Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

W 167 dni pokonał 12 tysięcy kilometrów. Jako pierwszy człowiek na świecie przepłynął kajakiem Ocean Atlantycki pomiędzy jego najbardziej oddalonymi wybrzeżami w Europie i Ameryce Północnej. Dokonał tego siłą własnych mięśni. W lutym 2015 roku magazyn „National Geographic” ogłosił go podróżnikiem roku. Po prawie sześciu miesiącach samotnego życia na wodzie znalazł się w świetle jupiterów. Rozmowa ukazała się w 8. numerze magazynu Zwykłe Życie.

Rano wywiad w telewizji i dwóch stacjach radiowych, potem spotkanie z Prezydentem Rzeczpospolitej Polski, sesja zdjęciowa dla prasy, wieczorem kolejna telewizja. W wolnej chwili udaje nam się spotkać. Odbieram Aleksandra Dobę o godzinie 17, czyli w szczycie warszawskich korków. Ponad godzinę spędzamy w taksówce. Jedziemy do Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego, gdzie w spokoju, przy herbacie słucham morskich opowieści.

Ma na sobie spodnie od garnituru, eleganckie buty, koszulkę z wyprawy, czerwony gruby polar i czapkę, w której przypomina krasnala. Mówi szybko, słucha uważnie i bardzo zamaszyście gestykuluje obiema rękoma.

– Znamy się już parę minut. Może przejdziemy na ty? Jestem Alek.

– Agata. Miło mi. Jak się czujesz z tym zamieszaniem wokół swojej osoby?

– To jest zamieszanie! Powiedziałbym tak: to jest jakby rzucić dość duży kamień do małego stawu. Powoduje to fale i ruch, które za chwilę się uspokajają. W tym przypadku też tak będzie.

Pan prezydent miał wręczyć mi dzisiaj Krzyż. Nawet nie wiedziałem jaki. Okazało się, że to Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Na szczęście dzielnie i szybko to załatwiliśmy. Ale wyobraź sobie, że musiałem garnitur pożyczyć od kolegi i kupić sobie buty. Wczoraj wraz z żoną spotkaliśmy się z przedstawicielem Kancelarii Prezydenta. Dowiedziałem się, że do koszulki nie przypina się orderów. Buty też nie mogą być sportowe. „Jak to, w turystycznych butach do prezydenta?”. Musiałem się dostosować.

– Od dziecka lubiłeś przygody?

– Rodzice rozbudzili we mnie chęć poznawania świata. Urodziłem się w Swarzędzu, były tam lasy, jezioro, lotnisko sportowe. Można było oglądać loty szybowców. Skakałem tam ze spadochronem, uprawiałem turystykę pieszą nizinną, rowerową, szybownictwo, żeglarstwo. A gdy byłem już bardzo starym człowiekiem, czyli kiedy miałem 34 lata, pierwszy raz wsiadłem do kajaku. I tak się zaczęło. Długo czułem się bardzo sprawny fizycznie, nadal jest z tym dobrze. A psychicznie to w ogóle czuję się świetnie.

– Po co była ta ostatnia wyprawa? Coś chciałeś sobie udowodnić?

– Zawsze lubiłem podróżować. A skoro jestem kajakarzem, podróżuję kajakiem. Lubię poznawać nowe miejsca. To miała być podróż z kontynentu na kontynent, samodzielna i samotna, bez pomocy z zewnątrz. I taka była. Cel udało się osiągnąć.

– W jakim wieku czułeś się najsilniejszy?

– Kiedy miałem ćwierć wieku. Inna sprawa to wytrzymałość. Pierwszą dużą wyprawę skończyłem w Brazylii. Dopłynąłem z Afryki do Ameryki Południowej. Robili mi wtedy szereg badań, nawet tomografię komputerową mózgu, by sprawdzić, czy mam wszystkie klepki na swoim miejscu. Lekarze byli zdziwieni, że po 99 dobach na oceanie miałem wszystkie wyniki w normie, tylko jeden jedyny enzym mięśniowy poniżej. Tylko trochę poniżej normy! Pierwsze, o co wtedy poprosiłem, to aby mnie zważyli. Schudłem ponad 20 kilogramów. Oficjalnie podałem 14. Żeby dobrze brzmiało. Czyli jeden kilogram na tydzień. Podczas ostatniej wyprawy przez Atlantyk schudłem o wiele mniej. Wiesz dlaczego? Bo zabrałem dużo słodyczy, nawet tych naprawdę niezdrowych i kalorycznych. Cały kosz z Tesco. Chałwy, ptasie mleczko, ciastka, czekolady…

– Jadłeś o stałych porach?

