Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Wiecie, co to jest szapoklak? To specjalny cylinder o konstrukcji pozwalającej na złożenie go na płasko, używany przez mężczyzn na przełomie XIX i XX jako element stroju balowego. Pani Alina Cieszkowska, spadkobierczyni prawie 150-letniego, najstarszego w stolicy zakładu czapniczego i kapeluszniczego, ma kryty jedwabiem szapoklak po swoim ojcu. Zepsuło się w nim jednak rusztowanie i nikt w zakładzie, ba, w całej Warszawie, nie wie, jak go naprawić. A co powiecie na ręcznie robione pięciopanelówki? Projektuje je i produkuje Łukasz Hendzel, twórca marki Paris + Hendzel Hancrafted Goods.

Złote czasy

Stefan Cieszkowski, pradziadek pani Aliny, otworzył pierwszy sklep z nakryciami głowy dla mężczyzn na ulicy Chmielnej w 1864 roku. Rodzinny biznes przejął po nim syn Marcin, który przeniósł go wraz z produkcją na Nowy Świat. To były złote czasy dla zakładu Cieszkowski, bo nakrycia głowy nosili wtedy wszyscy: robotnicy, arystokraci i artyści. Eugeniusz Bodo, Józef Redo czy Władysław Szczawiński swoje kapelusze i meloniki kupowali właśnie u Cieszkowskich. Do syna Marcina, a ojca pani Aliny, Stefana, który przeprowadził się z interesem na lewą stronę Wisły, na ulicę Targową przychodzili z kolei Mieczysław Fogg, Adolf Dymsza i Mieczysław Wojnicki, autor legendarnego przeboju Jabłuszko pełne snów. „Moim marzeniem jest, ażeby moja córka Alina prowadziła naszą pracownię przez najbliższe 31 lat. A wtedy odbędzie się jubileusz nie mający precedensu: 150 lat. Ale to już zależy od córki i różnych niespodzianek życiowych” – powiedział Stefan, przekazując firmę córce w latach 80. XX wieku. Pani Alina spełniła marzenie ojca – rok temu odbył się upragniony jubileusz. Niespodzianki życiowe krzyżują jednak plany dalszego rozwoju zakładu, w którym „jakość to tradycja”. W miejscu, gdzie stoi, będzie budowana droga. Pani Alina ma się wynieść do 18 maja. A nie ma już siły i funduszy na kolejną przeprowadzkę. Co prawda, lokal jest jej własnością, ale grunt należy do miasta, i nie ma przebacz. Wygląda na to, że zakład Cieszkowski wraz z charakterystycznym szyldem z dwoma psami ciągnącymi za kapelusz zniknie z mapy Warszawy. No chyba że znajdzie się inwestor, który kupi go za milion złotych, bo taniej pani Alina nie sprzeda.

Co w rodzinie, to nie zginie

Rzemiosło umiera? Wraz ze zniknięciem zakładu Cieszkowski umrze na pewno serce polskiego czapnictwa i kapelusznictwa. Dobra wiadomość jest taka, że wśród młodych są następcy, chociaż nie bezpośredni – Łukasz Hendzel nie szyje angielek i maciejówek. Jego firma metodą rzemieślniczą produkuje czapki z daszkiem, bejsbolówki i pięciopanelówki. To, co oprócz metod pracy łączy go z rzemieślnikami starej daty, to przywiązanie do rodzinnej tradycji. Nie, nie, Łukasz nie jest przedstawicielem kolejnego pokolenia w rzemieślniczej rodzinie. Tworząc swoją markę, odniósł się jednak do rodzinnych korzeni. Nazwa firmy Paris & Hendzel Handcrafted Goods wywodzi się od nazwisk rodowych jego rodziców: mamy – Paris, i taty – Hendzel. Obydwa rody są bardzo stare. Parisowie pochodzą z Leszna, a Hendzlowie z Łodzi. Nazwiska mają ten sam szlachecki herb – Prawdzic, który przedstawia lwa z lustrem w łapach. Herb ze strony matki dziedziczony jest w linii męskiej Paris, ze strony ojca w linii żeńskiej Brochocka. Z tych lwów powstało logo firmy Łukasza. Herb Prawdzic pochodzi od zawołania „prawda”, a lustra, które lwy herbowe trzymają w łapach, są jej emanacją.

