Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Paula Flores i Marzena Roguska, założycielki ośrodka psychoterapeutycznego Psycha.styka, znają się od dziecka, jednak na pomysł prowadzenia własnego ośrodka wpadły zupełnie przypadkowo. Marzena przez dłuższy czas zajmowała się tańcem współczesnym. Próbowała różnych form pracy z ciałem, którym jak mówi, bardzo blisko do zajęć terapeutycznych. Paula z kolei skończyła psychologię. Jest doktorantką w Polskiej Akademii Nauk, gdzie zajmuje się ciałem w procesie psychoterapii. Rozmawiamy o tym, co w naszych ciałach jest naturalnego, jak dobrze oddychać, kiedy głęboki oddech może być nieprzyjemny i czym jest drżenie ciała, którego nie powinniśmy powstrzymywać.

Paula: Wszystko zaczęło się od jednej rozmowy na imprezie. Pamiętam tę zimę, było ponuro, brzydko i byłyśmy bardzo nieszczęśliwe. Opowiadałyśmy sobie o pracach, które wykonywałyśmy, a które nas nie satysfakcjonowały. To chyba wtedy postanowiłyśmy, że zaczniemy robić coś razem.

Marzena: Wiedziałyśmy, że nasze zainteresowania się łączą, ale musiałyśmy znaleźć dla tego, co chcemy robić, odpowiednią nazwę. Bardzo długo nam to zajęło.

Paula: Od pomysłu do założenia ośrodka minął rok. Przez ten czas miałyśmy kilka spotkań, na których rozmawiałyśmy o tym, czym chcemy się zająć – ja stroną psychologiczną, prowadzeniem terapii, a Marzena szeroko pojętą „gimnastyką” i tańcem. To od naszych zainteresowań wzięła się nazwa Psycha.styka – psychologia i „gimnastyka funkcji życiowych”. Na co dzień zajmuję się psychoterapią, którą rozumiem jako pracę z ciałem i z psychiką. Korzystam z technik lowenowskich i różnych ich odmian, z techniki TRE, z technik masażowych i uciskowych. To jest ta część cielesna, druga część to praca z przekonaniami na temat własnego ciała. Gdy odkrywamy coś we własnym ciele, to ono zaczyna pracować inaczej. Prowadzę również badania nad tym, co właściwie daje wprowadzenie do terapii ćwiczeń. Wszystko wskazuje na to, że bardzo dużo. Obserwuję uczestników warsztatów i widzę, że są spokojniejsi, świadomi swoich stanów, ale z punktu widzenia naukowego ciężko określić, co tak naprawdę podczas takich zajęć zaszło.

Nie da się pracować z oddechem, nie pracując z ciałem. Przez to, że w naszym życiu jest dużo stresu, nasze ciało jest pozbawione naturalnej pulsacji, zaciskamy się i oddychamy bardzo płytko. A to, jak oddychamy, ma wpływ na nasz umysł.

Marzena: Wiele z tego, co przekazuję na zajęciach, nauczyłam się, tańcząc taniec współczesny. Miałam wtedy okazję sprawdzić dużo metod pracy z ciałem, technik pogłębiających świadomość i odczuwanie, ale jeśli chodzi o oddech, to w jakimś stopniu zainspirowała mnie joga. Na zajęciach nie korzystam z jednej konkretnej techniki. Nie chodzi o to, żeby robić ćwiczenia w stylu „weźmy 15 głębokich intensywnych wdechów, a później na 15 sekund wstrzymajmy oddech”. Jest to raczej próba powrotu do naturalnego oddechu, do swobody. Większość ludzi nie potrafi wykorzystać potencjału, jaki kryje w sobie oddech. A oddech to też ciało, nie da się pracować z oddechem, nie pracując z ciałem. Przez to, że w naszym życiu jest dużo stresu, nasze ciało jest pozbawione naturalnej pulsacji, zaciskamy się i oddychamy bardzo płytko. To, w jaki sposób oddychamy, ma wpływ na nasz umysł. Przede wszystkim w trakcie zajęć trzeba być obecnym, zaangażować się w ruch i skoncentrować na oddechu, który prowadzi nas w głąb ciała. Kiedy doświadczymy tego ruchu, jesteśmy w stanie zobaczyć efekty, czujemy się odświeżeni, nasz umysł jest zregenerowany. Jeśli spojrzymy na zwierzęta czy małe dzieci, zauważymy, że one oddychają w bardzo zdrowy sposób, a my musimy się tego na nowo uczyć.