– Nie, nie jestem Niemcem. Jestem swobodnym Polakiem. Jadłem, kiedy byłem głodny. Śniadania czasem w nocy, według potrzeb mojego organizmu.

– Co jeszcze zabrałeś?

– Z mariny wziąłem 120 litrów kranówki. Na pierwszy tydzień miałem świeży chleb i tę wodę. Resztę jedzenia z Polski.

– Wszystko dokładnie odmierzyłeś? Niczego nie zapomniałeś?

– Końcówka przygotowań była dość nerwowa. Przed wyprawą miałem trochę za mało pieniędzy. Były trzy plany: wypasiony, optymalny i minimalny. I nawet tego minimalnego nie wyrobiłem jeszcze na miesiąc przed startem. Najbardziej brakowało mi radia UKF, wykreśliłem je z listy na samym początku.

– Jak wyglądał twój pokładowy rozkład zajęć?

– I dzień, i noc trwały po 12 godzin. Bo to przy równiku. Moja doba była bardzo nieregularna. Mogłem spać jedynie w nocy. W upale ani razu nie udało mi się zasnąć. A wtedy najchętniej poleżałoby się w cieniu. Czasem sam się zmuszałem do wiosłowania, myślałem sobie, że to jednak kawał drogi. Doprowadzałem się na skraj udaru cieplnego. Sam potem siebie wyzywałem, że jestem nierozsądny i kto by mnie w razie czego ocucił. Najchętniej wiosłowałem w środku dnia, pod koniec dnia i w nocy. Noc była najpiękniejszą porą.

– Miałeś jakieś sposoby na umilanie sobie czasu?

– Zabrałem książkę Jaka to gwiazda. Uczyłem się konstelacji i gapiłem się na gwiazdy, bo przecież nie musiałem patrzeć, w co wkładam wiosło. Jest tyle spadających gwiazd i meteorów! Wtedy należy pomyśleć życzenie. Na szczęście miałem cały worek życzeń, zresztą niektóre już się spełniły. Na przykład: szczęśliwie dopłynąłem do celu.

– Bałeś się?

– Z reguły nie jestem bardzo odważny. Ale nie bałem się. Kajak był niezatapialny. Miał kilka komór wypornościowych wypełnionych materiałem lekkim, sztywnym, nienasiąkliwym wodą. Gdyby otworzyć wszystko, co możliwe, podziurawić komory, zanurzyć kajak pod wodą, musiałby wypłynąć. Nawet przerąbany na pół. Każda połówka pływa.

Jestem wszechstronnym kajakarzem. Zdarzały się sztormy. Żeby był sztorm, muszą być spełnione specjalne warunki: głęboki i rozległy akwen oraz bardzo silny wiatr. Do tego odpowiednio długi czas, by napędzić falę. Falę 9-metrowej wysokości. Wiatr spycha kajak tam, dokąd wieje. Nie chciałem pokonać fali, tylko przetrwać. Co miałem zrobić z tym żywiołem?

– Co okazało się najtrudniejsze?

– Trasa była wybrana, projekt obgadany. Wszystkie przygotowania w toku. Nikt mnie nie chciał ubezpieczyć. Popłynąłem nieubezpieczony. Każdy ubezpieczyciel mówił „samobójców nie ubezpieczamy”. I odsyłali mnie z kwitkiem. Ale najtrudniejsze było powiedzenie o wyprawie żonie. Wiedziałem, że będzie chciała wybić mi to z głowy. „Albo ja, albo kajak”, mówiła. Próbowała mnie odwieźć od tego pomysłu. Ale kiedy już było wiadomo, że wyruszam, zaczęła mnie z całych sił wspierać. Bardzo jestem jej wdzięczny za to wsparcie.

– Musiała się bardzo o ciebie martwić.

– Miałem taki specjalny system GPS o nazwie SPOT, który co 10 minut wysyłał sygnał o moim dokładnym położeniu do satelity i centrum naziemnego. Jak ktoś miał kod dostępu, mógł sprawdzać co 10 minut, gdzie jestem. Moja żona była więc najlepiej zorientowaną kobietą na świecie na temat tego, gdzie w tej chwili znajduje się jej mąż.

