Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Z Bożeną Kowalkowską znamy się już dość długo, ale intensywnie dopiero od niedawna. Zawsze robiła na mnie wrażenie poukładanej, świetnie zorganizowanej osoby, która ze wszystkim wyrabia się na czas. Postanowiłam zapytać jak to robi. A że Bożena jest też bardzo skromną osobą, musiałam użyć podstępu. Dobrym pretekstem do wywiadu okazał się kalendarz przedszkolaka, czyli jeden z jej najświeższych pomysłów. 

Agata Napiórska: Twoim najnowszym projektem jest kalendarz dla przedszkolaków. Co to za pomysł?

Bożena Kowalkowska: To pomysł na ułatwienie życia sobie i swojemu dziecku. Dzieci z reguły lubią wiedzieć co się będzie działo. Mojej córce Mariance jest dużo łatwiej, gdy wie, kiedy idzie do przedszkola, a które dni są wolne, ile zostało do jej urodzin a kiedy wybieramy się na sanki. Pomyślałam, że kalendarz, którzy wyznacza pewien rytm, pomoże wielu przedszkolakom i ich rodzicom. Każdy miesiąc jest na osobnej karcie. Zależało mi, żeby zapełnione karty można było kolekcjonować i przechowywać jak pamiętnik.

AN: A jak to ułatwianie sobie wygląda u was?

BK: W każdy piątek po przedszkolu chodzimy do pobliskiej cukierni na ciastko i herbatę. To nasz mały rytuał, który wyraźnie oddziela tydzień od weekendu. Marianna rysuje w kalendarzu ciastka na zaś i czeka na każdy piątek. W tygodniu proszę ją, żeby zaznaczyła dni, w które mamy się gdzieś wybrać albo coś zrobić i zaczynamy wspólne odliczanie. To pozwala Mariance zorientować się w jej własnej czasoprzestrzeni, ale też zaproponować coś od siebie. Ale kalendarz to tak naprawdę projekt dla rodziców. Zwłaszcza takich, którym się chce.

(zobacz galerię zdjęć)

Marzysz o kalendarzu dla swojego przedszkolaka? Możesz go mieć już teraz!

AN: Co to znaczy?

BK: W kalendarzu zamieściłam kilka zadań i prostych poleceń typu: dziś pieczemy ciastka, dziś przytulamy się przynajmniej pół godziny. Początkowo chciałam, żeby zadań było więcej, ale postanowiłam zostawić miejsce na inwencję rodziców i dzieci. A z dziećmi jest tak, że świętować można każdego dnia, z każdego powodu. Że rodzinnie ubieramy różowe skarpetki, że uczymy się tańczyć jak Elvis albo razem kroimy jabłka w plastry. Jednak to wszystko wymaga zachęty i pracy ze strony rodzica.

AN: Dużo uwagi poświęcasz dzieciom.

BK: Tak, chociaż na przestrzeni lat inaczej definiuję „poświęcenie uwagi”. Kiedy urodziła się Marianka, postanowiliśmy z moim mężem Markiem, że dopóki córka nie zacznie chodzić i swobodnie się komunikować, będziemy starali zajmować się nią sami. Było to dosyć karkołomne zadanie, ponieważ równocześnie intensywnie pracowaliśmy. Powiem tylko, że nie lubię siebie z tamtego okresu. Dlatego kiedy urodził się Tadek, postanowiłam przeżyć prawdziwy roczny macierzyński. Nie tylko ze względu na synka, ale też na siebie. Dziś mogę powiedzieć, że to była jedna z najlepszych decyzji podjętych w moim życiu i żałuję, że nie dałam sobie i nam tego czasu, kiedy urodziła się córka.

AN: Czyli teraz znowu pracujesz. Jesteś podwójną mamą pracującą.

BK: Wracam do pracy po wydłużonym macierzyńskim. Mój powrót odbywa się etapami. Przede wszystkim czuję się mamą, dlatego godzina 15.00, to w tej chwili moja psychiczna granica, kiedy chcę, żeby dzieci były w domu ze mną lub Markiem. Wyznaczony czas na pracę musi być dobrze wykorzystany.

AN: Jak organizujesz swój tydzień?

