Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Pozna mnie pani po białej koszuli – żartuje przez telefon. Spotykamy się w Café Charlie na warszawskiej Ochocie. Szybkim krokiem podchodzi do baru i zamawia dwie galaretki z owocami, upewniając się, czy są świeże i czy aby nie bardzo niezdrowe. – Wszyscy pytają mnie o włosy, wreszcie będę mógł opowiedzieć o oczach – mówi na powitanie Zbigniew Wodecki.

Agata Napiórska: Przez telefon powiedział pan, że ostatnio zbyt wiele nie czyta…

Zbigniew Wodecki: Niestety nie mam na to czasu, ale nie tylko o to chodzi. Do czytania muszę wkładać inne okulary, zmieniać na takie do bliży. Potem oczy mi się bardzo długo przyzwyczajają do patrzenia w dal. Dużo jeżdżę samochodem, w związku z czym patrzę bardzo daleko, wypatrując radarów. To jest kłopot. Okulary noszę od 18 roku życia. Raz, że po mamie mam genetycznie słaby wzrok. A dwa, że oczy mam scharatane od czytania nut. Od szóstego roku życia do 1976 roku należałem do orkiestry, wszystko graliśmy z nut, trzeba było czytać, dajmy na to, Szymanowskiego przez kilka godzin dziennie. Wpatrywałem się więc w te małe kropeczki.

AN: Czyli najwięcej czytał pan jeszcze w szkole podstawowej?

ZW: Tak, jeszcze, kiedy nie musiałem ciężko pracować i jeździć na koncerty. Jak dziecko idzie do klasy skrzypiec w podstawowej szkole muzycznej, wiadomo, że będzie miało przerąbane. Żeby zdać dyplomy, trzeba zagrać repertuar napisany przez geniuszy: Paganiniego, Wieniawskiego, Koncert d-moll, a-dur Karłowicza, bardzo trudne rzeczy Bacha. Geniusze to wszystko pisali, a teraz my, muzycy, musimy to w kółko ćwiczyć. Na to poświęcałem każdą wolną minutę.

Po szkole radio – trzeba było nagrywać 5, 6, 7, 8, 9 symfonię Beethovena.

Pochodzę z rodziny muzyków. Skrzypce dostałem, kiedy miałem pięć lat. W wieku siedmiu lat zacząłem szkołę muzyczną. Na to poświęca się życie, zamiast książek czyta się nuty. Jednak ja też swoje, jeśli chodzi o literaturę, przeczytałem.

AN: Wychodzi na to, że nigdy nie miał pan zbyt wiele czasu. Zdarzało się panu czytać dla przyjemności?

ZW: Książki budowały moją wrażliwość. Poważnie, uważam, że ludzie, którzy nie czytają, są zimni, głupi, bez wyobraźni i bez wyższych uczuć, a to właśnie wyższe uczucia rozbudowują wyobraźnię. Uczyłem się życia na Aleksandrze Dumas, Trzech Muszkieterach, Hrabim Monte Christo. Wychowywałem się na Apaczach, Winnetou, Krzyżakach, Quo Vadis, Trylogii Sienkiewicza. Niech mówią, co chcą, mnie się podoba.

AN: A co z czytaniem w dorosłym życiu?

ZW: Zawsze dużo czytałem podczas tras koncertowych. A konkretnie po koncertach. W latach 70. i 80. w telewizji były przecież tylko dwa programy. Lubiłem i nadal lubię kryminały. Wracałem do hotelu i czytałem, wtedy pasjami książki z serii z żółtym tygrysem – o II wojnie światowej, o Armii Ludowej, o Armii Krajowej, Batalionach Chłopskich, Gwardii Ludowej itd. Pisane lekko, tendencyjnie. Uwielbiałem tę serię. Jak na te moje oczy, bardzo wiele książek przeczytałem.

AN: Chce pan powiedzieć, że po koncertach zamykał się w pokoju hotelowym i czytał?

ZW: Oczywiście wcześniej piłem wódkę z kolegami. Wiadomo, pili wszyscy. Ale potem wracałem do pokoju i czytałem, żeby zasnąć. Najbardziej lubię książki, w których dobro zwycięża, a zły dostaje w łeb. O Talbocie. Do tej pory szukam książki, którą chcę, żeby przeczytały moje dzieci i wnuki – Monsignore, podobno była ostatnio w internecie za 80 złotych, ale mi uciekła, tajemnice banku watykańskiego, taki Kod Leonarda da Vinci Dana Browna pisany czterdzieści lat temu.

