Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

WonderWomanComicStrip

Tekst: Szymon Holcman / kultura gniewu

Niezależnie od tego, czy dalekimi krewnymi współczesnego komiksu są naskalne rysunki, prekolumbijskie manuskrypty, tkanina z Bayeux czy Tortury świętego Erazma, to w ich i jego centrum zawsze znajdowało się ciało. To ono rysowane z kadru na kadr prowadziło nas przez historię. To ono przyciągało największą uwagę czytającego.

Przytłaczającą większość z niezliczonej ilości powstałych do dziś komiksów można nazwać perypetiami ciała. Umieszczane na komiksowych kadrach w kontekście przedmiotów, budynków, miejsc czy też innych ciał prowadzi czytelnika przez opowieść. Jest czytelnym punktem odniesienia niezależnie od pochodzenia, płci i wykształcenia, choć każdy rysownik traktuje ciało inaczej. Odmiennie też ciało przedstawiane jest w komiksie japońskim, inaczej we francuskim i w amerykańskim, żeby wymienić tylko największe komiksowe rynki świata. Bliżej warto się przyjrzeć szczególnie temu ostatniemu, bo stworzony przez niego wzorzec ma konsekwencje, które już dawno przestały dotyczyć tylko komiksów. Można wręcz zaryzykować tezę, że dotyczą nas wszystkich.

Kiedy w 1938 roku Joe Shuster i Jerry Siegel doczekali się publikacji pierwszego komiksu o Supermanie nie mogli nawet podejrzewać, jaką lawinę spowoduje ten kamyk (choć wypadałoby raczej powiedzieć: kamień szlachetny – egzemplarz pierwszego wydania tego komiksu sprzedano niedawno za 3,2 miliona dolarów). Po pierwsze, stworzył całkowicie nowy gatunek i nowego bohatera. Po drugie, dał podwaliny pod komiksowe wydawnicze imperia. Po trzecie, i najbardziej nas interesujące, rozpoczął cielesny wyścig zbrojeń, który z kart komiksów przeniósł się do kina, potem do rzeczywistości i cały czas trwa.

Jeśli przyjrzeć się pierwszym wizerunkom Supermana z 1934 roku i tym z „Action Comics #1”, nietrudno dostrzec różnice. Ten cztery lata starszy wygląda na krępego mężczyznę koło czterdziestki. Taki trochę oldschoolowy siłacz z cyrku, który wchodził na scenę zaraz po kobiecie z brodą. Ten sam bohater w wersji opublikowanej w komiksie jest szczuplejszy i wyższy, sprawia wrażenie bardziej wysportowanego i sprawniejszego. Bardziej super. Eskalacja superowości ciała Supermana – ale też innych superbohaterów oczywiście –  odbywała się w kolejnych dekadach. Stawało się ono coraz bardziej umięśnione, potężniejsze, aż w XXI wieku osiągnęło stan, w którym nawet mięśnie mają mięśnie. Dlaczego tak się stało?

Zrzut ekranu 2016-08-16 o 10.23.59Zrzut ekranu 2016-08-16 o 10.51.15

Zacznijmy od tego, że przygody superbohaterów od początku rysowane były w sposób realistyczny. Bohaterowie musieli robić wrażenie, a świat przedstawiony miał być atrakcyjny i kolorowy, lepszy od tego, który oferowała telewizja. Tym samym nie mógł być uproszczony czy karykaturalny. To bardzo ważne, bo jak pisze Scott McCloud w swoim legendarnym teoretycznym dziele Zrozumieć komiks, im bardziej uproszczony jest rysunek, tym potencjalnie więcej osób przedstawia i tym łatwiej się z nim utożsamić. Z superbohaterami natomiast, z ich starannie wyrzeźbionymi, bo przecież już nawet nie narysowanymi ciałami, nie mieliśmy się jednak utożsamiać. Oni byli i są do podziwiania i naśladowania. Od zachowań aż do wyglądu, a dzisiaj może wręcz głównie do niego? I czytelnicy – przeważnie chłopcy i młodzi mężczyźni – naśladowali swoich narysowanych idoli.

Początkowo nie było to trudne, wystarczył trening, by upodobnić swoją sylwetkę do tej Supermana z lat 30., 40. czy 50. Rysownicy więc stopniowo podnosili poprzeczkę – wszak nie ograniczały ich biologia i anatomia – dodając w kolejnych dekadach coraz to nowe partie mięśni. Superbohaterska figura stawała się wyzwaniem, ale z pomocą przyszły zyskująca coraz większą popularność kulturystyka i rozwijający się razem z nią rynek odżywek oraz mniej lub bardziej legalnych substancji zwiększających mięśniową masę. W końcu zaś pojawili się Arnold Schwarzenegger, Sylvester Stallone czy Dolph Lundgren i na przełomie lat 70. i 80. wprowadzili hiperumięśnione ciało do kultury masowej. Superbohaterowie musieli się zmienić.

