Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

„Od zawsze lubiłam sukienki” – odpowiada na pytanie o to, kiedy zaczęła się jej fascynacja modą. Zofia Chylak, choć stoi u progu kariery zawodowej, doświadczeniem oraz wiedzą na temat mody i ubioru mogłaby obdzielić wielu starszych od siebie projektantów. Zafascynowana rzemiosłem i przedwojenną Warszawą, wskrzesza tradycję szycia na miarę dla kobiet.

Milion sylwetek i tylko pięć rozmiarów

Jest w Warszawie kilka uznanych zakładów krawieckich, gdzie można uszyć sobie garnitur. O wiele trudniej znaleźć porządną pracownię, gdzie można zlecić uszycie damskiego płaszcza lub sukienki. Zofia Chylak z doświadczeniem nabytym u Ani Kuczyńskiej, dziale projektowania w Proenza Schouler oraz w atelier Nicolas’a Caito, uznawanego za najlepszego nowojorskiego konstruktora, wypełnia niszę, proponując Polkom powrót do korzeni. Klientki Zosi od początku mają wpływ na projekt, współpraca zaczyna się bowiem od szczegółowego wywiadu. Zosia wypytuje je o upodobania: ulubione kroje, kolory, materiały, ale także tryb życia i okazję, na którą ubranie ma powstać. Na bazie otrzymanych informacji projektantka przygotowuje kilka rysunków i wspólnie z przyszłą właścicielką wybierają ten najlepszy. „Zdarza się bardzo często, że odradzam kolory lub kroje początkowo zaplanowane przez moje klientki. W pracy widzę, że kobiety nie rozumieją swoich sylwetek. Przyzwyczajają się do konkretnych form czy odcieni i przez lata się ich trzymają, a przecież ich ciała zmieniają się. Ostatnio szyłam dla 75-latki, która wyznała, że nigdy nie nosiła ciemnych kolorów. A ja, jak tylko zobaczyłam w progu tę brunetkę o ciemnej karnacji, wiedziałam, że w czerni będzie jej najpiękniej” – opowiada Zosia. Każda kobieta jest inna, nie ma na świecie dwóch takich samych sylwetek – praktycznie niemożliwym jest zatem, żeby w sklepie, gdzie mamy do wyboru zaledwie pięć rozmiarów, wybrać ubranie, które pasuje idealnie. To jeden z głównych powodów, dla których Zosia zajęła się szyciem na miarę.

Inspiracje z biblioteki

„Wszystkie kobiety w mojej rodzinie: babcia, mama, ciocia i siostry od zawsze szyły dla siebie u krawcowych” – opowiada Zosia o rodzinnych tradycjach. „Kiedy miałam 13 lat, mama pierwszy raz zabrała mnie do zakładu krawieckiego, żeby uszyć mi sukienkę”. To życiowe doświadczenie pomaga jej w pośredniczeniu pomiędzy krawcowymi a klientkami, które niejednokrotnie zlecają szycie na miarę po raz pierwszy w życiu. I choć Zosia od najmłodszych lat interesowała się modą, długo nie planowała, że z projektowaniem i szyciem zwiąże swoją karierę zawodową. Z wykształcenia historyczka sztuki, jeszcze na początku studiów marzyła o pracy operatorki filmowej. Kiedy zaczęła poważnie myśleć o modzie, na jednej z imprez, na którą zabrał ją starszy brat, poznała Anię Kuczyńską, która potrzebowała osoby do wyszukiwania inspiracji do kolekcji. Zakochana w modzie studentka historii sztuki idealnie się do tego nadawała. Zosia godzinami przesiadywała w bibliotekach, wyszukując slajdy np. malarstwa włoskiego quattrocento. Pracę magisterską poświęciła analizie stroju menonitów – niderlandzkich protestantów między XV a XVII w., skupiając się na symbolice ubioru i relacji pomiędzy strojem a religią. „Fascynuje mnie przywiązanie do symboliki stroju i twarde przestrzeganie zasad z nim związanych. Dzięki temu można analizować, datować i rozpoznawać dzieła sztuki ze względu na to, w co ubrane sią portretowane na nich postacie” – opowiada Zosia. Menonici mieli bardzo jasno określone reguły związane z ubraniem i bardzo restrykcyjnie się ich trzymali. Ubierali się wyłącznie na czarno, co bardzo podobało się autorce badań, uwielbiającej czerń.

