Zwykłe Życie to magazyn o prostym życiu wśród ludzi, miejsc i rzeczy.

Tekst i zdjęcia: Marta Mach

 

Żeby dostać się do Kansas City, nie trzeba mieć wizy ani lecieć samolotem. Wystarczy wybrać się w kujawsko-pomorskie, do Grudziądza.
W wielkim Lesie Rudnickim przy plaży Delfin słychać ryki dinozaurów. Bo western w Grudziądzu łączy wiele atrakcji. Można przenieść się „miliony lat wstecz, aby oglądać najprawdziwsze dinozaury, które poruszają się, oddychają i wydają dźwięki”. Można pojechać na safari. Można pogłaskać wielbłąda i poszukać złota. Najprawdziwsi polscy kowboje organizują strzelaniny w samo południe, a w saloonie wśród butelek whiskey i alkomatów można spotkać Teletubisie. Potrzebowałam pomocy. Szukałam kogoś, kto by mi to wyjaśnił.

– Dobrze pani trafiła, bo ja tu jestem od zawsze – mówi Karol czyli Lucky Luke. Prowadzę ten interes z rodzicami. Początki sięgają 1997 roku, ale wtedy nie było jeszcze miasteczka, tylko knajpa, a potem mini zoo. Miasteczko westernowe mamy szósty sezon. Cała rodzina się Dzikim Zachodem od zawsze bardzo interesowała, ale powiem pani jak to się naprawdę zaczęło. I to bez ściemy. Mamie i tacie przyśnił się tej samej nocy ten sam sen. Że wybudują pod Grudziądzem miasteczko westernowe. Jak sobie ten sen opowiedzieli, to już było wiadomo, że Kansas City musi powstać.

Cały tekst został opublikowany w ZŻ nr 0