Paula: W ogóle obserwując zwierzęta, możemy uczyć się, jak wypracować naturalny sposób odreagowywania stresu. Kiedy myślę nad tym, jak będą wyglądały moje warsztaty, to przyznam, że chętnie sięgam po filmy przyrodnicze. W pracy z ciałem przydają się również teksty antropologiczne opisujące praktyki ludów pierwotnych, ponieważ ich przedstawiciele są w stanie w stu procentach korzystać z potencjału swoich ciał. Na zajęciach pokazuję, jak świadomie być w ciele, ale ćwiczenia to jedynie narzędzie, z którego można skorzystać. Celem warsztatów jest zrozumienie, jak ja się czuję w danym momencie, i jeśli czuję się źle, to czy potrafię to nazwać i zauważyć, jak moje ciało wtedy reaguje.

Marzena: Przed naszym spotkaniem dużo myślałam o związku ciała i natury. Ciało podlega tak wielu kulturowym reżimom, że raczej staramy się tę naturalność ukrywać. Wszystkie zwierzęta poruszając się w pozycji czworonożnej, w naturalny sposób chowają splot słoneczny i serce, czyli to, co najwrażliwsze. My natomiast, eksponując te wrażliwe partie ciała, działamy wbrew naturze. Przez zmianę postawy ciała zyskaliśmy nowe umiejętności manipulowania otoczeniem, ale wyszliśmy ze świata natury. Gdy się poruszamy, naśladujemy innych, więc również tutaj nie ma mowy o tym, że to jest nasz naturalny ruch, to jedynie schematy ruchowe. Każdy z nas ma swój zestaw ruchów w życiu codziennym, które wykonujemy czasem świadomie, a czasem nie. Najlepszym przykładem jest taniec, w którym mamy swoje ulubione „bioderko” czy „rączkę”. Nawet nasz próg tolerancji bólu jest uwarunkowany kulturowo. Więc właściwie gdzie jest ta nasza naturalność? Możemy jedynie próbować dążyć do naturalności. Na swoich zajęciach staram się wprowadzać elementy improwizacji, żeby wyjść poza te schematy, ale tak naprawdę nie wiem, na ile w ogóle możliwa jest naturalność. Na pewno naturalne są różne reakcje ciała, takie jak oddech lub drżenie, czyli kategorie zupełnie abstrakcyjne, ale samo ciało już nie. Jest zbyt przerobione przez różne kulturowe wzorce.

Paula: Ostatnio zastanawiałam się nad tym, że bardzo dobrze jesteśmy w stanie opisać nasz stan psychiczny, nawet jeżeli jest bardzo skomplikowany. A jeśli chodzi o odczucia związane z ciałem, to w ogóle nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, żeby o tym mówić. Jest mało metafor odnoszących się do kondycji ciała. Mówimy „mam nogi jak z waty”, i to jest jasne, ale szukałam więcej takich zwrotów i wbrew pozorom wcale nie ma ich dużo. Jeżeli proszę kogoś, żeby opisał, jak się czuje jego ciało, to przychodzi mu to z trudem. Ponieważ nie mamy rozwiniętego słownictwa określającego ciało. Już na tym poziomie traci ono naturalność, bo musimy się nieźle nagimnastykować, żeby powiedzieć coś o jego kondycji. Gdy prowadzę warsztaty dla par, zaczynamy od ćwiczeń drgających, które powodują, że ciało dygoce na wszystkie strony świata. Chodzi o to, żeby przestać kontrolować ciało, nie wciągać brzucha, nie stresować się tym, że mamy gazy albo bulgotanie w żołądku. Oswajamy się z tą niezbyt estetyczną stroną naszej cielesności. To jest pierwszy etap pracy z ciałem, który daje możliwość zauważenia, że oprócz pięknych aspektów mamy również takie, które nie do końca chcemy pokazywać. Kiedy partnerzy śmieją się z tego, co im się dzieje, i akceptują to, że nie mają nad tym absolutnie żadnej kontroli, wtedy pojawia się przestrzeń na rozmowę o tym, co dokładnie z tym ciałem się dzieje. Na przykład komuś spociły się pośladki albo podczas ćwiczeń bardzo „latały” piersi. Wtedy poczucie żenady znika i możemy porozmawiać o seksie. Okazuje się, że każda para wykształca swój własny język na temat seksualności, nazywania narządów czy samego aktu. Moja praca ogranicza się do tego, żeby pokazać, jak z ciałem pracować. Pomagam odkryć swoje ciało przed inną osobą z tej najbardziej naturalistycznej strony. Rozmawiamy o tym, że nie tylko oddychamy, lecz także chodzimy do łazienki, robimy kupę, czasami wymiotujemy i generalnie takie jest życie.