Nieodkryte gatunki

„Chciałabym robić ubrania dla dziewczyn takich jak ja” – mówi z rozbrajającą szczerością Zosia. Dlatego stara się zbalansować dobre materiały z przystępnymi cenami. Sama nie szyje dla swoich klientek, bo jest pokorna wobec rzemiosła i mimo że skończyła kurs kroju i szycia, jest świadoma swoich braków w umiejętnościach. Z przyjemnością za to szyje dla siebie. Zdecydowana większość ubrań w jej szafie wyszła spod jej własnej ręki. Według Zosi z ubraniami jest jak z kawą lub winem. Jeśli raz przyzwyczaisz się do dobrych gatunków, bardzo trudno jest wrócić do słabej jakości. „Nie mam już zupełnie potrzeby wchodzenia do sklepów. Sama siebie przyzwyczaiłam do świetnych materiałów i nie potrafię kupować ubrań wykonanych z marnych, sztucznych tkanin, a na te uszyte przez dobrych projektantów  z moich ulubionych: jedwabiu, wełny, kaszmiru – po prostu mnie nie stać”. O jedwabiu Zosia może długo opowiadać. Dowiaduję się, że istnieją grube, plecione, matowe odmiany, wyglądające prawie jak len – zupełnie różne od powszechnego wyobrażenia połyskliwej, bardzo delikatnej tkaniny. Słucham też o bardzo cienkich wełnach, z których można uszyć letnie sukienki. Oglądam i dotykam próbki, poznając nie znane mi wcześniej sploty i faktury. Wiedzę tę Zosia przekazuje też swoim klientkom, którym proponuje tylko naturalne, przepuszczające powietrze materiały, które służyć będą latami. „Ja do dzisiaj noszę kilka rzeczy po mojej babci. Dobra jakość jest ponadczasowa i nigdy nie wychodzi z mody” – mówi projektantka. Wybór tkanin w polskich hurtowniach nie jest zbyt wielki. Zosia planuje rozpocząć regularne wycieczki po materiały do Włoch, bo włoskie tkaniny u nas są o wiele droższe niż u źródła. „Nie chciałabym ograniczać wyboru moich klientek do jedynie dostępnych w mojej pracowni próbek. Wolę wychodzić naprzeciw ich wyobrażeniom”. W praktyce wygląda to tak: u Zosi zjawia się kobieta z marzeniem o czerwonym jedwabiu i wtedy rozpoczyna się polowanie na najładniejsze próbki. Z poszukiwań wraca z czterema, pięcioma najlepszymi, spośród których razem z klientką wybiera najodpowiedniejszy. „Jestem jeszcze młoda i bardzo podekscytowana tym, co robię. Poszukiwania trwają często bardzo długo, ale ja czasu nie liczę. Zależy mi, żeby było jak najlepiej” – mówi Zosia.

Chylak dla wszystkich pokoleń

Duża część klientek Zosi Chylak to dziewczyny, które chcą uszyć sukienki ślubne. Ta tendencja nie dziwi. Polki do szycia na miarę nie są przyzwyczajone – traktują zlecenie bardzo wyjątkowo, no a trudno wyobrazić sobie suknię bardziej wyjątkową niż ta, w której dziewczyna pójdzie do ślubu. Wiele z nich uważa, że suknia ślubna jest najważniejszą sukienką ich życia – nie szczędzą więc ani czasu, ani pieniędzy na wypracowanie wraz z Zosią idealnego efektu. Inna rzecz, że rynek sukien ślubnych, choć w Polsce ogromny, jest raczej monotematyczny. Dominują „bezy” i suknie „z koła” dla księżniczek. „Dziewczyny, które znają moje projekty, wiedzą, że razem wypracujemy bardzo elegancką, ale prostą formę” – mówi Zosia. Ku jej radości powtarza się schemat pracy z przedstawicielkami wszystkich pokoleń jednej rodziny. „Już kilka razy zdarzyło mi się, że przyszła panna młoda przyprowadzała do mnie swoją mamę, a potem babcię. Wczoraj odbył się ślub, na którym mama i babcia panny młodej wystąpiły w moich sukienkach i płaszczach. Większość projektantów nie lubi ślubów, uważając zlecenia ślubne za ograniczające. A mnie wzrusza fakt, że kobiety chcą mi powierzyć swój wygląd w najważniejszych momentach ich życia”.