Od lat 80. aż do dzisiaj robili się więc jeszcze bardziej umięśnieni, by współcześnie stracić już jakikolwiek kontakt z proporcjami ciała, zależnościami anatomicznymi czy z rzeczywistością w ogóle. Kłopot polega jednak na tym, że w międzyczasie ich popularność systematycznie rosła. Przestali być rozrywką tylko amerykańskich dzieciaków, ale podbili świat. Przestali być uwiązani tylko do stron kolorowych zeszytów, ale zdobyli też telewizję i przede wszystkim kino, które w ostatnich latach stało się główną platformą popularyzacji superbohaterów. Dzięki blockbusterom bijącym kasowe rekordy w każdym zakątku globu – Avengers są najbardziej dochodowym filmem w historii kina – wzorzec superbohaterskiej figury stał się powszechnie obowiązującym marzeniem. Na siłowniach zaroiło się od treningów, a w sieci łatwo znaleźć diety o wszystko mówiących nazwach: plan treningów Kapitana Ameryki, trening superbohatera, dieta Wolverine’a. Przygotowujący się do roli tego ostatniego Hugh Jackman poświęcił kilka lat na treningi i specjalne odżywianie się, by osiągnąć satysfakcjonującą sylwetkę. Przeciętny widz raczej nie znajdzie w sobie tyle samozaparcia. Z żalu za nieosiągalnym ideałem włączy jeszcze raz Strażników galaktyki i zje kubełek popcornu.

Czy zwróciliście uwagę, że do tej pory w ogóle nie było mowy o superbohaterkach? Jeśli tak, to jesteście czujniejsi niż decydenci z amerykańskich wydawnictw Marvel i DC Comics, którzy kobiety traktowali gorzej niż zwierzęta. Dosłownie! Potrzeba było 20 lat od ukazania się „Action Comics #1”, by w 1958 roku pojawiła się postać Supergirl. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że wcześniej czytelnicy poznali Superboya (1945), a nawet superpsa Krypto (1955), to wyraźnie widać, że komiks superbohaterski ma poważny problem z żeńskimi bohaterkami.

Przyczyna takiego stanu rzeczy jest prosta. Gatunek ten, oparty na postaciach silnych mężczyzn i na scenach akcji, powstał z myślą o młodym męskim odbiorcy. Za scenariusze i rysunki również odpowiadali mężczyźni, którzy tworzyli kobiece postaci z myślą o sobie, a w ich usta wkładali teksty, które sami chcieliby od kobiet słyszeć. W efekcie, jeśli już pojawiają się na stronach superbohaterskich komiksów postaci kobiece, niebędące ofiarami, to można je określić zwrotem men with tits, co w swobodnym tłumaczeniu brzmiałoby „baba z wąsem”. Ta niewiarygodność psychologiczna jest i tak najlepszą opcją, bo wariantem zdecydowanie bardziej powszechnym jest robienie z żeńskich bohaterek ladacznic, uwodzicielek, dziewic, kucharek etc. Czyli pełen przegląd niewyrafinowanych męskich fantazji. Takie podejście ma oczywiście wpływ na to, jak prezentuje się ciało kobiecych superbohaterek i w co to ciało jest ubrane. Podczas gdy rozwój fizjonomii męskich bohaterów polegał głównie na przyroście masy mięśniowej, u żeńskich postaci towarzyszyło jej również powiększanie się biustu, zwężanie się talii, wysmuklanie nóg i puchnięcie ust.

Przyjrzyjmy się, jak ta ewolucja wyglądała na przykładzie Wonder Woman, pierwszej superbohaterki, powołanej do życia na stronach „All Star Comics” w grudniu 1941 roku. Komiksy z nią w roli głównej miały po prostu przyciągnąć żeńską publiczność do komiksów, ale okazało się, że zrobiły coś więcej – uczyniły z bohaterki symbol kobiecej siły. Historie te, właśnie poprzez umieszczenie w ich centrum kobiety, zyskały drugie dno – polityczne, społeczne, ekologiczne. Przez pierwsze i najbardziej wpływowe 20 lat kariery Wonder Woman jej wizerunek był dość zgrzebny. Choć od samego początku występowała w gorsecie i raczej kusych szortach w gwiazdy z amerykańskiej flagi, to nie epatowała seksualnością, a raczej pewnością siebie i siłą. Dzięki temu oraz wartościom promowanym przez jej twórców zainspirowała feministyczne ruchy w Stanach Zjednoczonych. Powoływała się na nią choćby Gloria Steinem, słynna liderka Ruchu Wyzwolenia Kobiet (na okładce pierwszego numeru założonego przez nią magazynu „Ms.” znalazła się Wonder Woman i napis „Wonder Woman na prezydenta”). Taka bohaterka była jednak zbyt niebezpieczna.

