Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Agnieszka i Dorota prowadzą wspólny kreatywny biznes. Najpierw jednak była przyjaźń, potem własne potrzeby. Tak powstała Jadłosfera – miejsce w sieci, gdzie nie tylko kupicie dobrze wyselekcjonowaną zdrową żywność; dowiecie się też, jak ją przygotować, z czym jeść, a jeśli gotujecie dla domowników lub przyjaciół – jak przekonać do niej sceptyków, którzy wierzą w zależności: „niezdrowe – smaczne”, „zdrowe – jałowe”.

Marta Mach: Widać na pierwszy rzut oka, że tworzycie zgrany team. Najpierw była przyjaźń czy Jadłosfera? 

Dorota: Znamy się od wielu lat. Studiowałyśmy razem, spędzałyśmy setki godzin na spacerach dyskutując o życiowych wyborach, dramatach, uczuciowych burzach, zawodowej karierze, słowem: o wszystkim ważnym i wszystkim błahym. Przedyskutowane wspólnie było łatwiej strawne. Potem tańczyłyśmy na swoich weselach i stopniowo wraz z pojawieniem się mężów, a potem dzieci nasze rozmowy zaczęły krążyć wokół tematów pozornie prozaicznych typu: alergia pokarmowa, co robić, by przetrwać dzień po nieprzespanej nocy, jak się odżywiać, by zachować moc.

Agnieszka: Nie zapomnę, gdy pierwszy raz spotkałyśmy się na spacerze z dwójką małych dzieci. Ja, jako bardziej doświadczona mama pięciomiesięcznego niemowlaka, który reagował strasznym płaczem na niemal wszystko, co jadłam, opowiadałam o swoich problemach Dorocie. Ona zaczynała właśnie przeżywać podobne awantury ze swoim nowo narodzonym maluchem. Czym się żywić w tej sytuacji? Wtedy wydawało nam się, że w zasadzie nie ma ratunku! Później reklamowałam Dorocie między innymi kaszę jaglaną przyniesioną mi przez moją mamę. Od tego zaczęło się wspólne testowanie różnych produktów. Dorota stała się królową kaszy jaglanej – zaczęła gotować z niej niemal wszystko! Jeden z jej pierwszych przepisów jest na naszym blogu – genialny! Co robić – zostałyśmy paniami domu. Codzienne obowiązki trzeba było jakoś pogodzić z resztą życia, a rady przyjaciółek sprawdzają się w takich przypadkach najlepiej.

Dorota: Zwłaszcza, że nie zawsze żyłyśmy tak zdrowo jak dziś. Ja mam za sobą okres zamiłowania do zupek instant. Miłość do kaszy jaglanej to kwestia ostatniej dekady. A pomysł na Jadłosferę? Przyniosła go Agnieszka i trafiła u mnie na podatny grunt, bo po pierwsze lubię i wierzę w ten temat, a po drugie właśnie zaczynałam urlop macierzyński i z przerażeniem patrzyłam na monotematyczność nadchodzących dni.

Jak przekonać męża czy partnera do kaszy jaglanej? nic prostszego!

MM: A więc w pomyśle na Jadłosferę ważne są dzieci. Trudno przekonać maluchy do zdrowej żywności? Wszyscy wiemy, że przysmakiem większości dzieciaków są parówki. 

D: Maluchy przekonać nietrudno, bo na początku nie znają innej kuchni. Kotlet z kaszy jaglanej pozostaje bezkonkurencyjny. Wyzwanie pojawia się wówczas, gdy dziecko idzie np. do przedszkola i poznaje smak parówki czy paluszka rybnego, zaczyna oglądać się za lizakami i żelkami. Ale wtedy ratuje nas po pierwsze dobry przepis, a po drugie konsekwencja. Jeśli wszyscy domownicy jedzą od początku tak samo, nie powinno być z tym trudno. U mnie każdy zaczyna dzień od ciepłego śniadania. W domowej ofercie jest kasza jaglana na słodko, płatki owsiane czy placki bananowe. W szufladach nie mam ukrytych słodkich płatków czekoladowych, więc córka ich nie wygląda. Do obiadu zawsze jemy warzywa. Weszliśmy w ten nieszczęśliwy etap, że nasze dziecko zawęża liczbę warzyw „jadalnych”, ale póki jeszcze jakiekolwiek są jadalne – ćwiczymy je. Te „niejadalne” ukrywamy w sokach warzywno-owocowych albo wszelakich miksach np. z kaszą. Ostatnio awokado ukrywamy pod hasłem „masło”.  A gdy mamy ochotę na coś niezdrowego, to bywa, że ulegamy tym pokusom, zachowując zdrowy rozsądek. Stronimy od żelków, częściej wybieramy dobrą czekoladę. Grzeszymy lizakami, ale czytamy wcześniej ich składy. Podjadamy ciasteczka bio czy pszenicę z miodem, bo świetnie chrupie.

