Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Przepytała: Agata Napiórska

Co poniedziałek zmuszam jedną osobę do nadludzkiego wysiłku. Zadanie polega na tym, by wybrać jedną książkę, jeden film i jedną piosenkę, które w jakiś sposób są ważne dla ankietowanego. Może być to wybór podyktowany nastrojem chwili, może być tzw. życiówka. I trzeba uzasadnić.

pauza w majówce

Ula Jankowska – absolwentka filologii polskie na UW. Od dziewięciu lat związana z branżą księgarsko-wydawniczą, księgarka z powołania. Obecnie prowadzi księgarnię „Jak Wam się podoba”, gdzie serwuje głównie kulturę wizualną w postaci albumów. Ciepłymi uczuciami darzy czeską Pragę. Posiada niezliczone talenty i nałogi. Właścicielka różowego roweru ‘Panna Franka’ oraz psa o wdzięcznym imieniu Luba.

Ulubione. Tytuł cyklu sugerowałby, że ulubione jest jedno, a to przecież nie do końca prawda, przynajmniej nie w tym przypadku. Zatem te ulubione wzbudzą we mnie poczucie winy, że wymienione zostanie jedno z danej kategorii a cała reszta już nie. Zadanie jest karkołomne i może przynieść opłakane skutki emocjonalne, ale uspokajam się, że jako księgarka i tak mam często szansę podzielić się spostrzeżeniami z zakresu literatury i to dodaje mi otuchy. Zaczynam więc od książki, choćby i porządek rzeczy miał być inny (a przecież wiemy, że nie jest i zastany porządek rzeczy mi sprzyja).

Książka

Italo Calvino, Niewidzialne miasta.

Skoro trzeba postawić na jednego gracza, to niech nim będzie Italo Calvino, bo to moja miłość najbardziej frapująca, zaskakująca, wielopoziomowa. Za każdym razem jak go czytam zachwyca mnie, że za tak różnymi tytułami stoi jedna i ta sama osoba (casus Szekspira nie wchodzi tu w rachubę). „Rycerz nieistniejący”, „Jeśli zimową nocą podróżny”, „Marcovaldo”, „Baśnie włoskie”, „Wykłady amerykańskie” – każda książka inna, ich jedynym wspólnym mianownikiem jest moje uwielbienie. Ale jest jeden tytuł genialnego Włocha, który cenię jakby odrobinę wyżej, to są dosłownie milimetry, które dzielą „Niewidzialne miasta” od innych – niby blisko, a jednak to zwykle właśnie je zabieram ze sobą w podróż. Bo są o podróżach, bo są o szachach, lustrach i labiryntach, są o retoryce, o snuciu marzeń, o miastach, które noszą żeńskie imiona, są o konstrukcjach urbanistycznych przypominających grafiki Eschera, są o miejscach, których podstawa jest chwiejna czy wręcz niemożliwa, są o tym, czego nawet nie sposób nazwać. Poczytuję je sobie na wyrywki w pociągach i autobusach albo po prostu patrzę na nie i o nich myślę. Dwa bonusy: zawadiacka uroda Calvino i piękna okładka Przemka Dębowskiego do nowego wydania (WAB).

Italo-Calvino

Film

Julian Antoniszczak, Ostry film zaangażowany, 1979.

Filmowo jeszcze trudniej ugryźć mi zagadnienie ulubionego. Okazuje się często, że w filmach widzę to, co chcę, a nie to, co faktycznie tam jest: wymyślam swoje zakończenia, przysypiam i potem luźno łączę akcję z przed z akcją po, potrafię uczepić się drobiazgu, który zamazuje obraz całości. Jak myślę o ulubionym filmie, to mam ochotę trochę się wykręcić, ale tylko trochę. Dlatego stawiam na Antoniszczaka i jego „Ostry film zaangażowany”. Niby gorzki, ale wciąż śmieszny. Jest wspólny wróg – chytra baba, jest wspólne dobro – kultura i jej stwierdzony upadek, jest wywód niewątpliwie logiczny, który przedstawia po kolei (z jedną frywolną wstawką kobiet tańczących kankana) ciąg wydarzeń. O niewątpliwym walorze artystycznym świadczy technika animacji tworzonej bezpośrednio na taśmie filmowej, rewelacyjnie poprowadzona narracja, genialny scenariusz i dwie główne bohaterki – kultura grana tu przez plakaty informujące o wydarzeniach kulturalnych i chytra baba, która tylko z pozoru jest chytrą babą, bo, jak mawia moja koleżanka, za każdą chytrą babą kryje się nieszczęśliwa kobieta. Bonus: te frazy same wchodzą do głowy!

Piosenka 

Beach Boys, Good vibrations, 1966.

Ulubiona piosenka to jeszcze trudniejszy orzech do zgryzienia. Należę do tej grupy ludzi, którzy katują piosenki aż do mdłości. Dopiero kiedy te wystąpią po paru nutkach, szukam kolejnego kawałka, aby postąpić dokładnie tak samo. Jedynie parę razy powstrzymałam się w ostatniej chwili, aby nie uśmiercić niektórych piosenek w przekonaniu, że mimo wszystko dają mi zbyt dużo przyjemności, abym to zrobiła. Tak było z Beach Boysami, którzy wracają do mnie zawsze na Boże Narodzenie oraz w różnych niespodziewanych momentach roku. Przy wielu ciepłych uczuciach dla „Pet sounds”, stawiam na „Good vibrations” z „All summer long”. Dobra energia, o której śpiewają, zawsze mi się udziela, a w momencie, w którym refren wraca po wyciszeniu, niemal zawsze mam ochotę podskoczyć z radości. Zimą i pochmurnym latem marzenie o plaży i surferach po prostu musi poprawiać nastrój. Bonus: można śpiewać w parę osób, instrumenty muzyczne nie są potrzebne.