– Ojciec zabrał się dawno temu za przeszukiwanie korzeni rodzinnych i budowanie drzewa genealogicznego. Podróżował po Polsce, robił wywiady, przeglądał księgi w kościołach i bibliotekach. W czasie tych poszukiwań okazało się, że rodziny ojca i matki mają ten sam herb” – opowiada Łukasz. – Rodzina jest dla mnie bardzo ważna. Mogę powiedzieć, że wiele, jeśli nie wszystko, jej zawdzięczam. Kiedy robię nowe projekty, to zawsze najpierw pytam rodzinę: rodziców, siostrę i dziewczynę. Oni są moimi pierwszymi krytykami.

Góry, rap i piłka nożna

Pomysł na stworzenie marki produkującej czapki z daszkiem zrodził się w głowie Łukasza około dwóch lat temu, kiedy był na wakacjach ze swoją dziewczyną.

– Idea wzięła się z braku takiego przedmiotu, który sam chciałbym mieć. Wiadomo, jest od groma amerykańskich marek produkujących czapki z daszkiem. W Polsce była nisza do wypełnienia.

Łukasz nie chciał, żeby firma była kojarzona z jakąkolwiek subkulturą, skejtową czy rapową, choć sam kiedyś rapował. W piwnicznym, nie do końca profesjonalnym studio przez ponad 10 lat nagrywał domorosłe produkcje. Wydawali własnym sumptem płyty, koncertowali dla znajomych. Ekipa z biegiem lat się zmieniała. Członkowie odchodzili ze składu, przychodzili nowi.

– Dwa lata temu ostatecznie się porozjeżdżaliśmy. Każdy z nas znalazł dla siebie ważne zajęcie, inne niż tworzenie muzyki, i się rozlazło. Tylko jeden z nas zajmuje się dziś muzyką profesjonalnie. Nadal kocham rap i słucham go często, ale okres piwnicznego studia mam już za sobą. Wydoroślałem, zacząłem na poważnie zajmować się projektowaniem. Czapki Paris + Hendzel chciałem stworzyć dla takich jak ja. Odbiorców, którzy lubią bejsbolówki i pięciopanelówki, ale z dużą świadomością konsumencką – opowiada Łukasz.

Kiedy z kolegami siedział i nagrywał w studiu, temat stworzenia własnej marki odzieżowej często się pojawiał. Były pomysły na koszulki, bluzy, nadruki. Dziś dojrzał do tego, by pomysł wprowadzić w życie.

Ważną inspiracją do stworzenia marki były podróże.

– Staramy się z moją dziewczyną, która mnie w tworzeniu bardzo wspiera, jak najwięcej podróżować. Oboje wykonujemy wolne zawody i marzymy o poświęcaniu jak najwięcej czasu na jeżdżenie po świecie, również dzięki pracy – mówi Łukasz.

W Polsce kochają góry. Zafascynowali się nimi dość niedawno. Ewelina namówiła Łukasza na wycieczkę w Tatry. I wpadł po uszy.

– Chodzimy po górach od niedawna, więc żadni z nas wielcy taternicy, ale dzień spędzony od świtu do zmierzchu na wspinaczce jest bezcenny. Te widoki, te przestrzenie. Góry są super – zachwyca się. Podczas górskich wycieczek dla Łukasza ważny jest wysiłek, bo nie znosi biernego wypoczynku. W dzieciństwie chciał być zawodowym piłkarzem. Do osiemnastego roku życia bardzo poważnie trenował. Grał jako junior w drużynie seniorów. Piłkarskie sprawy zaczęły się robić poważne. W pewnym momencie musiał zadecydować, czy chce zajmować się tym zawodowo.

– Nie starczyło mi zapału, bo zawsze miałem mnóstwo zajawek. Nie chciałem poświęcać całego życia dla kariery sportowej – tłumaczy.

