Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

IMG_4606

Tekst: fragment książki „Wniebowzięte. O stewadresach w PRL-u” autorstwa Anny Sulińskiej

„Przemyt”, „wyjazdy” i „uroda dziewcząt” – te słowa przewijają  się jak mantra, bez względu na to, czy rozmawiam z Grażyną Hase, czy ze statystycznymi Kowalskimi, których pytam o stewardesy w PRL-u. Wszyscy dodają także, że dziewczyny były wyróżnione, bo na wyciągnięcie ręki miały to, o czym miliony Polaków mogły tylko marzyć. Stewardesy nie zaprzeczają, że żyły inaczej niż większość. (…)

– Stewardesy po locie wychodziły poza kolejnością – to już pan Wojciech mówi do mnie. – Bały się celników, bo zawsze czymś handlowały. To był ich dodatkowy zarobek, bo samej płacy nie miały wysokiej. Nawet gdy po latach Czesia została szefową pokładu i dostawała prowizję ze sprzedaży Baltony w czasie lotu, musiała dorabiać. W Supersamie przy placu Unii Lubelskiej, w skupie towarów zachodnich, sprzedawaliśmy brandy, koniaki czy soki, które przywoziła z rejsów. No i kupa dobrych rzeczy zawsze była w domu. Sery holenderskie albo francuskie, kawior, różne wędliny. Cała rodzina przychodziła i próbowała.

Te smakołyki to jedzenie, które stewardesy wyniosły z pokładu. Wynosiły, ale nie zabierały pasażerom. To ważne. Przed lotem catering zapewniał zawsze tyle posiłków, ile było miejsc w samolocie, bez względu na to, ile osób rzeczywiście leciało. Często zdarzało się, że w siedemdziesięcioosobowej maszynie podróżowało pięćdziesięciu pasażerów. Po każdym locie wszystko, co nie zostało zjedzone, należało wyrzucić, bo port, do którego się docierało, zapewniał posiłki na kolejny rejs, a przepisy mówiły jasno, że żaden posiłek nie może zostać powtórnie podany. Straszne marnotrawstwo w komunistycznym kraju, gdzie są ciągłe braki w zaopatrzeniu. Tym bardziej że każdy „lunch box”, taki przygotowany zestaw, wypełniony był serem, szynką pokrojoną w plasterki, zrazikami wołowymi. To z Polski. Bukareszt dawał tłuste, pikantne wędliny, Ateny sałatki z serem feta, Moskwa kawior, a w pierwszej klasie nawet sarninę i łososia. Stewardesy brały więc rzygałki (torebki papierowe wyścielone folią, przygotowane na wypadek, gdyby pasażerowie mieli problemy żołądkowe) i pakowały to, czego podróżni nie zjedli. A potem zabierały do domu lub dzieliły się z celnikami, bo prezenty zapewniały ich przychylność.

– Wędlin u nas w domu nigdy się nie kupowało.

– Ulubiona szynka mojego synka to była szynka lotowska.

– Cola i jakiś tonik zawsze stały w szafce.

Tak mówią dziewczyny, wspominając lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte. I dodają, że w ich domach często był także kawior, przywożony z trasy z Nowego Jorku lub z Moskwy.

Pozyskanie kawioru wymagało strategii. Jedna dziewczyna była oddelegowywana do service space, czyli specjalnej kabiny, w której stały wózki z jedzeniem. Brała plastikowe kubki. Zawsze pięć, bo tyle stewardes latało na ile-62, i z każdej porcji łyżeczką zbierała trochę kawioru, tak żeby nikt nie zauważył. W ten sposób uzyskiwała pięć dużych porcji, które zabierało się do domu. Tego, co zostało, pasażerowie i tak nie zjedli, bo większość w ogóle nie wiedziała, czym jest kawior.

