Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Ceramika to jedna z najstarszych dziedzin sztuki, po którą coraz częściej sięgają również współcześni artyści. Mimo, że to tworzywo wymagające sporej wprawy, twórcy chętnie z nim eksperymentują i przedefiniowują jego tradycyjną formułę. Sztuka współczesna mocno ciąży ku zaspokajaniu potrzeby posiadania, zatem ceramiczny obiekt będący efektem serii skomplikowanych zabiegów, wchłonięty przez rynek (sztuki), szybko staje się fetyszem, tracąc przy tym swoją utylitarność.

Wydaje się, że – aby docenić wartość formowanych ręcznie filiżanek czy malowanych w misterne wzory talerzy – należałoby się cofnąć do początków XIX wieku, kiedy narodził się ruch Arts & Crafts i gdy artyści epoki Art Nouveau docenili kunszt rzemieślniczy, łącząc wyrafinowane formy artystyczne z użytkowymi. Rozwój przemysłu i mechanicznie produkowanych elementów wyposażenia domu doprowadził do standaryzacji, której opór próbuje się dzisiaj stawiać poprzez szeroko pojętą personalizację: ubrań, wnętrz i gadżetów. W epoce nadprodukcji przedmiotów otaczanie się pięknymi rzeczami staje się powoli stylem życia, drogą do wyrażania siebie. Niektórzy zatem kupią buty z kolorowymi szwami, inni zamówią koszulkę z nadrukiem od znanego ilustratora, a jeszcze inni zażyczą sobie konceptualnego autoportretu pędzla Tymka Borowskiego.

Wracając jednak do ceramiki – na rynku oferta dla miłośników unikatowych naczyń też jest coraz szersza. W Polsce jako pierwszy w trend personalizacji wpisał się producent ceramiki z Wałbrzycha, Kristoff, w którego ofercie znajdziemy zestawy naczyń zaprojektowane przez artystów młodego pokolenia takich jak Maria Jeglińska, Tomasz Walenta czy Marek Mielnicki. Mowa zatem o obiektach, które jednocześnie są piękne i nęcą oko, i które mają wyrażać osobowość właściciela. Oczywiście, osobisty styl artysty też jest tutaj istotny, choć pełni on rolę służebną wobec funkcjonalnego obiektu – filiżanki, kubka czy sosjerki. Takie naczynia można kolekcjonować, jednak lepiej będą one spełniały swoją rolę na suto zastawionym stole. Tymczasem w oszklonej witrynie umieścimy te ceramiczne dzieła sztuki, które tworzone są w limitowanej ilości, zdobione ręcznie, unikatowe, noszące na sobie piętno twórcy tak jak płótno czy papier.

Ceramika staje się fetyszem wtedy, kiedy jej funkcjonalność schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca formie.

Ceramika staje się fetyszem wtedy, kiedy jej funkcjonalność schodzi na dalszy plan, ustępując miejsca formie. I nie chodzi jedynie o sam kształt, ale o zawartość takiego ceramicznego naczynia. Mowa tutaj o czymś zupełnie różnym od aromatycznej potrawy czy napoju – czymś, co zaspokaja zmysł wzroku, nie zaś smaku czy powonienia. Zwykły talerz, mimo swego niepozornego oblicza, dzięki artystycznej interwencji, stać się może powierzchnią o statusie porównywalnym do obrazu na płótnie czy też rzeźby.

Malowanie na błyszczącej powierzchni talerza ma w sobie coś transgresyjnego. To akt łączący sztukę „wyższą” i rzemiosło, a także czynność włączająca w spektrum sztuki obiekt z tzw. prywatnej sfery życia. Ten gest ma szczególne znaczenie zwłaszcza wtedy, gdy na tym kruchym materiale tworzy artysta płci męskiej, porzucający tym samym etos malarza walczącego z nieprzejednaną przestrzenią płótna zamkniętego w ramach. Ceramiczny talerz to powierzchnia wymagająca precyzyjnych ruchów, i delikatności, wykluczająca możliwość wielkiego malarskiego gestu. Paradoksalnie, poprzez swoją nietypowość, to też idealna powierzchnia do tworzenia dzieł lekkich, niedosłownych, puszczających do widza oko.

