Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

O pracy, życiu w Warszawie i o tym dlaczego przeprowadzki są zdrowe. Michał Janica rozmawia z Morgannem Lechatem, którego wystawę „It’s nearly yesterday” można oglądać już tylko do końca tego tygodnia w przestrzeni galerii UV21.

Michał Janica: Niektóre twoje prace przenoszą widza w nierealny świat. Jaka jest według ciebie idealna przestrzeń do pracy?

Morgann Lechat: Wolałbym ją narysować! Obecnie pracuję w domu i robię wszystko przy biurku w salonie. Ciężko jest więc wyznaczyć granicę pomiędzy zleceniami reklamowymi, które wykonuję przy komputerze, pracą manualną nad rysunkami i ubraniami, czy nawet graniem na playstation, które leży tuż obok. W idealnym świecie miałbym studio w Berlinie do pracy rano i pracownię w Brazylii na popołudnia.

Studio byłoby gdzieś w centrum, dzieliłabym je z przyjaciółmi. Z wielkich głośników grałaby głośna muzyka, byłoby tam też wysokie biurko i taboret, dobry ekspres do kawy i dużo knajp z tanim żarciem w okolicy.

W tropikalnym warsztacie byłby wysoki sufit, duże okna, trochę palm, małe radio, kuchnia z masywnym, drewnianym stołem, jakieś trzy biurka, mnóstwo przyborów i narzędzi. Na środku stałaby sofa, a w rogu byłaby przestrzeń do tatuowania. No i hamak.

MJ: Czemu więc Polska, a nie Berlin czy Brazylia?

ML: Mieszkam w Warszawie od czterech lat, to moje miasto. Mam tu przyjaciół, tu poznałem swoją dziewczynę, wiele się wydarzyło. Już podczas mojej pierwszej wizyty w Warszawie w 2008 roku czułem, że to miejsce zaoferuje mi czas, miejsce i możliwości, by się rozwijać bez przeszkód. Przyjechałem tu więc zaraz po studiach i zostałem freelancerem. Po czterech miesiącach byłem spłukany. A jednak Warszawa i jej mieszkańcy pozwolili mi odczuć, że właśnie tu jest moje miejsce, mój dom. To sprawia, że ciężko opuścić to miasto. Mimo wszystko często się przeprowadzam – Francja to jedyne miejsce, gdzie mieszkałem dłużej, niż pięć lat. Ze względu na studia spędziłem tam siedem lat. Wyjazd do Berlina i Brazylii pomógł mi zdać sobie sprawę, czym jest dla mnie idealna przestrzeń do pracy. W tym sensie uważam, że przeprowadzki są zdrowe – chcę, by nowe miejsca mnie rozwijały.

Wybierz się na wystawę, dołącz do wydarzenia na FB!

MJ: Skąd czerpiesz inspirację?

ML: Wcale jej nie szukam, szczególnie przy rysunkach. Czasami rysuję spontanicznie przez kilka godzin i kończę z niczym. Potrzebuję pomysłu – może zabrzmi to banalnie, ale idea pojawia się w mojej głowie znienacka, na przykład kiedy gotuję. Wtedy biegnę zwizualizować ją na kartce – i gotowe. Pomysły przychodzą jak wizje, więc zwykle po prostu czekam. Wierzę, że idea jest w nas, w środku. Mogę ją wywołać, wprowadzić się w kreatywny nastrój, ale nie przez odpalenie komputera i sprawdzanie, co słychać w świecie designu. Nigdy to na mnie nie działało. Wolę raczej poczuć coś zmysłami – dotknąć, powąchać czegoś nowego, zrobić coś przyjemnego, poczuć się dobrze. Myślę, że w twórczości jest zawsze cząstka autobiograficzna – umysł potrzebuje, żeby coś wywołało ideę – fantazja, strach, nostalgia, przepowiednia…

MJ: W twoich pracach najbardziej podoba mi się ich przewrotny charakter. Masz jakąś ulubioną grę słów?

ML: Uwielbiam grę słów, nawet bardziej niż Grę o Tron. Nie mam faworyta, ale mogę przytoczyć kilka przykładów ze wczoraj.

Wieczorem zacząłem grać w nową grę pt. ‘Arcade Hero’. Na początku przechodzisz ‘strzałouczka’ (ang. ‘shootorial’). Zwykle nie mogę znieść samouczków dłużej niż minutę, ale ten przeszedłem i miałem przy tym mnóstwo frajdy. Gry słów dodają smaku, puszczają oczko do ustalonych schematów. Są jak rapowy punchline. Uzależniają. 

Drugą grę słów napotkałem na stronie www.trumpdonald.org, gdzie dosłownie możesz trąbić na twarz prezydenta USA (ang. trumpet – trąbka), dzięki czemu wygląda jeszcze głupiej, niż zwykle. Hasło gry to ‘Why Donald Trump when you can Trump Donald?’ – prawie zastanawiasz się, co było pierwsze, pomysł na stronę czy sama gra słów. W każdym razie, wyszło idealnie. Myślę, że zabawa słowem to niekończący się proces twórczy. Zdałem sobie sprawę, że zawsze da się fajnie przekręcić słowo, użyć je na swój własny sposób. Na przykład, gdy zaczynam pracować nad identyfikacją wizualną, zawsze patrzę na nazwę i staram się jakoś ją przekształcić pod względem wyglądu, dźwięku, znaczenia.

Grą słów jest także ‘Jetlager’ – nazwałem tak lager, którego można było się napić podczas otwarcia w ten piątek mojej wystawy ‘It’s nearly yesterday’. Specjalnie na tę okazję zaprojektowałem naklejki i reklamę, zajawkę przed otwarciem. Hasło to ‘Czas leci, napij się Jetlagera’.

Więcej prac Morganna znajdziesz na jego profilu na Insta!

MJ: Co sprawia, że masz ochotę rysować? Jak widzisz swoją twórczą przyszłość?

ML: Rysuję przede wszystkim dla siebie. Cieszę się z obecnej sytuacji, nie tęsknię za innym życiem. Cała zabawa tkwi w tym, żeby móc gonić marzenia – dlatego właśnie jest mi tak dobrze! Zamiast żyć oczekiwaniami, robię swoje. W pewnym stopniu czuję, że moje życie zmieniło się już w czerwcu zeszłego roku, gdy zacząłem prezentować swoje prace na Instagramie. Pracowałem wtedy na cały etat dla dużego klienta, byłem bardzo sfrustrowany. Rysunki były moją terapią, ucieczką od rzeczywistości, aż ta ucieczka sama stała się rzeczywistością! Zacząłem używać moich prac w zleceniach na projekty graficzne. W tym roku pracowałem nad ubraniami, zacząłem uczyć się tatuowania, a teraz mam własną wystawę. Piąteczka!

Morgann Lechat 

Urodzony w 1988 roku francuz, projektant graficzny żyjący i mieszkający w Warszawie. Poczęty na Haiti, urodzony w Brytanii (Francja), Morgann spędził większą część swojego życia podróżując (Kamerun, Australia, Francuska Gwinea). Studiował projektowanie graficzne w Paryżu i Amiens (Francja) by osiąść w Polsce jako freelancer w 2013 roku. Wychodząc z identyfikacji wizualnej jego prace wzbogacone są o odzież, projekty użytkowe, rysunek i sztukę tatuażu.