A: Zgadzam się z Dorotą. Dzieci nie rodzą się z umiłowaniem parówek. Chcą jeść to, co jedzą ważni-dorośli. Jeśli oni jedzą zdrowo, dziecko sięga po zdrowie i jest to dla niego naturalne. Choć oczywiście nie można przesadzić. Do tej pory mam w głowie historię znajomych, którzy przez trzy lata nie dawali swojej córeczce żadnych słodyczy. Po trzech latach wybrali się po raz pierwszy na przyjęcie urodzinowe innego dziecka i ich córka spędziła całe dwie godziny przy stoliku ze słodyczami wprost nie mogąc się od niego oderwać. Dlatego jadamy słodycze. Raz w tygodniu w sobotę chłopcy mają „dzień słodyczy” i mogą wybrać, cokolwiek zechcą. I choć gorąco zachęcam ich do tego, by było to domowe ciasto albo najlepszej jakości czekolada, czasem zdarza się, że wybierają mniej luksusowe słodkości. Czasem (o zgrozo!) jadamy nawet parówki. Codzienna dieta jest jednak zdrowa: pełna zbóż, warzyw, owoców, dobrych olejów (zdrowe tłuszcze są niezwykle ważne dla rozwoju dzieci). Zwykle stosujemy różne patenty na przemycanie zdrowych rzeczy, np. ekspandowany orkisz nazywam „orkiszowym popcornem” i od razu lepiej smakuje. Zawsze pomaga też wspólne gotowanie. To, co dzieci zrobią swoimi rękami, smakuje bardziej. Oczywiście dużą rolę odgrywają preferencje indywidualne. Mój pięciolatek od zawsze z największą przyjemnością sięgał po wszystko, co zdrowe. Kocha olej lniany, często nielubiane przez dzieci brokuły, zajada się oliwkami, na śniadanie zawsze chce owsiankę lub jaglankę z aronią. Trzylatek z kolei umiłował sobie białą bułę i mięso. Przekonanie go do czegoś odrobinę zdrowszego było więc trudniejsze. Co pomogło? Jedzenie zdrowych rzeczy przez całą rodzinę i co najważniejsze, przez starszego brata. Po dziesięciu razach stawiania kaszy jaglanej na stole przy śniadaniu przekonał się! Oczywiście grunt to nie zmuszać i nie namawiać nadmiernie. Takie działanie z całą pewnością spowoduje efekt odwrotny od zamierzonego. Lubimy to, co wybieramy sami. Najlepiej tylko zorganizować dzieciom wybór pomiędzy zdrowym i zdrowym. I przyzwyczaić ich kubki smakowe do dobrego.

(zobacz galerię zdjęć)

M: Wróćmy do interesów. Jak się prowadzi biznes z przyjaciółką? 

D: Spiritus movens jest u nas Agnieszka. Ja z przyjemnością ją wspieram, ale to determinacja i entuzjazm Agnieszki stoi za Jadłosferą. A jeśli miałabym mówić o codzienności, to przywołałabym pewnie naszą serię spotkań koncepcyjnych – spotykałyśmy się u mnie w domu. Ja z miesięcznym Witkiem na rękach, Agnieszka z laptopem na kolanach. W takich twórczych okolicznościach powstawał pomysł, grafika i pierwsze posty na naszego bloga. Dzisiaj mamy już mniej czasu na takie spotkania, więc wisimy na telefonie.

A: Zawsze wiedziałam, że gdy będę prowadzić swój biznes (a ta idea kiełkowała we mnie od długiego czasu), to chciałabym go prowadzić z Dorotą. Zapowiedziałam jej to już kilka lat wcześniej i jak powiedziałam, tak zrobiłam. Cieszę się bardzo, że propozycja padła na podatny grunt, bo pracować z przyjaciółką jest świetnie! Rozumiemy się w pół słowa, więc łatwo nam było wspólnie tworzyć koncepcję Jadłosfery. Tym bardziej, że pojawiła się ona niejako naturalnie, wynikała z  potrzeb dnia codziennego. Naprawdę wbrew pozorom nie jest łatwo kupować niszowe produkty wytwarzane przez małe, lokalne firmy. Chodzi o produkty, których skład jest prosty i krótki (co jest dla nas synonimem tego, że produkt jest zdrowy). A tak się złożyło, że obie zaczęłyśmy zwracać na zdrowie szczególną uwagę. Oczywiście ze względu na dzieci, ale nie tylko… My same musiałyśmy stawić czoła poważnym chorobom, które porządnie napędziły nam stracha i sprawiły, że zaczęłyśmy mocno zważać na to, co znajduje się na naszych talerzach.