– To nie była kradzież. To było wynoszenie tego, co zostało. Gdybyśmy my nie wzięły, zabrałby catering – podkreśla Anna Solewska, a wszystkie pozostałe dziewczyny mówią dokładnie to samo. – Zresztą nie tylko Polki zabierały nietknięte resztki z pokładu – dodaje Solewska. – Na lotach do Frankfurtu załoga była mieszana, nad pasażerami czuwały i Polki, i Niemki. Któregoś dnia robię odprawę na okoliczność tego wspólnego

latania i mówię dziewczynom, że nie ma pakowania. Żadnych serów (a te trójkątne, niemieckie, zawsze się brało). Nic. Nawet banana. „Jak to, wszystko do śmieci?”, nie mogą uwierzyć. „Tak, wszystko do śmieci. Najwyżej ludzie z cateringu wezmą. Nie chcę, żeby Niemry wiedziały, co my tu robimy. Zachowajcie godność!” Po jakimś czasie sama lecę takim wspólnym rejsem. Wracamy z Frankfurtu do Warszawy. Stewardesy to dwie Niemki i dwie Polki. Dziewczyny zaczynają sprzątać. To, czego nie zjedli pasażerowie, wyrzucają do kontenerów, a Niemka zbiera wszystko do swojej reklamówki. „Co robisz?!”, pytam ją. „Jak to co? Pakuję. Przecież to jest czyste, nietknięte przez nikogo jedzenie. To się nie może zmarnować”. Załamałam się wtedy. One robiły dokładnie to samo co my, choć mogły to wszystko w sklepie kupić. Ta Niemka była z RFN, nie z NRD. Prawdziwa, bogata Niemka, a serek też zabierała. Myślę więc, że to jest takie przywiązane do zawodu. Widzisz, że coś się marnuje, to bierzesz. Dopóki się czegoś ekstra nie wynosiło, było OK.

*

– We wtorki i piątki był bazar obok podparyskiego lotniska Le Bourget. Walczyło się, żeby lecieć w ten dzień, żeby wyjść na chwilę na targ, do miasta – opowiada jedna ze stewardes. – Zawsze jedna dziewczyna musiała zostać w samolocie, ale mówiła pozostałym, co mają jej przynieść. To były bardzo przyziemne sprawy, ale wtedy bardzo ważne. Podpaski się kupowało, bo w Polsce nie było. Pudła podpasek woziłam. Wymieniałyśmy się podpaskami, dyskutowałyśmy, które są lepsze, obdarowywałyśmy znajome podpaskami. Podpaski to był luksus. Pani sobie wyobraża, godzinny postój w Zurychu, a my zdążyłyśmy wyskoczyć do sklepu w mieście, zrobić zakupy i wrócić. Biegiem, spocone, ale dawałyśmy radę. A wszystko dlatego, że w mieście było taniej niż na lotnisku.

Po jakimś czasie dziewczyny doskonale wiedzą, gdzie co można dostać. Kosmetyki Max Factora i kawę nescę kupują w Londynie, buty i złoto w Kairze. Pieniądze wymieniają w Wiedniu. W Brukseli jest strasznie drogo, tam nie kupują nic. We Frankfurcie zaopatrują się w leki.

*

– Jak leciałam na Frankfurt, zawsze ktoś na mnie czekał – opowiada stewardesa, która chce pozostać anonimowa. – Zdesperowane matki, zapłakane żony, biedne kobieciny z cudem zdobytymi dolarami. Stali przy bramkach, którymi przechodziliśmy, dawali receptę, pięć dolarów, bo tyle średnio kosztowały lekarstwa, i prosili: „Niech mi pani to przywiezie”. Bo w Polsce w latach siedemdziesiątych trudno było dostać niektóre leki. Jeśli lekarz wiedział, że ktoś może zdobyć leki z zagranicy, przepisywał je. A Frankfurt był świetnym lotem na zakupy.

Leciało się o dziewiątej trzydzieści pięć, o czternastej dziesięć wracało do Warszawy. Pod lotniskiem centrum handlowe. Między przylotem a odlotem półtorej godziny.

– Wypuszczałyśmy pasażerów, przygotowywałyśmy się na przyjęcie kolejnych i biegiem do apteki. Najlepiej ruchomym chodnikiem do transportu podróżnych, bo szybciej. Potem już z górki. Podajesz receptę, dostajesz lek i pędem do samolotu.

We Frankfurcie, oprócz leków, bardzo fajne rajstopy jeszcze były. Były też kolorowe i pachnące kosmetyki, banany, szynka w plasterkach i prawdziwe masło.