AN: Czyli lubi pan książki sensacyjne i historyczne.

ZW: Nie czytam ciężkich, psychologizujących książek. Nie mam na to czasu i szkoda mi oczu. Uczę się życia raczej w praktyce, za dużo nie roztrząsam. W życiu jest tyle rzeczy, które trzeba rozwiązywać na bieżąco. Mówię też o ludziach, którym nie poszczęściło się w życiu tak jak mnie. Niektórym potrzebne jest poszukiwanie magii, sensu istnienia, czakrów, odniesień do religii. Lubię, owszem, literaturę popularnonaukową. Powrót do Ziemi, ekologia. Ostatnia encyklika papieża Franciszka jest o tym, jak ludzie niszczą Ziemię. Szlag mnie trafia, kiedy czuję niemoc i bezład, wokół fabryki, które trują, brudzą wodę, pszczoły zdychają masowo, bo nie mają czego zapylać, te wszystkie modyfikacje genetyczne… Lubię też czytać o kosmosie. Czyli, widzi pani, znowu literatura niewesoła. Cenię Lema, czytam książki science fiction.

AN: Pamięta pan swoją pierwszą przeczytaną książkę?

ZW: Zupełnie pierwszej nie pamiętam. Ale pamiętam, że z kolegą pod kołdrą z latarką czytaliśmy Pamiętniki Casanowy. Mieliśmy po siedem lat. Tam były bardzo fajne rysunki pobudzające wyobraźnię, tak się właśnie uczyłem czytać. Pewnie dzięki temu szybko mi poszło.

AN: A gazety? Czytuje pan jakieś dzienniki, pisma czy magazyny?

ZW: Kiedy byłem mały i młody, bardzo lubiłem „Przekrój”. Zwłaszcza rubrykę „Fotografa przy Tym Nie Było” i profesora Filutka na ostatniej stronie. W młodości czytałem bardzo dużo gazet. Dziś już nie mam czasu. Potem, gdy zacząłem śpiewać, gazety zaczęły pisać o mnie. Wywiadów udzielam, ale ich potem nie czytam, po co się denerwować. Dziennikarz coś przekręci, źle zrozumie, po co ja mam to czytać, przecież wiem, co powiedziałem… Nie interesuję się tym, co ludzie o mnie myślą.

A te dzisiejsze koloraki, literatura do pociągu, wie pani, te, co piszą o tym, jak krowa ma dwie głowy i ktoś całą noc trzyma szafę, „Fakty”, „Superekspresy” itd. Jakiś czas temu pomyślałem, że za komuny to jednak były ciekawsze rzeczy w prasie kolorowej. Gdy tylko zdążyłem to pomyśleć, proszę sobie wyobrazić, ktoś przyniósł mi na podpałkę do kominka stare gazety. Patrzę, a między nimi „Przekrój” z lat 70., jeszcze nie przecięty. Nagle cofnąłem się o prawie pół wieku. Moja ukochana gazeta z dzieciństwa, ulubiona! Przeczytałem znowu całą – tragedia! Same nieciekawe i siermiężne rzeczy, głównie o pierwszym sekretarzu. Niesamowite, jak się sprawy z dzieciństwa idealizuje w pamięci, a tam naprawdę nie było co czytać.

AN: W jakich okolicznościach i po jaką książkę sięgnął pan ostatnio?

ZW: Ostatnio wysiadł mi telewizor, a jestem prawdziwym telemaniakiem. Wziąłem więc z półki starą czerwoną książkę – Potop. Po tylu latach! Chciałem się czymś skatować przed snem. Była pierwsza godzina, do trzeciej poczytałem. No nie mogłem się oderwać. Naszła mnie refleksja, że 30–40 lat temu język był bardziej przyswajalny. Teraz bardzo się zmienił, te sienkiewiczowskie określenia już kompletnie wyszły z użycia. Dziś czytało mi się to dużo trudniej. Nic dziwnego, że dzieci to oglądają, zamiast czytać. Filmy to zupełnie co innego.