Najprzyjemniejszym etapem pracy jest druga przymiarka. Rysunek nie zawsze jest w pełni czytelny, pierwsza przymiarka też nie odzwierciedla pożądanej formy, która pojawią się właśnie przy drugiej przymiarce, gdzie dopracowywane są już tylko detale. „Wtedy naprawdę widzę, że moja klientka jest zadowolona i w końcu pewna, że osiągnęłyśmy początkowe zamierzenia. Widzę też, jak ubranie dobrze robi sylwetce. Tak jak przy pierwszej przymiarce dopuszczam grymaszenie – sama pamiętam swoje, gdy szyłam w dzieciństwie sukienki u krawcowych, tak nie zdarzyło mi się jeszcze, żeby klientka przy drugim mierzeniu marudziła” – mówi Zosia.

Rzemiosło na zakręcie

Krawcowe, które szyją dla Zosi, projektantka testuje na własnej skórze, zlecając uszycie kilku sukienek dla siebie. Te panie, z których jest naprawdę zadowolona, zaprasza do współpracy. W tym momencie szyją dla niej dwie zaufane krawcowe. Zosia korzysta też z zaplecza zakładu Janusza Bieleni, dla którego stworzyła niedawno niewielką kolekcję dla kobiet. Nie jest łatwo znaleźć dobrego krawca, bo zawód ten został w Polsce przez ostatnie dekady kompletnie zdegradowany. Krawcy i krawcowe, których znamy ze skromnych zakładów krawieckich, zajmują się głównie skracaniem nogawek, wymianą zamków i zwężaniem lub poszerzaniem bluzek i sukienek, co z prawdziwym rzemiosłem niewiele ma wspólnego. „Wielu polskich krawców, kiedyś doskonale wyszkolonych w rzemiośle, kompletnie dziś o nim zapomniało. Żyją z tych drobnych zleceń i albo nie mają potrzeby, albo nie chce im się wracać do warsztatu i szycia na miarę” – mówi ze smutkiem Zosia. Sytuacja jest patowa. Młodzi ludzie nie chcą uczyć się rzemiosła, bo nie wierzą w jego świetlaną przyszłość. Nie mają z kogo czerpać przykładu, bo większość tych naprawdę dobrych fachowców wyemigrowało. W Nowym Jorku Zosia pracowała nieopodal pracowni Marca Jacobs’a, w której pięć głównych krawcowych to Polki. Ostatnio zaangażowała się z kolei w ściągnięcie do Polski doskonale wykwalifikowanego krawca ze Lwowa z wieloletnim londyńskim doświadczeniem. Rozmawiamy z Zosią dłuższą chwilę o przyszłości rzemiosła, które w Polsce stoi teraz nad przepaścią. Obie chcemy wierzyć, że to moment, w którym można jeszcze uratować zaniedbane w ostatnich dekadach tradycje. Pojawiło się w ostatnich latach na polskim rynku sporo nowych, godnych uwagi projektantów. Społeczeństwo powoli bogaci się, więc coraz więcej ludzi stać będzie na unikatowe, porządnie skrojone i uszyte ubrania. Jest szansa na to, że dobry krawiec czy konstruktor znów stanie się zawodem prestiżowym i dobrze płatnym.