Marzena: Wychodzi na to, że uznajemy nasze ciało za obrzydliwe w najbardziej naturalnych aspektach.

Paula: Ale w całej tej obrzydliwości można też odkryć różnego rodzaju fetysze, które bardzo otwierają na sferę seksualną. Na zajęcia przyszła kiedyś para, która podczas rozmowy o swoim ciele przyznała, że to, co im się podoba, to uprawianie seksu w momencie, gdy partner puszcza gazy. Okazało się, że obydwoje mają taki fetysz, ale było im głupio o tym porozmawiać. Jednak zanim będziemy w stanie się tak otworzyć, trzeba wykonać bardzo dużą pracę.

Gdy proszę kogoś, aby opisał, jak się czuje jego ciało, przychodzi mu to z trudem. Nie mamy rozwiniętego słownictwa określającego ciało. Musimy się nieźle nagimnastykować, żeby powiedzieć coś o jego kondycji.

Marzena: Ludzie, którzy przychodzą pierwszy raz na nasze zajęcia, reagują bardzo różnie. Niektórzy z niewiadomych powodów się śmieją. Na początku jest moment takiej żenady, co dla mnie jest pozytywną oznaką tego, że te osoby robią w końcu coś innego niż na co dzień. O to trochę chodzi w tych warsztatach – żeby spróbować czegoś, co nasz umysł uzna za dziwne. Jeśli więc na początku ktoś czuje zażenowanie, śmieje się, to w sumie dobrze. Ważne tylko, co z tym zrobi później.

Paula: Od śmiechu bardzo blisko do smutku i płaczu. To dwie emocje, które często pojawiają się na zajęciach. Gdy zaczynamy wykonywać ruchy, które nie są dla nas standardowe, to nasza kontrola nad ciałem gdzieś się rozmywa. Kiedy ciało się zmęczy, głowie trudniej jest je kontrolować, bo skupiamy się na tym, że jesteśmy zmęczeni. Wtedy do głosu dochodzą te emocje, które przez długi czas tłumiliśmy, bo takie mamy mechanizmy obronne. Stąd od pozornego ćwiczenia ze staniem przy ścianie, kiedy wszyscy się śmieją, po kilku minutach przechodzimy do totalnej rozpaczy i wypłakania tego, co przez ostatni czas w nas zalegało. To kwestia odpuszczania kontroli, co na warsztatach robimy symbolicznie przez ciało, ale w rzeczywistości polega na pracy z głową. Jest takie ćwiczenie, podczas którego proszę uczestników, by wyobrazili sobie puste pomieszczenie i zagospodarowali je tak, jak mają na to ochotę. W tym czasie wykonujemy ćwiczenia fizyczne, więc dana osoba skupia się bardziej na ćwiczeniu niż wyobrażaniu sobie czegoś. I nagle, gdy może umeblować sobie ten pokój, jak chce i z kim chce, okazuje się, że nie ma pomysłu. Jedyne myśli, jakie przychodzą, albo duża ich część, są nieprzyjemne lub zagrażające. Wtedy, w odpowiedzi na te obrazy, pojawiają się smutek i łzy.