Człowiek zajawka

Projektowanie graficzne, które jest głównym źródłem dochodu Łukasza, też wzięło się z zajawki. Praca projektanta pomogła mu przy pracy nad czapkami pod wieloma względami.

– Po pierwsze, dzięki projektowaniu czuję się dość stabilny finansowo i to pozwoliło mi zainwestować w nowy pomysł na biznes. Po drugie, dokładnie wiedziałem, jak ma wyglądać moja marka. Kiedy wymyśliłem, że chcę szyć czapki, wiedziałem, że potrafię to robić – mówi Łukasz.

Do pracy nad komunikacją wizualną zabrał się metodycznie. Czapki były w zasadzie finalnym etapem. Rok trwała praca nad zbudowaniem marki. Sam zaprojektował logotyp.

– To był najdłuższy proces projektowy w moim życiu. Najtrudniej jest zaprojektować coś dla siebie, tak aby siebie samego w stu procentach usatysfakcjonować. Bardzo długo myślałem nad nazwą i to ona ostatecznie ukształtowała filozofię marki i sposób pracy nad produktem – opowiada Łukasz.

Sam zaprojektował opakowania, stronę internetową, cały branding Paris + Hendzel Handcrafted Goods. Sam projektuje printy, czyli wzory na materiały. Jak mówił, projekty konsultuje z najbliższymi, ale finalna decyzja zawsze należy do niego. Sam dobiera materiały. Wszystkie naturalne. Przyznaje, że próbował poliestru, ale to była kompletna porażka. Fakt, świetnie drukuje się na nim wzory. Szybko, tanio i bardzo wyraźnie. Ale sztuczna tkanina niskiej jakości zupełnie do czapek Łukasza nie pasuje. Większość szyje więc z bawełny, mimo że drukowanie na niej wzorów jest trudniejsze i bardziej kosztowne. W zimowej kolekcji pojawiły się też wełniane czapki z jedwabną podszewką dla klientów, którzy elegancką czapkę z daszkiem chcą nosić do płaszcza i sztybletów. Łukasz sam testuje materiały. Każdy nowo nadrukowany wzorzysty materiał samodzielnie spiera, sprawdza, czy nie barwi, i testuje na własnej skórze.

– Kiedyś, nosząc testowy wzór czapki, dostałem uczulenia, bo firma, która drukowała dla mnie materiał, użyła toksycznych farb. Od razu zmieniłem podwykonawcę i z nowym rozpocząłem kolejną fazę testów – wspomina. Materiały kupuje w hurtowniach w całej Polsce. Głównie bawełnę, wełnę i alpakę, a na podszewki batyst, satynę i jedwab.

Fach w cudzym ręku

Wreszcie nadszedł końcowy, ale też najważniejszy etap, czyli produkcja czapki. Założenie od początku było takie, by produkować je ręcznie, metodą rzemieślniczą, w małych seriach. W związku z tym Łukasz od początku wiedział, że szyciem samodzielnie nie będzie się zajmował. Z prostego względu – nie potrafi szyć.

– Bardzo długo szukałem podwykonawców. Chodziłem po małych warszawskich zakładach kapeluszniczych i czapniczych, poszukując osoby, której mógłbym powierzyć produkcję. W pracowni na Grochowie usłyszałem, że niedługo będzie się zamykała, bo właścicielowi prowadzenie jej się nie opłaca. Nie skusiła go wizja stałych zleceń – wspomina Łukasz. Znalazł więc drugi zakład, w którym usłyszał, że czapnik, który go prowadzi, zaraz przechodzi na emeryturę i żeby zapomniał o rzemiośle, bo to się kompletnie nie opłaca.