– Zawsze miałam wybór: leki albo kosmetyki i jedzenie. Leki wygrywały, bo wdzięczność czekających ludzi nie miała granic. Wciskali pieniądze, całowali, przytulali. Inni wybierali tak samo. „Kup mi rajstopy, bo wszystkie mi się podarły”, proszę któregoś dnia koleżankę, bo akurat nie miałam lotu. „Nie kupiłam – mówi po powrocie. – Ale wiesz, trafiło się zlecenie na lekarstwa, a jeszcze w aptece była kolejka. Swoje musiałam odstać”. Jeszcze własne pieniądze dołożyła, ale to też była norma. Ludzie dawali nam dolary, w aptece ceny były w markach i nieraz okazywało się, że te

pięć dolarów, które dostałyśmy, to mało, wtedy człowiek wykładał swoje i nie upominał się o zwrot. Woziło się też krew, bo jej również w Polsce nie było. Kiedyś przywiozłam, zgodnie z instrukcją, zostawiłam w urzędzie celnym i przez kilka dni nikt się po nią nie

zgłosił. Wysiłek poszedł na marne, a krew pewnie do śmietnika.

*

– Czasem przy bramkach na Frankfurt nikt nie stał – mówi Kasia Przewłocka. – Wtedy po przylocie biegłam kupić banany, pomarańcze, kawałek szynki albo masło. Zakupy zawsze pakowali do plastikowej, przezroczystej torby. Taka torba to był wielki rarytas. Któregoś dnia po powrocie z pracy parkuję przed domem. Jest zima, spod płaszcza nie widać munduru. Po przeciwnej stronie ulicy idzie dziewczyna z wózkiem i widzi te moje banany. „Gdzie je pani dostała!?”, krzyczy i biegnie w moją stronę. „Co jej powiedzieć – myślę – że we Frankfurcie kupiłam?” „Wie pani, już nie ma bananów. Ja je w zupełnie inny sposób zdobyłam”, mówię. „Jak to nie ma? Może jeszcze są. Polecę w kolejkę!” „No nie ma”, odrywam dwa i jej daję. „Zapłacę”, odpowiada i już leci do wózka. Bo i wózek, i dziecko, i torebkę zostawiła po przeciwnej stronie ulicy. „To dla dziecka, niech mi pani nie płaci”. Patrzyła na mnie jak na wariatkę. Pewnie pomyślała, że są skażone, i je wyrzuciła. Albo sama zjadła ze strachu, że dziecku mogą zaszkodzić.

*

– W głowie się nie mieści, co myśmy robiły, żeby przywieźć do Polski banany, ananasy czy pomarańcze z Egiptu – potwierdza Anna Solewska. – „Szmuglujemy jabłka – mówią mi kiedyś dziewczyny, kiedy już jesteśmy w powietrzu, a lecimy do Kairu. – Tam za jabłka straszne pieniądze płacą – dodają. – Mamy po worku dla siebie i jeden dla ciebie. Sprzedasz jabłka, kupisz banany, ananasy i mnóstwo pieniędzy do domu przywieziesz”. Przylatujemy do Egiptu, pasażerowie schodzą z pokładu, ogarniamy samolot i idziemy na odprawę celną. Każda z workiem jabłek. Celnik otwiera te wory i nie wierzy. „Co to jest? Tyle jabłek nie wolno przewozić!”, krzyczy. „Jak to nie wolno? To co my teraz zrobimy? Przecież my jesteśmy na specjalnej diecie jabłkowej. Nic innego nie możemy jeść”, mówimy jedna przez drugą, bo już w samolocie uzgodniłyśmy, że w razie problemów trzymamy się tego, że przez tydzień musimy jeść tylko jabłka. Gotować, piec, trzeć, smażyć i warzyć. Celnik popatrzył na nas jak na idiotki i puścił. Jabłka sprzedałyśmy, a ostatniego dnia kupiłyśmy kosz cytrusów. Część dla polskich celników, żeby nas na cle puścili, resztę dla siebie.

——

Anna Sulińska, Wniebowzięte. O stewadresach w PRL-u”, Wydawnictwo Czarne, 2016.


Wspólnie z Wydawnictwem Czarne mamy dla Was konkurs, w którym do wygrania są dwa egzemplarze „Wniebowziętych”. Zasady, jak zwykle bardzo proste! Na adres mateusz@zwyklezyce.pl wyślij swoją nietypową/ciekawą/mrożącą krew w żyłach historię o locie samolotem oraz adres do wysyłki – nagrodzimy najciekawsze! Na Wasze historie czekamy do środy (27 kwietnia), do godziny 12.00! Powodzenia!