Dlatego już na początku lat 70. Wonder Woman mocno się zmienia. Rysy jej twarzy robią się piękniejsze, szorty bardziej kuse i wcięte, skromne sandały zamieniają się w seksikozaczki, a dekolt w gorsecie zaczyna działać bardziej na chłopięcą wyobraźnię niż na feministki. Tak zostało do początku lat 90. – nie licząc zmiany kolczyków – kiedy to naszej bohaterce niesłychanie urósł biust przy jednoczesnym powiększeniu dekoltu, usta sponętniały, szorty zaczęły przypominać słynny kostium kąpielowy Borata, a włos na głowie zrobił się jakiś taki dziki. Można odnieść wręcz wrażenie, że największą jej supermocą jest moc walki z grawitacją, która normalnie ściągnęłaby takie piersi do samej ziemi. Tak wygląda Wonder Woman do dzisiaj (zakłada też czasem długie lateksowe legginsy podkreślające zgrabność nóg) i w zasadzie mało kto już pamięta, że to ona dała swego czasu impuls do społecznej i obyczajowej rewolucji w Stanach Zjednoczonych.

Przemiany Wonder Woman dotyczyły wszystkich kobiecych superbohaterek, które zamiast być wzorem dla czytelniczek, stały się źródłem ich kompleksów. Bo przecież nie sposób wyglądać jak one. Ołówki rysowników są jak Photoshop w rękach fotoedytorów magazynu „Playboy”. Zamieniają kobiece ciała w kipiące seksem maszyny o trudnej do odtworzenia konstrukcji. Choć nie niemożliwej. Jak zauważyli fani Wonder Woman, by zmienić swój wygląd z roku 1941 na ten współczesny musiałaby poddać się przynajmniej trzem operacjom plastycznym: liposukcji, powiększeniu piersi, liftingowi twarzy. Konieczność mechanicznego ulepszania ciała, by stało się super (w oczach czytelnika i oglądacza oczywiście), bardzo zbliżyło superbohaterki do… gwiazd porno. A wielu wręcz twierdzi, że to gwiazdy porno stały się dla rysowników podstawową inspiracją. Potwierdza to choćby jeszcze jeden aspekt fizycznej obecności bohaterek w komiksach. Ich pozy. Wyuzdane, kuszące, eksponujące piersi, tyłki, uda. A najlepiej wszystko naraz. Tak, to da się zrobić. W komiksach oczywiście, bo w rzeczywistości nawet najsprawniejsze gimnastyczki miałyby z tym problem. Poza ta doczekała się specjalnej nazwy – brokeback – i stała się swoistą wizytówką współczesnego superbohaterskiego komiksu. Przyjmujące ją bohaterki, przekręcając się nienaturalnie, eksponują w jednym kadrze wszystko, do czego rysownik przyłożył się najlepiej. Zaskakująco często zdarza się również, że żeńskie postaci w walce z czarnymi charakterami sięgają po chwyt mało skuteczny, acz widowiskowy – duszenie udem. Kobiety w superbohaterskich komiksach nie mogą być brzydkie, nawet jako postaci negatywne. Gdy męscy arcywrogowie – Joker, Pingwin, Two Face, sięgając tylko po adwersarzy Batmana – wręcz obnoszą się ze swoimi fizycznymi ułomnościami, łotrzyce – Poison Ivy, Harley Quinn, Viper, Catwoman – muszą być jeszcze bardziej ponętne i nieziemsko piękne. Femme nie da się tu oderwać od fatale.

Przedstawiciele Marvela czy DC często bronią się, podkreślając, że w swoich komiksach idealizują mężczyzn i kobiety. Jednak idealizacja to nie seksualizacja, a tak dzieje się w przypadku żeńskich postaci. Męscy bohaterowie przedstawiani są jako atleci, mocarze. Bohaterki to z kolei modelki albo częściej właśnie gwiazdy porno. Wielokrotnie zwracano na to uwagę od początku lat 90., ale sytuacja tylko się pogorszyła. Choć burza wokół okładki Spider-Woman, narysowanej przez Milo Manarę, która niczym nie różniła się od okładki filmów XXX, daje nadzieję, że czytelnicy – ale przede wszystkim czytelniczki! – są już zmęczeni uprzedmiotawianiem bohaterek. Wygląda jednak na to, że mainstreamowy komiks amerykański jest we współczesnej kulturze wciąż jednym z ostatnich bastionów braku równouprawnienia.