Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Już 4 lipca w warszawskiej Zachęcie będzie można obejrzeć dokument Izy Rutkowskiej. Podwórko im. Wszystkich Mieszkańców opowiada o jednym z projektów artystki, który rozpoczął się w 2015 roku na jednym z wrocławskich podwórek. Iza postawiła tam 7 metrowego, dmuchanego jeża, ale nie czekała bezczynnie na reakcje lokatorów. Chodziła od drzwi do drzwi, opowiadała o projekcie, nierzadko spotykając się z niedowierzaniem, czasem negatywnymi reakcjami i hasłem, że bardziej niż dmuchany jeż przydałyby się chodniki… Jak się potoczyła dalej ta historia? Podpowiemy, że toczy się dalej już od dwóch lat. I końca wcale nie widać.

Miś, Jamnik, Jeż… To już Twój znak rozpoznawczy. Dlaczego akurat kilkumetrowe zwierzaki? Skąd taki pomysł na prace?

Często wykorzystuję zabawę skalą, żeby wyrywać ludzi z obiegu codzienności i wywoływać sytuacje abstrakcyjne. Tak, żeby przestali na chwilę się zastanawiać, a zaczęli tylko czuć i reagować spontanicznie. To nie musi być 8-metrowy jamnik, tak samo działa zaproszenie do udziału w „Spacerze w chmurach”, które polega na wspólnym szyciu kostiumów chmur i spacerowaniu w nich dosłownie. Te obiekty, czy kostiumy są dla mnie tylko pretekstem do inicjowania kontaktu i budowania relacji między ludźmi oraz zaufania. I tak na prawdę na tym zaufaniu najwięcej można budować.

Jak się przygotowywałaś do projektu na wrocławskim trójkącie? Miałaś konkretny pomysł, co chcesz osiągnąć, czy sama też czekałaś na rezultat?

Ten projekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Mnie bardzo interesują ludzie, ich szczere poznawanie. I na to się w sumie nastawiłam. Dostałam wcześniej badania socjologiczne dotyczące środowiska, w którym miałam pracować, ale tak na prawdę nic nie zastąpiło mi chodzenia od mieszkania do mieszkania i przedstawiania się ludziom. Zapowiadania im, że niebawem na podwórku pojawi się 7-metrowy jeż. Po pierwszym spotkaniu z nim na podwórku zaczął się długi proces, który trwa do dziś. Wspólne zabawy z jeżem, czy nawet na nim spowodowały jakieś otwarcie w nas wszystkich. Jeż miał być na podwórku przez miesiąc, ale kiedy przyszedł czas pożegnania wiedziałam już, że to się tak skończyć nie może.

Krótki projekt w ramach „Wrocław. Europejska Stolica Kultury” przeciągnął się w dwuletnią przygodę, a projekt artystyczny ewoluował w społeczny. Czy decyzja o zrealizowaniu filmu „o jeżu” to przedłużenie tego projektu? Nie umiesz się z nim rozstać?

Po prostu czułam, że pojawiły się emocje, których przerywać się nie powinno. Na swój sposób się zaprzyjaźniliśmy. Czułam, że mieszkańcy podwórka mnie polubili, zaufali. Wyprowadzanie jeża na spacer stworzyło nam grunt do dalszych działań. Wspólnie z dzieciakami i ich rodzinami zebraliśmy na polakpotrafi środki na wyjazd na kolonie z jeżem do Ośrodka Rehabilitacji Jerzy w Kłodzku. Po powrocie z kolonii ludzie otwierali się na mnie jeszcze bardziej, mówili o swoich pomysłach i chęci działania i pomyślałam, że warto zrobić dla nich konkurs – na pożyteczne działanie dla innych sąsiadów i pokazać to w filmie.

Kiedy zaczęłam oglądać twój dokument – Podwórko im. Wszystkich Mieszkańców – na początku postrzegałam bohaterów dość stereotypowo, ale szybko okazało się, że patrzenie przez kalki to straszny błąd. Też tak miałaś? 

Przylepianie łatek wszystkim nam służy odcedzaniu „zbędnych” informacji, chyba każdy to robi. Tylko niektórzy są bardziej ciekawi innych ludzi i ja chyba do tej grupy należę. Jak zaczynałam pukać do drzwi to otwierał mi cały przekrój społeczny Polaków zamieszkujący na jednym podwórku. Ci z dredami, ci w bluzach żołnierzy wyklętych. Już samo to co teraz powiedziałam, może być pewnym doklejaniem łatki, ale idąc dalej pewnie uznalibyśmy, że ludzie o poglądach lewicowych i narodowcy zawsze kończą po przeciwnych stronach barykady. Tymczasem na naszym podwórku toczy się życie, jak na każdym innym. Jak popsuł mi się samochód to po prostu ci, którzy potrafili go naprawić pomogli. Każde spotkanie było przełamywaniem barier w nas samych. Bez względu na to czy ktoś miał ładniejsze mieszkanie, lepszy samochód, pracę czy zdrowie, ect.