Marzena: Nie da się ukryć, że obecnie jest dużo warsztatów polegających na pracy z ciałem, wiele technik, więc ludzie dają się ponieść fali warsztatomanii. Czasem przychodzą z otwartością albo zafiksowują się na jakimś celu, właściwie do końca nie wiadomo jakim. A w tej pracy nie ma konkretnego celu, do którego dążymy. Celem jest samo poruszanie się w określonej jakości i stanie umysłu. Na początku każdych warsztatów mówię o złych nawykach, o tym, jak można pogłębić oddech, jakie mięśnie niepotrzebnie angażujemy, oddychając. Największym problemem jest płytkie oddychanie górnymi partiami płuc. To są nasze partie kryzysowe, które powinny włączać się dopiero, gdy potrzebujemy bardzo dużo tlenu. Pracujemy głównie tą częścią, ponieważ nasz brzuch jest spięty przez stres. Zdrowy oddech powinien być głęboko brzuszny, czyli na wdechu brzuch powinien unosić się, a na wydechu opadać. To jest bardzo duży szok dla większości ludzi, bo z reguły wciągamy brzuch na wdechu – to kolejne napięcie, które fundujemy sobie zupełnie niepotrzebnie. Gdybyśmy ćwiczyli głębokie oddychanie, to brzuch stałby się na tyle elastyczny, że nie musielibyśmy go wciągać, byłby ładny. Brzuch wiotczeje, ponieważ go nie używamy i nie dochodzi do niego ta naturalna pulsacja. Powinniśmy oddychać również miednicą, gdzie jest tak zwana druga przepona. Ćwiczenie mięśni głębokich miednicy jest kluczowe dla naszego zdrowia, samopoczucia i życia seksualnego.

Chcesz wziąć udział w zajęciach prowadzonych przez Marzenę i Paulę? Wejdź na psychastyka.pl i sprawdź kiedy odbywają się najbliższe spotkania!

Paula: Oddychanie aż do miednicy wprowadza ciało w drganie, dzięki któremu może się szybciej zregenerować. Drganie mięśni to nasz naturalny mechanizm, który służy temu, żeby ciało mogło powrócić do swojego pierwotnego stanu. Przez wiele lat, również w naszym kraju, drganie ciała po skrajnym zmęczeniu, jakim jest poród, odczytywano jako objaw powikłania. A okazuje się, że po prostu ciało w ten sposób się regeneruje, musi się wydrgać i nie powinniśmy tego powstrzymywać. To nie jest mechanizm związany tylko z porodem, ale ogólnie ze stresem. Tu wróćmy znowu do zwierząt. Taki kot czy pies, gdy się stresuje, odreagowuje to drganiem, w ten sposób pozbywa się adrenaliny. My się powstrzymujemy, przez co usztywniamy swoje ciało i nie możemy się rozluźnić, czy nawet dobrze wyspać. Na warsztatach uczę, jak wprowadzić ciało w takie naturalne drżenie.

Marzena: Jeżeli męczymy mięśnie, to ciało drży, bo chce uwolnić się od napięć właśnie przez drganie. Ciekawe jest to, że ciało gromadzi naprawdę wszystkie napięcia. Dlatego tego, że się denerwujemy czy odczuwamy negatywne emocje, nie można spychać na bok. Wszystkie uczucia, które się pojawiają, chcą być zauważone, i ciało będzie do tej pory dawać o nich znać, dopóki nie zechcemy im poświęcić odpowiedniej uwagi. Jednak kiedy ciało jest spięte, nie powinniśmy zmuszać kogoś, żeby za wszelką cenę od razu oddychał głęboko. Ten bardzo głęboki oddech może być nieprzyjemny, szczególnie gdy jesteśmy zestresowani i spięci. Oddech ma taką funkcję, że prowadzi nas w głąb ciała, czujemy się dzięki niemu bardziej związani ze swoimi emocjami i możemy w pewnym momencie po prostu poczuć się źle. W brzuchu jest bardzo dużo emocji związanych z intymnymi, podstawowymi potrzebami, jak bezpieczeństwo, poczucie własnej wartości, smutek. Jeżeli zwykle oddychamy płytko i nasz brzuch jest sztywny od napięć, to podczas sesji głębokich oddechów te wszystkie uczucia mogą się uwolnić i nagle okaże się, że wcale się nie relaksujemy, a zaczynamy denerwować. Ciało wszystko pamięta i wie na nasz temat więcej niż my sami.

Pytasz, czy my oddychamy w ten sposób. Nie. Nie cały czas. Łapiemy się na tym, że robimy wiele rzeczy zupełnie nie tak, jakbyśmy chciały. Można powiedzieć, że czasami szewc bez butów chodzi. Jednak jesteśmy tego świadome i to już nam poprawia humor. Wiemy, co z tym zrobić. Potrafimy szybciej wrócić do dobrego samopoczucia dzięki temu, że jesteśmy świadome swojego ciała. Chociaż ciągle pracujemy nad tym, żeby tę świadomość pogłębiać, bo to jest praca na całe życie.