– O czym myślałeś podczas tej długiej samotnej podróży?

– Kiedyś ludzie wybierali się do samotni, ja byłem trochę w takiej samotni na wodzie. Nie mam guzika, by wyłączyć myślenie. Stale musiałem o czymś myśleć. O tym, co się wydarzyło w przeszłości, wyciągałem z zakamarków pamięci różne historie. Planowałem dokładnie, co posadzę na działce. Byłem sam, ale nie czułem się samotny. Miałem dwa telefony satelitarne. Mogłem odbierać i wysyłać esemesy. Kiedyś przez 15 minut miło porozmawiałem sobie z żoną. Kosztowało to fortunę, ale trzeba było sobie pogadać.

– Co jeszcze może się zdarzyć na oceanie? Rekiny? Sztormy?

– Po wyruszeniu z Dakaru nałożyłem na gołe ciało uprząż żeglarską i liną byłem przywiązany do kajaka. Dorośli ludzie sami stawiają sobie ograniczenia. Ja jestem spontaniczny i zachowuję się jak mały radosny chłopiec. Gwałtownie popluskałem nogami. Pluskam, pluskam, fontanny wody, hałas.  Patrzę, a tu rekin! Po tej przygodzie już nie schodziłem do wody. Przez ponad pięć miesięcy na oceanie ani razu nie próbowałem. Kąpiel to frajda, ale z tyłu głowy miałem tego rekina. Po dwóch tygodniach dołączyły do mnie duże ryby z rodziny koryfenowatych. Długie na metr, półtora. Taką miałem eskortę. W dzień było pięć–sześć dyżurujących. W nocy dwa razy tyle. Zacząłem nazywać je hienami. Tylko czyhały na moment, by się mną zająć. Były bardzo ciekawskie. Porozumiewały się między sobą. Gdy nie wiosłowałem, zjawiało się ich więcej. Sikałem do butelki z uciętą szyjką i wylewałem za burtę. Jednak gdy miałem grubszą potrzebę, zakładałem uprząż i pełzłem do rufy. Miałem dwa uchwyty do trzymania i wypinałem się za burtę. (Prezentuje wypinanie się za burtę). Te ryby się na mnie gapiły. Wytrzeszczały oczy i czekały, aż wpadnę do wody. Nie doczekały się. Opuściły mnie dopiero na dobę przed Brazylią, gdy woda była już płytsza. Niektóre towarzyszyły mi przez miesiąc. Nauczyłem się je rozpoznawać. Część z nich miała blizny, długie i szerokie, tak że było widać żywe mięso. To musiało je swędzieć, więc się drapały. Wiesz, że ryby się drapią? A jak drapie się ryba? Drapie się o coś. I te ryby drapały się o mój kajak właśnie.

Ulubioną ich potrawą są ryby latające. Pędzą 90 kilometrów na godzinę. Lecą jak szybowce. (Wstaje i prezentuje, jak leci ryba szybowiec).

Czasem podczas tych polowań musiałem się uchylać. Nieraz te rozpędzone ryby rozbijały się o moje ramię. Spadały na dno mojego kajaka, gotowe do jedzenia. Nie łowiłem ich, żeby jeść, ale czasem jadłem świeże.

– To takie śledzie ze skrzydłami?

– O, to, to, to! Trochę mniejsze niż śledzie. Gotowałem sobie z nich zupę rybną. Nie wiedziałem, czy można jeść je na surowo. Ale spróbowałem. Jem, jem, jem – dobra. Jem, jem, jem – pycha. (Pokazuje, jak się je rybę). Po kilku dniach czułem się dobrze. Wszystkim polecam więc jedzenie latających ryb na surowo! Pycha! Tylko trzeba daleko się po mnie wybrać. Inne ryby, które jadłem, to takie niebieskie w paski, które gromadziły się w dryfkoftach, kiedy był duży wiatr i musiałem wyrzucać dryfkofty. Miałem awaryjny zestaw do łowienia ryb, ale skoro same mi wpadały do kajaka, to nie musiałem go używać.

– A zabrałeś alkohol?