„Podwórko…” to taka uniwersalna opowieść, mogła się wydarzyć wszędzie – w Warszawie, Tychach, Bydgoszczy. Dlaczego mieszkańcom, do integracji i działania, potrzebne jest coś tak abstrakcyjnego jak siedmiometrowy jeż?

Wszystkim trudno jest się zachować spontanicznie przy obcych ludziach. Ale jak ktoś ci mówi, że na podwórku jest 7-metrowy jeż to jest to sytuacja niecodzienna. Jak reagujesz? Wyglądasz przez okno, żeby sprawdzić. I widzisz jak ludzie się śmieją, skaczą, albo biorą osobno kolce i spacerują z jeżem przez okolicę. Ktoś jest głową, ktoś ogonem. Za każdym razem pojawiały się takie nowe osoby, które wyglądały przez okno i postanowiły dołączyć, chwilę pogadać, poznać się z innymi.

Czy coś cię zaskoczyło, pojawiła się jakaś wartość dodana, której nie zakładałaś?

Ja się bardzo dużo od mieszkańców nauczyłam. Pokory, cierpliwości. Pokazali mi tez swoje, inne niż moje, spojrzenie na świat i to też było ciekawe. Mogę mówić o moim osobistym doświadczeniu, ale jestem pewna, że każdy otwierając się na innych doznałby tego samego. Tylko jakoś nam trudno bez tych zabawek.

Możesz zdradzić co dzieje się teraz z podwórkiem i jego mieszkańcami? Jakie zmiany tam zaszły lub zajdą w niedalekiej przyszłości?

Jeż tak zadziałał na emocje, że mówiąc w wielkim skrócie po wielu wzlotach i upadkach udało nam się wspólnie złożyć wniosek do budżetu obywatelskiego we Wrocławiu o przebudowanie podwórka. Pomimo, że różne były pomysły udało się jakoś dojść do kompromisu i to jest piękne. Ciekawe jest dla mnie to, że działanie artystyczne nagle przerodziło się w modelowy proces rewitalizacji.

W połowie czerwca ruszyłaś ze swoim dokumentem w trasę po Polsce. Wiem, że projekcje cieszą się dużym zainteresowaniem. Co najbardziej interesuje widownię?

Zaczęłam dostawać sporo maili z zaproszeniami do działań na rożnych innych podwórkach w całym kraju. Każdy chciał symbolicznego jeża. Jako że jest to praca na relacjach nie jestem w stanie prowadzić wielu takich procesów, a nawet nie chcę bo w sztuce i mojej pracy z ludźmi bardzo ważna jest unikalność i wyjątkowość. Dlatego uznałam, że dużo lepiej będzie ruszyć w trasę z filmem i pokazać jak taki proces wygląda i co jest najważniejsze. W każdym mieście dyskusja po filmie wyglądała inaczej. Nie było tych samych pytań. Na pokazy przychodzili poza wszystkimi również artywiści, urzędnicy czy animatorzy. Podczas premiery we Wrocławskim Kinie Nowe Horyzonty w dyskusji wzięli udział sami mieszkańcy, którzy dzielili się emocjami po i było to dla niż ważne przeżycie. Potem z urzędnikami i mieszkańcami wspólnie poszliśmy na piwo. W Gorzowie WLKP dyskusja trwała 3 godziny i gdyby nie to, że trzeb było zamykać salę to trwałaby chyba kolejne 3. Urzędnicy chcą wykorzystać często pytają czy mogą pokazywać film jako wzór dla ngos-ów, że takiego podejścia do ludzi chcieliby u animatorów z którymi pracują i że ciężko im wyjaśnić to dokładnie, a po obejrzeniu filmu wszystko jest jasne. Filmem zainteresowała się również np. wrocławska policja. Policjanci pojawiła się kilka dni po premierze na podwórku i chcieli spisać przesiadujących na murku sąsiadów. Ci zaczęli opowiadać o filmie, w którym z resztą biorą udział i powstał pomysł, żeby zrobić pokaz dla samych funkcjonariuszy. W Lublinie po pokazie planowane jest zrobienie podobnego konkursu dla mieszkańców. Mam poczucie, że w każdym mieście mój film staje się pewną inspiracją do zmiany i to mnie bardzo cieszy.

Iza Rutkowska

Artystka, animatorka i menadżerka kultury, założycielka Fundacji Form i Kształtów. Współpracuje z samorządami miast, licznymi organizacjami pozarządowymi, domami kultury oraz instytucjami sztuki w Polsce i za granicą.

Finisaż projektu odbędzie się 4 lipca o godzinie 18:00 w warszawskiej Zachęcie. Wstęp jest bezpłatny. Po projekcji odbędzie się debata z bohaterami filmu, Izą Rutkowską, Hanną Wróblewską (dyrektorką Zachęty), Jackiem Grunt-Mejerem (specjalista ds rewitalizacji w Urzędzie Miasta Stołecznego Warszawa).