AN: Wspominał pan, że bardzo dużo jeździ samochodem. Zdarza się panu słuchać audiobooków?

ZW: Ostatnio w samochodzie słuchałem Zbrodnię i karę Dostojewskiego i Proces Kafki. Nie czytałem tego w młodości, musiałem wtedy ćwiczyć Mendelssohna. A to jednak dzieła, o których się mówi, chciałem więc nadrobić. I okazało się, że nie jestem żadnym literaturoznawcą. Przy okazji wspomnę, że wielbicielem poezji też nie jestem, nie kręci mnie po prostu. Może Kafka dla mnie jest za trudny, nie wiem. Jestem zwolennikiem szybkiej akcji, fantastycznej intrygi, pościgów. Lubię książki, od których trudno się oderwać. Od Kafki spokojnie można się oderwać, odłożyć na półkę. U niego to, co w rzeczywistości trwa godzinę, ciągnie się tydzień. I po co? Czekał, czekał, aż go w końcu tymi nożami zadźgali. Czemu nie mogli go zadźgać już na drugiej stronie? Pewnie wygłaszam herezje, ale może pani o tym napisać.

AN: Może to kwestia niecierpliwości. Chyba trudno panu usiedzieć w miejscu. Czytał pan swoim dzieciom?

ZW: Niestety, nie czytałem, nie było czasu. Kiedy dzieci były małe, ciągle byłem w trasie, ćwiczyłem, komponowałem. Taki zawód.

AN: Nadrabia pan z piątką swoich wnuków?

ZW: I to jeszcze jak! Ostatnio musiałem pięć par najków kupić. Ale jeśli chodzi o czytanie, to to już jest zupełnie inne pokolenie. Córeczka mojego kuzyna ma rok, zatacza się jeszcze, płacze, jak widzi wujka w okularach. Siedzi w wózeczku, jeszcze nie mówi, a już nam zdjęcia tabletem robiła. Wszystkie dzieci siedzą z tabletami. Tak się pozmieniało! Ja sobie z tym tabletem nie radzę tak jak roczne dziecko. I te moje wnuki siedzą jedno obok drugiego z tymi tabletami. Uważam, że internet nas zubaża, informuje, a nie uczy. Może to konflikt pokoleń. Z internetu się bierze informacje i zaraz je zapomina. Wszystkio staje się płytsze, jesteśmy oderwani od rzeczywistości. Wyłączą nam kiedyś satelitę i nie będziemy wiedzieli, jak się masło robi.

AN: Czyli pan nie korzysta z internetu?

ZW: W ogóle! Koledzy mi mojej strony internetowej pilnują. Nie mam żadnego fejsbuka, nawet konta mejlowego. Jestem leniwy, nie chce mi się tego uczyć. Wkurza mnie już sama myśl, że ktoś mógłby mną manipulować – ładowarka do telefonu z każdym modelem jest pół milimetra mniejsza i trzeba zmieniać. Jak z samochodami, nowy model różni się śrubką i znowu trzeba kupować, zamiast naprawiać. Odhumanizowuje nas to.

AN: Rozmawialiśmy o książkach.

ZW: Właśnie. Dzieci trzeba zarazić romantyzmem czytania. Jak ktoś jest głupi, to jemu można wybaczyć, ale jego rodzicom już nie. Tak to działa: od nitki do kłębka. Czytałem o szpadzie, potem tę szpadę z patyka strugałem, zabawy w Dartaniana. Wyobraźnia to jest piękna rzecz, bez niej bieda. Co nam zostaje? Wódka? A wie pani, co jest najgorsze? Że ci, co piją, tak długo żyją. Wiem z doświadczenia – co zajdę na krakowski rynek, muszę wszystkim stawiać. Zaczepiają mnie jak w tym dowcipie: „Zbysieńku, pić się chce. Da pan na piwo, tak mi się chce sikać, a nie mam czym”.

AN: Mówił pan, że bardzo późno chodzi spać.

ZW: Tak, często wracam z koncertu koło drugiej. Przez adrenalinę nie mogę zasnąć. I tyle jest do zrobienia. Od razu myślę o tym, gdzie jechać, co mam do zrobienia.

AN: Sprawia pan wrażenie bardzo dobrze zorganizowanego.