– No nie jestem abstynentem, piwo i wino lubię. Zabrałem cztery litry gronowego wina domowej roboty. W tropikach łatwo mogło się zepsuć, dlatego szybko je wypiłem. Chociaż piłem nie więcej niż cztery łyki naraz. Więcej wypiłem tylko podczas połowinek. 45 południk, połowa trasy – połowinki. Na tę okazję zostawiłem sobie pół litra wina. Umyłem się ładnie, kajak wyczyściłem. Na szczęście goście zjawili się tylko duchowo, a duchy nie piją. Całe pół litra wina miałem więc dla siebie!

– Wypracowałeś jakąś regularność?

– Pierwsze co robiłem, gdy się budziłem, to patrzyłem, czy nie widać jakiegoś światła. Na noc włączałem światło nawigacyjne. Na oceanie, jak nie widać świateł, znaczy, że jest pusto, nikogo nie ma.

– Ile średnio spałeś?

– Miałem wielkie problemy ze spaniem. Najdłużej udawało mi się spać trzy godziny ciągiem. A łącznie pięć–sześć godzin na dobę. Zależało od mocy fal. Coś mi się fajnego śniło i nagle bum, chlap i koniec. Fale wlewały mi się do kabiny, leciało mi na głowę. Ale że jestem inżynierem mechaniki, wymyśliłem, że ze skrzynki po jedzeniu zrobię sobie ściankę przysłaniającą. W okolicy Wysp Kanaryjskich miałem najciaśniej w kajaku, bo powyciągałem końcówkę jedzenia z tej mojej skrzynki i poupychałem do komór bagażowych. Osiem godzin ciąłem tę ściankę brzeszczotem do cięcia metalu. Wymyśliłem też samoster z resztek skrzynki, czyli taką pionową płetwę. Kiedy wiatr ją popychał, kierował mi sterem. Wywierciłem nożem dziurki w kajaku i przeciągnąłem sznurek – mogłem sobie sterować z kajuty. Jestem zaradnym inżynierem. Resztę skrzynki zwodowałem. A potem patrzę – brakuje kawałka ścianki. Dodatkową ochronę przed falami zrobiłem z torebek po jedzeniu. Na ściance miałem więc jadłospis – purèe, zupy, makarony, owoce liofilizowane.

– Co najbardziej ci tam smakowało?

– Zupa krem z zielonego groszku. Miałem butlę do gotowania i termos z szerokim wieczkiem. W czasie sztormu jadłem zupę na sucho i popijałem wodą. Ale najlepsza była zalana wrzątkiem. No i tych słodyczy miałem bardzo dużo. Kierownik mojej wyprawy powiedział, że mam jeść jedną czekoladę na dobę.

– A woda do picia? Słyszałam o przygodach z odsalarką.

– Woda w Atlantyku jest pięć razy bardziej słona niż w Bałtyku. Ma 35 promili soli. W tej wyprawie miałem nową superodsalarkę, podobno najlepszą na świecie. Ale ja, inżynier mechanik, nie dałem rady jej uruchomić. 16 razy próbowałem. Montowałem i rozmontowywałem. W końcu poddałem się na punkcie: „Jeśli zrobiłeś wszystko jak w instrukcji, a odsalarka wciąż nie działa, widocznie masz pecha, trafiłeś na wadliwy egzemplarz, proszę zakonserwować membranę i odesłać do serwisu”. Zadanie wykonałem więc tylko połowicznie. I wyciągnąłem zapasowe odsalarki ręczne. Czyli po ośmiu godzinach wiosłowania musiałem jeszcze przez trzy godziny pompować, by mieć wodę do picia.

– Dużo rozmawiałeś sam ze sobą?

– Ze sobą mało. Ale do ryb i ptaków mówiłem całkiem sporo. Ryby nie mają głosu, więc można do nich mówić…

Aleksander Ludwik Doba (ur. 1946 w Swarzędzu) – podróżnik, kajakarz, zdobywca i odkrywca. Jako pierwszy człowiek w historii samotnie przepłynął kajakiem Ocean Atlantycki z kontynentu na kontynent (z Afryki do Ameryki Południowej). Opłynął kajakiem Morze Bałtyckie i Bajkał. Jako pierwszy opłynął całe polskie wybrzeże z Polic do Elbląga oraz Polskę po przekątnej z Przemyśla do Świnoujścia. Brązowy medalista mistrzostw Polski w kajakarstwie górskim.

Dziękujemy Warszawskiemu Towarzystwu Wioślarskiemu za miłą gościnę.