– Po tych wycieczkach stwierdziłem, że rzemiosło w Polsce, przynajmniej to starej daty, zakorzenione w cechach, upada. Czy to była chwila zwątpienia? Nie. Bo jak już sobie postanowiłem, że chcę robić Paris + Hendzel, wiedziałem, że bez względu na wszystko znajdę sposób na zrealizowanie pomysłu – mówi Łukasz. Małe jednoosobowe warsztaty nie chciały z nim współpracować, zaczął więc poszukiwać manufaktur. Tak trafił do swojej aktualnej podwarszawskiej pracowni. Firma wykonuje przeróżne zlecenia dla instytucji państwowych, a także dla prywatnych firm, całkiem komercyjne. Zatrudnia czapników z wielopokoleniowych rzemieślniczych rodzin, którzy wykonują ręcznie czapki wojskowe, czapki dla orkiestr itp. Jak w większości tego rodzaju zakładów w Polsce, pracuje tu właśnie ostatnie pokolenie rzemieślników. Łukasz widzi, że jeśli nie pojawi się w firmie młody uczeń, za pięć lat manufaktura przestanie istnieć. Cała trójka rzemieślników, którzy szyją czapki Paris + Hendzel, jest bliska wieku emerytalnego. Są już zmęczeni wieloletnią ciężką robotą. Szef uwielbia swoją działkę i w letnie miesiące na niej najchętniej spędzałby większość czasu. Łukasz bardzo lubi pracę w pracowni rzemieślniczej. Sam zajmuje się podstawowymi zadaniami. Trochę, żeby przyspieszyć robotę, trochę, by czegoś nowego się nauczyć. Wycina, mierzy, pomaga przy konstrukcji. Marzy o tym, by swoim podwykonawcom dostarczyć tyle pracy, by opłacało im się zatrudnić ucznia, który zostałby z marką, kiedy oni pójdą na zasłużoną emeryturę.

– Bardzo nie chciałbym wynosić się z tej pracowni. Tu nie ma relacji czysto biznesowych. Nie ma klimatu płacę – wymagam. Do pracowni przyjęto mnie bardzo serdecznie. Rzemieślnicy pozwalają mi siedzieć u nich i przypatrywać się robocie, jak długo chcę, a ja bardzo to lubię, więc spędzamy razem dość dużo czasu. Wiadomo, czasem się spieramy. Oni sobie narzekają, a ja spokojnie słucham tych narzekań. Często jest tak, że oni chcieliby na skróty, żeby już skończyć jedno zlecenie i przejść do następnego, ale ja jestem nieugięty. Kiedy trzeba, pruję całą serię i robimy od nowa, bo każda czapka musi być wykonana według mojej wizji.

Kierunek rzemiosło

– Młodzi ludzie chcą zajmować się rzemiosłem, bo ręczna robota znów jest w cenie. Rzemiosło jest modne i jeśli z głową podejdzie się do przedsięwzięcia, można na nim zarobić. Prowadzenie własnej marki to przyjemna i bardzo satysfakcjonująca praca – mówi Łuksasz. Problem w tym, że młodzi wiedzą, jak wypromować markę, ale nie mają rzemieślniczego wykształcenia. Dziś korzystają z pracy wykształconych w cechach rzemieślników, których z roku na rok w Polsce ubywa. Kto zajmie ich miejsce przy maszynach?

Mimo że czapki Paris + Hendzel Handcrafted Goods nie kosztują mało, Łukasz nie narzeka na brak klientów w Polsce. Powoli zaczynamy doceniać rzetelnie wykonany produkt i wolimy wydać trochę więcej na naprawdę dobrą jakość. Za granicą edukacja rynku w tym zakresie została już wykonana. Dlatego większość polskich młodych kreatywnych producentów interesuje się zagranicznymi rynkami. Łukasz sprzedaje sporą część swoich czapek w Stanach Zjednoczonych, Singapurze i Europie Zachodniej.

Na razie na bejsbolówkach i pięciopanelówkach nie zbija kokosów, bo firma ma dopiero pół roku i co naturalne, wszystkie środki Łukasz inwestuje w rozwój marki.

– Nie mam konkretnego planu pięcio- czy dziesięcioletniego. Wierzę, że jeśli coś robi się dobrze i coraz lepiej, sukces finansowy wcześniej czy później przychodzi sam. Jeśli chcesz mnie zapytać, jak i gdzie widzę swoją markę za x lat, to dziś mogę powiedzieć, że chciałbym, żeby ręcznie robione przez polskich rzemieślników czapki Paris + Hendzel zdobyły międzynarodową popularność.

Materiał opublikowany w 8. numerze magazynu Zwykłe Życie.