odebrać siłę. Inne zdjęcia zyskują na znaczeniu dopiero sparowane w dyptyk czy otoczone innymi. Zauważyłam Maksym, że tak budujesz narrację w swoich zinach. Zapamiętałam zdjęcie obłoku obok pęku balonów. Na Twojej wystawie w Poznaniu, Bartek, zdjęcia w dużych formatach dopełniały gabloty.

BW: Tak. W każdej gablocie było po kilkanaście zdjęć. Wspólnie nakreślały temat.  Ja zawsze od dużo pracowałem nad edytorialami. I w ten sposób myślę o edycji fotografii. Te gabloty w Poznaniu były dla mnie edytorialami zamkniętymi w pudełkach.

MM: Taka edycja jest chyba dobrym rozwiązaniem przy pracy nad kompulsywną fotografią.

MR: Nie nazwałbym swojej fotografii kompulsywną.  Mimo, że zawsze mam przy sobie aparat, nie trzaskam zdjęć z biodra. Ten samochód z dżunglą jest wybrany z całej kliszy podobnych zdjęć. Zobaczyłem go, jadąc na skuterze i śledziłem dłuższy czas, żeby zrobić właśnie to zdjęcie, żeby uzyskać idealny kard. W drodze powrotnej zabrakło mi paliwa.

MM: A to ciekawe. Byłam pewna, że większość zdjęć z „Wilderness” to snapshoty. Swoją drogą, zauważyłam, że fotografowie mają skrajnie różne podejście do fotografowania w podróży. Jedni widzą w niej temat sam w sobie lub idealny punkt wyjścia do poszukiwań tematu, inni się wycofują, bo obawiają się fotografii turystycznej.

BW: Ja na przykład reprezentuję tę druga grupę. W podróży łatwo pogubić się w tych „ładnych widoczkach”. Kiedy pierwszy raz wylądowałem w Japonii, nie bardzo wiedziałem, co mam fotografować. Fotografowałem więc jak najwięcej, nie do końca zastanawiając się nad tematem. Dopiero podczas mojej drugiej podróży zauważyłem, że podświadomie szukałem na obcej ziemi tego, co interesuje mnie również tutaj, w Polsce. I za drugim razem robiłem zdjęcia dużo bardziej świadomie.

MR: Rozumiem to. Im lepiej poznaje się jakiś obcy kraj czy kierunek, tym mniej przywozi się zdjęć podobnych do tych, które wyskakują po odpaleniu hasła w Google grafice.

MM: Jedno zdjęcie na wystawie będzie wyraźnie wyróżnione. Pojawia się też na plakacie. Dlaczego akurat to? Opowiedz, jak ono powstało.

MR: Wydma na pustyni. Zrobiłem to zdjęcie w Maroku. Z kolegą z Hiszpanii pojechaliśmy szukać kadrów, bo akurat nie było fal.

BW: I znów ta natura. To ona zadecydowała, że pojedziesz je zrobić.

MR: Dokładnie. Chłopak, jak się okazało, świetnie znał się na zwierzętach i szybko zauważył, że ten kawałek pustyni zamieszkuje ginący gatunek ptaków. Pożyczył mój teleobiektyw, którym fotografuję surferów i zaczął czołgać się po stustopniowym piachu, żeby uchwycić te ptaki. Zaimponowało mi to poświęcenie. Pomyślałem, że wstyd się przy takim szaleńcu lenić. Wziąłem średni format i zrobiłem kilka naprawdę interesujących zdjęć. I to jest jedno z nich. To obraz nieskażonej ludzka ingerencją natury. Ono na wystawie ma być łącznikiem przenikających się miasta i dzikiej natury. I ma podkreślać, że natura jest monumentalna.

MM: To zdjęcie jest wręcz ikoniczne. Na tyle właśnie, że kiedy wpiszesz w Google grafikę „pustynia” albo „wydma”, wyskoczą setki podobnych.

MR: No tak. Jest takie, jak to się mówi… efekciarskie. Wygląda jak z tapeta Windowsa.

MM: Dokładnie o to mi chodzi.

MR: Windows 95.

MM To jest bardzo ciekawe. To zdjęcie z  jednej strony ukazuje miejsce „na końcu świata”, nie dotkniętą ludzką ingerencją monumentalną naturę. Z drugiej strony to piktogram – jasny i oczywisty w znaczeniu dla każdego, kto na pustyni nigdy nie był i nigdy nie postawi na niej swojej stopy.

_____________________

Do zobaczenia na wystawie!

Maksym Rudnik. Urodzony w 1992 roku absolwent SGH, góral śląski. Zawodowo zajmuje się fotografią, na co dzień pracuje w swojej pracowni fotograficznej nad realizacją projektów komercyjnych oraz autorskich. Spędza niezliczoną ilość godzin przy powiększalniku, robiąc klasyczne odbitki srebrowo-żelatynowe. Publikował w magazynach w Polsce, Europie oraz Stanach Zjednoczonych. Należy do międzynarodowego programu Nikon Professional Services (NPS). W każdej wolnej chwili szuka fal w różnych zakątkach świata, nie ruszając się nigdzie bez aparatu i zapasu filmów fotograficznych.