Maurizio Cattelan i Pierpaolo Ferrari, wydający wspólnie artystyczny magazyn Toilet Paper, zasłynęli w świecie kolekcjonerów serią limitowanych edycji talerzy z nadrukami tych samych kolaży, które zamieszczają w magazynie. Proste talerze służą za medium dla przeróżnych wizualnych skojarzeń i prowokacji, których bazą są retro fotografie: ropucha ukrywająca się w bułce niczym burger czy palce odseparowane od dłoni (podane na środku talerza niczym danie?) to interesujący dodatek do zwykłego talerza.

Polscy artyści również sięgają po to, jakże wdzięczne, ceramiczne medium. W 2008 roku Karol Radziszewski stworzył limitowaną kolekcję piętnastu białych talerzy obiadowych naznaczonych różowymi literami „FF”, które artysta własnoręcznie namalował sprayem na znak queerowej rewolty, sygnalizowanej przez niego w magazynie DIK Fagazine.

 

Takie małe dzieła sztuki, nieco przerażające, a jednocześnie nęcące, rok później wykonał też Olaf Brzeski. Swoje rysunki, które są dla niego również podstawą prac rzeźbiarskich, przeniósł na lustra stylowych półmisków: zwielokrotniona kreska uzyskana przez umiejętny dukt pędzla ukazuje rzeczywistość mroczną i niepokojącą, gdzie to, co nieoczywiste kusi i odpycha jednocześnie.

(zobacz galerię zdjęć)

Podobną strategię przyjęła niemiecka artystka, Evelyn Bracklow, która słynie z tego, że pokrywa znalezione na pchlich targach naczynia rysunkami sugerującymi zepsucie, rozpad – na jej talerzach znajdziemy armie spacerujących po nich mrówek, do złudzenia przypominające te prawdziwe. Pojawiają się one na złoconych rantach podstawków, na owocach zdobiących talerze vintage, infekując nieskazitelną, klasyczną formę talerza, przekierowując nasze skojarzenia na materialność dążącą do entropii. Wanitatywne przesłanie jest w przypadku talerzy Bracklowej niezwykle silne – nawet jeśli nie w pełni zamierzone.

(zobacz galerię zdjęć)

Czym jest zatem ten, niedający się pochwycić w żadne definicje, obiekt – pomalowany przez artystę talerz? Czy jest to tylko spersonalizowana ceramika, którą włożymy pomiędzy naczynia do kredensu, czy może jednak obiekt, który posiada znamiona fetyszu? Takiego talerza nie postawimy przecież na stole, by stał się podstawą dla owoców i ciastek – wlać do niego zupę byłoby świętokradztwem. Tradycja wieszania na ścianach (również tych zewnętrznych) talerzy zakorzeniona jest mocno w Portugalii i wciąż obecna na hiszpańskiej prowincji. Jeśli chodzi o Polskę jest ona mocno utożsamiana z propagandą PRL-u, kiedy folklor stał się narzędziem w rękach władzy. Talerze produkowane w latach 50. i 60. we włocławskiej Fabryce Fajansu, malowane ręcznie przez artystki z Zalipia czy projektowane i produkowane przez duet Heleny i Lecha Grześkiewiczów, były nie tylko nośnikiem sztuczne wytwarzanej tożsamości polskiej wsi, ale i pięknymi przykładami sztuki dekoracyjnej. Takie bogato dekorowane talerze były wyposażone w zawieszki pozwalające wyeksponować je na ścianie.

(zobacz galerię zdjęć)

Współcześni artyści udowadniają, że nawet zwykły talerz, kojarzący się najmocniej ze sztuką kulinarną, stać się może obiektem pożądania – i znaleźć swoje miejsce w nowoczesnym gabinecie osobliwości. W sklepie MoMA oraz w galerii Raster możemy zaopatrzyć się w te niezwykłe dzieła, a talerze z Włocławka podziwiać można do 15 stycznia na wystawie Polska – kraj folkloru? w warszawskiej Zachęcie.