Tak właśnie jest w Nowym Jorku, gdzie Zosia wyjechała na staż do Proenza Schouler krótko po studiach. Tam doświadczyła prawdziwego „high fashion” – dwa tygodnie po przylocie Zosi do Stanów duet otworzył sklep na Maddison Avenue pomiędzy Pradą a Gucci’m. W Nowym Jorku nowicjuszka nauczyła się pracy z wzorami i kolorami, które uwielbiali świeży, amerykańscy projektanci. Mimo że dziś w swojej pracy Zosia opiera się na prostych formach i ograniczonej palecie barw, amerykańskie doświadczenie uważa za bezcenne. Najważniejszą naukę wyniosła z pracowni  Nicolas Caito – słynnego na cały świat konstruktora. „Kiedy przekraczasz próg studia Caito, zapominasz, że jesteś na Manhatanie. Pracują tam sami Francuzi, gra francuskie radio, wszyscy mówią po francusku” – wspomina z uśmiechem Zosia. Tamtejsi konstruktorzy szyją dla największych projektantów mody: Ralpha Laurena, Caroliny Herrery, Calvina Kleina i rozwiązują największe konstrukcyjne problemy. „Uczyłam się tam od samego patrzenia. Nie byłam tam długo, ale mogę śmiało uznać czas spędzony w Nowym Jorku za najbardziej intensywny w całym życiu” – śmieje się. I choć na koniec stażu Zosia Chylak dostała propozycję pracy, wróciła do Warszawy, bo bardzo tęskniła.

Jego ekscelencja subiekt

Zosia uwielbia Warszawę. Z sentymentem śledzi jej przedwojenną historię. Przejęta opowiada mi o Domu Mody Bogusława Herse, gdzie w dwudziestoleciu międzywojennym ubierało się kilka pokoleń eleganckich warszawiaków. Firma krawiecka zajmująca w latach trzydziestych całą kilkupiętrową kamienicę projektu Józefa Hussa pomiędzy Marszałkowską, Erywańską (później Kredytowa), placem Zielonym (następnie Plac Dąbrowskiego) i ulicą Szkolną, powstała z małego sklepu z koronkami i firankami, założonego w 1968 roku. Bogusław Herse, potomek żołnierza napoleońskiego, przybył do Warszawy z Poznania. Dzięki umiejętnemu prowadzeniu interesów i istotnej pomocy żony Filipiny, niewiele znaczący sklep bławatny w szybkim tempie przerodził się w wytworny dom mody, dyktujący kanony w stolicy. Role w rodzinnym interesie były mądrze podzielone: Filipina podejmowała decyzje o wyborze i zakupie towarów, Bogusław zaś odpowiadał za zatrudnienie personelu oraz finanse.

Główne wejście do warszawskiego królestwa mody prowadziło z narożnika ul. Marszałkowskiej i Erywańskiej. Przy drzwiach witał gości szwajcar, czyli elegancki portier. Do salonów na pierwszym piętrze przechodziło się przez ogromny sklep z materiałami, gdzie uwijali się jak w ukropie subiekci. Po pokonaniu wielkich marmurowych schodów, wyłożonych tłumiącym kroki, kokosowym chodnikiem, można było oddać się w ręce wysoko wykwalifikowanych krawców i krojczyń. Można też było, pośród luster i palm, przysiąść na obitej pluszem kanapce i przejrzeć najnowsze żurnale, których stosy leżały na stolikach. Całe czwarte piętro zajmowały pracownie krawieckie, szwalnie i wykończalnie. Kamienica mieściła też skład futer kupowanych na wielkoświatowych aukcjach, m.in. w Lipsku, Amsterdamie, Paryżu i Niżnym Nowgorodzie, a także salon sprzedaży i wynajmu samochodów.

Zosia pokazuje mi reklamy Domu Mody Bogusława Herse, wycięte z przedwojennych gazet, które kupiła na allegro. „Wnętrza zachowały się na filmie „Jego ekscelencja subiekt” z 1933 roku – da się go nawet obejrzeć na youtubie!” – pisze parę dni po naszej rozmowie i przesyła linki do filmu. Kamienica została zniszczona podczas drugiej wojny światowej, a po wojnie nie doczekała się odbudowy i została rozebrana ok. 1958 r. Podzieliła tym samym los większości zabudowy ulicy Marszałkowskiej.

Dziś Zosia przyjmuje swoje klientki w niewielkiej, jasnej pracowni na poddaszu marymonckiego domu, gdzie rysuje, projektuje i robi przymiarki. „Trochę tu skromnie, ale mam nadzieję, że już niedługo będę miała miejsce, gdzie pomieścimy się razem z krawcowymi” – mówi. A potem, kto wie? Może jej własny dom mody na Marszałkowskiej z salonem, konstruktorami i szwalnią na miejscu?

Materiał został opublikowany w 3 numerze Magazynu Zwykłego Życia.