BK: Jesteśmy z Markiem freelancerami, więc planowanie to podstawa. Swój tydzień nazwałabym nieustanną żonglerką. Plan zmienia się dynamicznie, a kluczowy jest kalendarz (śmiech). Na lodówce wisi jeden, rodzinny. Na początku tygodnia wpisujemy daty i godziny naszych zawodowych zobowiązań, spotkań czy wizyt lekarskich. Od tego zależy, które z nas i kiedy zawiezie i odbierze Mariannę z przedszkola. Kto kiedy ugotuje, ułoży dzieci do snu, a kiedy powinniśmy poprosić o pomoc dziadków. Poza tym prowadzę swój własny kalendarz, taki klasyczny książkowy. Na co dzień pracuję w coworkingowej przestrzeni Małego Studia. To dla mnie ważne miejsce, bo tam praca przychodzi mi z łatwością. To zasługa osób, które mam dookoła. Każdego ranka wyznaczam sobie realną listę zadań na dany dzień. Znam swój rytm i sposób pracy. Do zadań przechodzę od razu, po kolei, metodycznie.

AN: To znaczy jak?

BK: Zadania często „kataloguję” pod względem ich formy. Telefony i maile wykonuję seriami. W ogóle wiele rzeczy robię seriami. Teksty redaguję jeden po drugim, nawet jeśli są zupełnie niepowiązane, czy dla różnych klientów. Albo na przykład, jeśli sytuacja tego wymaga, oddaję cały dzień jednemu projektowi i nie zajmuję się niczym innym. Bardziej złożone prace lub spotkania planuję zwykle na wtorek i piątek. Wtedy synkiem opiekują się babcia lub dziadek, którzy są niezawodni. Poniedziałki i czwartki to dni, kiedy Tadek zostaje z opiekunką i synkiem naszych super sąsiadów. Jednak jeśli któryś z chłopców zachoruje, musimy ich rozdzielać i na nowo ustalamy opiekę z Markiem – ja pół dnia, on pół dnia, ja rano do studia, on wieczorem, tak i siak. Środa to mój dzień z synkiem. Kiedy Marianka była mała i chodziła do codziennego opiekuna (rodzaj 5-osobowego żłobka, w którym dziećmi wspólnie z opiekunem zajmują się na przemian rodzice – przyp. red.), w środy robiliśmy przerwę i opiekowaliśmy się nią na zmianę. Z tego powodu często zarywamy noce, tak jak ja dzisiejszą, pakując Print Control do dystrybucji. Ale kto ich nie zarywa?

AN: Taka organizacja, o jakiej mówisz, musi wymagać wyrzeczeń na jakichś polach. Przyznaj się, gdzie sobie ułatwiasz?

BK: Mam szczęście, bo Marek to mój najlepszy przyjaciel i bardzo oddany tata. Obowiązki rodzinne rozkładają się po połowie. Chociaż tak, organizacją codzienności zajmuję się ja. Robię rzeczy na zapas i znowu: seriami. Myślę kategoriami. Jak zakupy, to naraz, wszelkiej maści: jedzenie, drogeria, uzupełnienie apteczki, prezenty – zawsze mam w głowie zbliżające się urodziny bliskich mi osób. Ja chyba po prostu ciągle kombinuję jak oszczędzić czas. Poza tym lubię mieć mało rzeczy, dlatego przynajmniej raz w tygodniu pozbywam się czegoś z domu. Nieważne, czy są to ubrania, książki, zabawki czy sprzęty kuchenne. Staram się rozdawać je osobom, które lubię i którym wiem, że mogą się przydać. W ogóle uwielbiam coś komuś dawać. W domu mamy więc mało rzeczy. Dzięki temu mam kontrolę nad bałaganem, a jednocześnie nie żyję w sterylnej i pedantycznej przestrzeni.

AN: Czyli, żeby tak dobrze radzić sobie z czasem, trzeba po prostu lubić go organizować?

BK: Myślę, że wystarczy umieć to robić. Często myślę o sobie, że jestem człowiekim bez talentu, ale to co umiem i akurat lubię robić, to organizować. Łatwo mi to przychodzi, bo z natury jestem obowiązkowa. Ale ten, kto mnie dobrze zna, wie że mam dwa oblicza i potrafię odpuścić po całości. Inaczej jest w pracy. Jak już się czegoś podejmuję, to w pełni. Jeśli współpraca jest symetryczna i uczciwa, jestem łagodna i dużo od siebie daję. W ścisłych deadline’ach skutecznie egzekwuję i wtedy bywam trochę szorstka. Ale jeśli ktoś mnie przeciągnie, przekroczy moje granice lub po prostu brzydko potraktuje, zamieniam się w srogą Bożenę. Nie lubię tego momentu i unikam projektów, które mogą mieć taki finał.

AN: A co z czasem dla siebie, takim poza pracą i dziećmi. Znajdujesz choćby godzinę w tygodniu?