ZW: Muszę taki być. Mam taką naturę, że muszę o wszystkim wiedzieć. Gdzie, o której koncert, zespół logistycznie opracować, sprzętu dopilnować, hotele wynająć, sam tego niby nie robię, ale muszę wiedzieć. Sprawy załatwiam szybko, nie ma czasu się rozgadywać przy każdym temacie. Jestem najlepiej zorganizowanym leniuchem, jakiego znam.

AN: Á propos lenistwa – w jaki sposób pan odpoczywa?

ZW: Na czerwonym świetle i w korkach. Poza tym słabo. Wciąż mam wyrzuty sumienia, że skrzypce leżą, a ja nie ćwiczę. Jako muzyk mam wyrzuty sumienia, kiedy leżę, oglądam telewizję albo śpiewam te piosenki, z których jestem znany, a całą młodość przecież ćwiczyłem Paganiniego.  Nienawidzę siebie oglądać w telewizji, patrzeć na swoje pierwsze teledyski: te okulary, taka była moda, inaczej się ubierało, wolniej się śpiewało. Poza samymi początkami z orkiestrą Trzaskowskiego prawie wszystko bym skasował. Te siermiężne koncerty życzeń…

AN: Ale nie żałuje pan tych lat?

ZW: Niczego nie żałuję. Bardzo jestem wdzięczny losowi. Mimo wszystko jednak mi się poszczęściło. To, że pani ze mną dziś rozmawia, po czterdziestu latach tego mojego śpiewania, jednak świadczy o mojej ciężkiej pracy i o tym, że do czegoś w życiu doszedłem. Chłopaki grali na podwórku w piłkę, ja ćwiczyłem, dziś mi się to zwraca. Chciałem zrobić karierę i mi się udało. Swoje lata już mam. W środku ta maszynka się kręci. Wiem, że wyglądam na wyluzowanego i pewnego siebie. To nie całkiem nieprawda. Rodzice mnie nauczyli, że liczy się karność i posłuch. Jestem też lekko zakompleksiony. Może dlatego, że miałem do czynienia z naprawdę wielkimi artystami, którzy w głowie mieli to, co dzisiaj niektórzy w komputerach: Wisłocki, Maksymiuk, dyrygenci, pod którymi grałem.

AN: Zaczepiają pana na ulicy? Jak pan na to reaguje? (Naszej rozmowie z ulicy, z przyklejonym do szyby nosem, przygląda się mały chłopiec.)

ZW: Bez przerwy mnie zaczepiają. Pamiętam, jak byłem takim małym chłopczykiem, miałem może dziesięć lat. Pierwszy raz pojechaliśmy z rodzicami nad morze. Poszliśmy do restauracji, gdzie podawano zupę rakową. Jednak to nie morze i nie zupa rakowa zrobiły na mnie największe wrażenie. Kilka stolików od nas siedział amant polskiego kina i teatru Andrzej Łapicki. Ten gość z telewizora tak jak my jadł zupę rakową. Podbiegła do niego wtedy po autograf mała dziewczynka. I on powiedział, że nie teraz, bo je obiad. Odeszła od stolika ze spuszczoną głową. Pomyślałem sobie wtedy: „Osz, ty jeden! Kiedy ja będę kiedyś znany, nigdy nie odmówię autografu”. I nie odmawiam! Czasem stoję z przyklejonym uśmiechem, pstrykają mi zdjęcia tymi telefonami…

AN: Czuje pan, że płyta z zespołem Mitch & Mitch to nowa fala pana popularności?

ZW: Zawsze byłem popularny, to przez Pszczółkę Maję, to przez moje włosy, jakieś tańce z gwiazdami. Trudno mnie utopić, zawsze wypływam. Jednak to, że jestem znowu na liście przebojów w Trójce, zawdzięczam tym młodym ludziom z Mitch & Mitch. Świetne aranżacje, kompozycje mają ręce i nogi. Wpada w ucho. Istotą zarówno przeboju, jak i życia jest to, żeby było jak najłatwiej, żeby dobrze wypadło i fajnie się grało.

Zbigniew Wodecki (ur. 6 maja 1950 w Krakowie) – polski piosenkarz, muzyk instrumentalista (skrzypce, trąbka), kompozytor, aktor i prezenter telewizyjny.

Wywiad opublikowany w 10 numerze magazynu Zwykłe Życie #RODZINA