W naszym duecie sprawdza się jeszcze jedna rzecz – obie mamy kompletnie inne doświadczenie i w związku z tym łatwo nam podzielić kompetencje. Dorota od wielu lat pracuje w branży PR. Ja kilkanaście lat temu rozpoczęłam swoją pracę w branży reklamowej i spędziłam w niej szmat czasu. Odmienne doświadczenia zdobyte w korporacjach bardzo nam się przydają. Każda z nas ma też inne mocne strony. Dorota na przykład jest świetna we wszystkich kwestiach wizualnych, w czym ja jestem kompletną nogą. Jest bardzo twórcza, a jednocześnie jest perfekcjonistką. Ja z kolei stawiam na szali swoje konsekwentne dążenie do celu i umiejętność podejmowania ryzyka. Uzupełniamy się idealnie. Obie lubimy pisać, dlatego pisanie jest ważne w Jadłosferze. No i jeśli chodzi o kwestią najważniejszą, czyli wiedzę o zdrowych produktach – myślimy bardzo podobnie.

M: Jak dobieracie producentów, których wyroby sprzedajecie w waszym sklepie? 

A: Pomysł jest bardzo prosty. Chcemy mieć w Jadłosferze wyłącznie rzeczy, z których same korzystamy i które chcemy mieć w swojej kuchni. Podstawa to dobra etykieta produktu. Czytaj – prosta lista składników. W momencie, kiedy zaczęłyśmy się interesować zdrowym odżywianiem i zwracać uwagę na składniki produktów, które nabywamy, włos zjeżył nam się na głowie. Czego tam nie było! Strach się bać. Nawet w sklepach ze zdrową żywnością nie brakuje czystej chemii. Na przykład mleko wegańskie mleku wegańskiemu nie równe. Wiele z nich to produkty sztuczne i wcale nie dobre dla naszych organizmów. Podobnie rzecz się ma z wieloma ciasteczkami dla osób na diecie bezglutenowej lub bezmlecznej. Czysta chemia. My stawiamy na naturalne, różnorodne jedzenie. Wierzymy, że to podstawa zdrowia.

Z przyjemnością wybieramy też do Jadłosfery małych lokalnych wytwórców żywności. Nazywamy ich wytwórcami nie bez przyczyny. Producent kojarzy się z masową produkcją, a takie podejście żywności nie służy. Nasi wytwórcy to często pasjonaci. Sprzedają to, co lubią. Robią to najlepiej jak potrafią i wkładają w to serce. A jedzenie podane z sercem smakuje najlepiej.

Wytwórców, których produkty można kupić w Jadłosferze dobierałyśmy wiele lat. To w większości firmy, których produkty znalazłyśmy dla siebie i swoich rodzin, a które bardzo ciężko było kupić. Dorota wiele lat temu pokochała np. wytwórcę wspaniałych przypraw, zajadała się nimi, ale kupno ich to duże wyzwanie! Mój pięciolatek miesiącami prosił mnie o pigwoniadę (lemoniadę z pigwowca), której spróbował podczas wakacji na Mazurach, a ja miałam problem ze sprostaniem życzenia dziecka.Teraz same sobie ułatwiłyśmy życie, bo wreszcie możemy kupować te wszystkie pyszności u siebie.

(zobacz galerię zdjęć)

Wskocz do jadłosfery już dziś!

M: Jadłosfera to nie tylko sklep. Prowadzicie bloga. Opowiedzcie więcej o swojej działalności „okołohandlowej”.

A: Jadłosfera to nie jest po prostu sklep. To raczej butik. Bo w butiku masz pewność, że dostaniesz tylko rzeczy najwyższej jakości, że ktoś za ciebie dokona wstępnego wyboru i odrzuci to, co nie jest warte zainteresowania. Zaoszczędzając ci tym samym trochę czasu.

Jadłosfera to też miejsce, które ma pomagać być eko w tempie wielkiego miasta. Same żyjemy w wielkim mieście, mamy dzieci, inne prace zawodowe i wiemy jak to jest, kiedy ciągle brakuje czasu. Chcesz żyć zdrowo, ale jak to zrobić? Terminy gonią, życie pędzi, przepisy na zdrowe jedzenie są takie czasochłonne i wymagają zakupów w pięciu różnych miejscach. Skąd brać na to czas? I jak działać, żeby jeszcze zostało go trochę dla… siebie? Dlatego wymyśliłyśmy Jadłosferę jako miejsce, w którym ktoś podpowie ci, jakie zdrowe produkty warto włączyć do swojej kuchni, a jednocześnie od razu doradzi, co z tymi produktami zrobić. Bardzo długo pracowałyśmy nad opisami naszych produktów. Każdy opis zawiera nasze wskazówki, kiedy i jak danego produktu używać, czasami przepisy. Bo na przykład wszyscy słyszeliśmy, że chia jest zdrowe, ale zupełnie nie wiemy, z czym to się je… My od razu dajemy możliwość zakupienia chia i wypróbowany przez nas osobiście przepis na jego wykorzystanie. Regularnie przy tym blogujemy starając się dzielić z naszymi gośćmi wszelkimi naszymi sposobami na zdrowe życie. To patenty własne, ale też te zebrane od przyjaciół, wyczytane, a później sprawdzone. Wszystkie charakteryzuje jedno: mają być szybkie i łatwe w realizacji. Bo Jadłosfera to miejsce dla tych zabieganych, ale z marzeniami o życiu w mazurskiej zieleni.