BK: Planuję właśnie wrócić do sportu – musi się udać, choćby skończyło się na bieganiu z psem w ramach jego codziennego spaceru.

AN: Bieganie przy okazji spaceru z psem to nie to, o co mi chodziło…

BK: (śmiech) To co mnie odpręża i jest tylko moje, to czytanie książek. Nie potrafiłabym bez nich żyć. Czytam odkąd pamiętam. Wszystko. Publikacje poważne i mniej poważne, naukowe, serie, bestsellery, kryminały, biografie i jakieś dziwadła. Łatwo mi to idzie, bo czytam bardzo szybko. Zanim mieliśmy dzieci na dwutygodniowe wakacje zabierałam 14 książek. Jedna na każdy dzień, a i tak zwykle na podróż powrotną brakowało. W okresie maleńkości moich dzieci największym dyskomfortem, poza brakiem snu, była niemożność czytania książek. Miałam, i mam nadal, silną potrzebę przeczytania przed snem chociaż 1-2 stron książki, a wtedy nie zawsze było to możliwe. Strasznie mnie to irytowało. Kiedyś miałam tak, że jak już zaczęłam coś czytać, podobało się czy nie, musiałam skończyć. Jak, nie daj Boże, zostało mi kilka stron do końca, książka wciągnęła, ale oczy się już zamykały, siadałam i czytałam w najmniej wygodnym miejscu w domu, czyli na brzegu wanny. Na szczęście mi to przeszło.

AN: A jak jest z koleżankami, masz dla nich czas? Dużo się zmieniło w tych relacjach odkąd zostałaś mamą?

BK: Dużo. To pewnie dlatego, że kiedy zostałam mamą, w moim najbliższym otoczeniu było mało rodziców. Ale mam takie poczucie, że macierzyństwa doświadcza się jednak w odosobnieniu. Tak już po prostu jest. Nie ma w tym nic złego, tylko ja akurat nie byłam na to przygotowana. A jeśli chodzi o twoje pierwsze pytanie, jak to powiedziała kiedyś Kazimiera Szczuka, nigdy w życiu przez żadnego faceta tyle nie płakałam, co przez koleżanki (śmiech). A mimo to, do dziewczyn i kobiet mi najbliżej. Podziwiam je i dbam o kobiece relacje. Jestem tym typem człowieka, który w środku nocy pojedzie na drugi koniec miasta, żeby pocieszyć. W tej kobiecej fascynacji nawet nie chodzi o to, czy jestem feministką – chociaż jestem, co o możliwość ofiarowania drugiej kobiecie wsparcia, którego kobiety wciąż sobie odmawiają. Jestem absolutną fanką Agnieszki Graff, całkowicie zmieniła moje myślenie o sobie, o kobietach w ogóle. Dziś poglądy Graff wydają mi się naturalne i oczywiste, ale pamiętam, że pierwsze zetknięcie z nimi było szokiem. Hasło „Opieka to praca” porusza mnie do dziś. Choćby nie wiem co, zawsze stanę po stronie kobiet.

AN: Czy masz jakieś wskazówki dla młodych matek, które prowadzą własne działalności i same organizują swój czas pracy?

BK: Postrzegam matki jako zorganizowaną i odpowiedzialną grupę społeczną. Każda z nich wie co i jak ma robić. Myślę jedynie, że warto wyznaczyć sobie stały rytm i takie standardy pracy, w których niczyje granice nie będą przekraczane. Chodzi o poczucie bezpieczeństwa. Jeśli z przekonaniem zadba się o swoje potrzeby, inni to uszanują. No i wsparcie bliskich – bez tego ani rusz.

AN: Zmieniłaś się w pracy?

BK: Na pewno. Odkąd jestem mamą doszukuję się w pracy innego sensu, inaczej liczę czas i na nowo postrzegam drugiego człowieka. Może śmiesznie to zabrzmi, ale często wyobrażam sobie dorosłego jako małe bezbronne dziecko, które ktoś na tym świecie kochał i tulił. Ten obrazek zawsze mnie wzrusza. Nadal najważniejsze są dla mnie relacje. Wierzę, że zaufanie buduje się przez zrozumienie. No i forma – dla mnie w komunikacji z drugim człowiekiem decyduje o wszystkim. Wiele rzeczy można powiedzieć, zależy tylko jak to się zrobi.

Bożena Kowalkowska

Założycielka studia edytorsko-graficznego txt publishing. Redaktorka prowadząca magazynu dla rodziców „Kikimora”. Project manager i współwydawczyni rocznika Print Control. Mama czteroletniej Marianki i półtorarocznego Tadzia.